Życie w Korei – 13

Doskonale zdaję sobie sprawę, że od jakiegoś czasu pisałem o negatywnych aspektach życia w Korei oraz to co mi się zdecydowanie nie podoba w codziennym życiu (a mam jeszcze sporo tematów w zanadrzu :D). Tym razem jednak będzie o czymś ciekawszym i chyba pozytywniejszym – o urodzinach w Korei.

Disclaimer: This series of posts will be only in Polish so… sorry guys 😉

przerwa techniczna

To może zacznę od podstaw. W Polsce, jak urodzi się dziecko to ma dokładnie ‘0’ lat. W pierwsze urodziny kończy pierwszy rok i ma na liczniku ‘1’. Takie podejście wydaje się być całkiem logiczne. W Korei, jak łatwo można się domyślić, jest inaczej. Dziecko na wstępie ma już pierwszy rok i urodziny oznaczają nie zakończenie tylko początek kolejnego roku. Zatem na pierwsze urodziny są jednoznaczne z ‘2’. Teoretycznie bo niektórzy Koreańczycy sami nie są do końca pewni (a pytałem się by to potwierdzić / zaprzeczyć). Tu pojawia się jeszcze kolejny aspekt – według którego kalendarza liczyć? W Korei wiele świąt bazuje na kalendarzu opartym na fazach księżyca co teoretycznie nie powinno mieć zbyt dużego wpływu na licznik lat. Jednak coś musi być na rzeczy bo nie wiedzieć czemu okazuje się, że wiek, który podają różni się od rzeczywistego o 2-3 lata. Jeśli już chce się wiedzieć ile ktoś ma lat to lepiej zapytać o rok, w którym się dana osoba się urodziła. Ot ciekawostka.

Jak tradycyjnie obchodzi się urodziny w Korei? Czy jest ciasto i huczna impreza dla najbliższych? Nie. W rzeczywistości najważniejszą osobą nie jest osoba obchodząca urodziny tylko jej/jego matka. Dlatego też by to upamiętnić podawana jest zupa z glonów, która jest całkiem niezłą, ale daleko jej do tortu ;). Zupa jest bardzo pożywna i pozwala szybko zregenerować siły (tak przynajmniej mówili mi Koreańczycy). Z tego powodu stanowi główny element diety po porodzie. Jednak biorąc pod uwagę szalejącą globalizację i uzachodnienie, aktualne imprezy urodzinowe upodabniają się do tych zachodnich, głównie Amerykańskich. Ale zupa z glonów wciąż jest popularna.

Kolejną ciekawostką jest to, że po porodzie kobiety spędzają zazwyczaj miesiąc w szpitalu. Osoba, która mi o tym opowiadała argumentowała to drobniejszą budową, słabszym zdrowiem i powszechnym osłabieniem Koreanek spowodowanym ciążą. Jest to o tyle ciekawe, że przez ten miesiąc praktycznie mają tylko leżeć i odpoczywać. W Polsce, wiadomo, różnie z tym bywa, ale miesiąc to chyba zdarza się tylko w poważnych przypadkach.

To co napisałem, tak już na sam koniec, realnie nie ma znaczenia bo… w Korei nikt ci nie powie ile ma lat. Czemu? Mogłoby się okazać, że znajdujesz się wyżej w hierarchii społecznej zaś dana osoba mogła zachowywać się do tej pory jakby sama była ‘ważniejsza’.

Stąd też w moim zespole ludzie mniej więcej wiedzą ile mam lat. A co wiem o nich? Nic, bo nie odpowiedzieli na moje pytania kiedy sami pytali się mnie o to. Czyli jeśli ktoś kiedyś przez przypadek pojedzie do Korei to nie głupim pomysłem jest siedzieć cicho i na pytania poza-pracowe odpowiadać mgliście i majaczyć na tyle dobrze, by nic z tego nie wynikało. Szczególnie brońcie się przed pytaniami o to czy i z kim jesteście w związku!

Standardowo już – zdjęcie nie związane z treścią wpisu 😀

Stare papryczki

Stare papryczki

Advertisements

~ by drzejan on July 12, 2015.

10 Responses to “Życie w Korei – 13”

  1. w sumie ma sens to świętowanie kolejnych urodzin dziecka przez matkę, w końcu to ona się najwięcej namęczyła z całego towarzystwa przy porodzie i potem. poza tym zdaje się, że na zachodzie zupełnie zapomniano o czymś takim jak połóg. obosz, temat rozrodczy niewyczerpany, ale właściwie przygnębiający.

    to jeszcze tylko napiszę, że jak widać nasz kraj nie jest jeszcze tak bardzo pro-life, jak mógłby być, ponieważ w dalszym ciągu zarodkom nie dolicza się do wieku okresu prenatalnego. może warto rozpropagować ten pomysł. ilustracja: http://asset-6.soup.io/asset/0897/1219_6fda.jpeg

    • Zdecydowanie jest to odmienne podejście do tematu – tyle tylko czy takie coś nie odsuwa w cień jubilata? Może swego rodzaju równowaga pomiędzy tym kto jest realnym celem obchodów byłoby lepsze? Ostatnio jestem bardzo cięty na Koreanki bo im więcej słucham żali kolegów z pracy tym mniej chcę mieć z nimi do czynienia.

      A kwestia zarodków to nie mój zakres kompetencji, osobiście zostawiłbym decyzje matkom bo co mi do ich brzuchów. Po prostu.

      Dzięki za komentarz 🙂

      • niezamaco, haha.
        to jest jakiś sport, kto sobie wziął gorszą babę na kark? nie wydaje mi się, żeby w Korei były same Ksantypy – żony oraz święci męczennicy – ich mężowie. ja osobiście nie mam złudzeń ani co do kobiet, ani co do mężczyzn, we wszystkich siedzi zły duch, ale po prostu inaczej się przejawia.
        też mi się kiedyś wydawało, że tylko połowa ludzkości jest winna całemu złu na świecie, no ale potem udało mi się jorgnąć, że nikt z nas nie ma czystych rąk, tylko niektórzy trzymają je w kieszeniach.

        • Nie nazwałbym tego sportem, takie narzekanie – właściwie to znajomi z pracy nie narzekali, tylko opowiadali jak to u nich wygląda. Najgorsze w tym wszystkim było to, że oni to traktowali jako coś zupełnie normalnego. Dla mnie to było już przegięcie jak jeden z nich opowiadał, że żona kazała mu zainstalować pewną apkę na telefonie. Apka pozwala na monitorowanie w czasie rzeczywistym gdzie się znajduje aparat / właściciel. Do tego dochodziły opowieści o tym jak musieli przypominać o tym, jakie to mają uczucia (17 sms dziennie to za mało, widać facet nie myślał o swojej ukochanej wystarczająco często!) czy też ciągłe udowadnianie swoich uczuć. Miałem w sumie napisać o tym więcej, ale chyba lepiej oficjalnie nie wyciągać takich brudów.

          Natomiast masz rację – to nie jest tak, że tylko kobiety są złe. Zakładają kagańce swoim mężom bo ci z chęcią szlajali by się po pobliskich burdelach (ile tego jest dookoła kompleksy firmy, ja rypię…). Ogólnie całe koreańskie społeczeństwo oparte jest na kłamstwie i braku jakiegokolwiek zaufania. Stąd też moja chęć minimalizowania kontaktu z Koreankami bo z Koreańczykami niestety nie mogę nic zrobić – są w biurze i jakoś muszę z tym żyć.

          Tutaj jeszcze dochodzi specyfika środowiska w którym siedzę. Jak to jest, że kobiety w korpo zaczynają zachowywać się jak wredne wiedźmy i szukają tylko sposobności by wbić nóż w plecy swojej koleżance? Przy okazji oczywiście, po wbiciu, musi kilka razy obrócić co by jeszcze się tym ponapawać. Jakoś facetom aż tak nie odbija, większość jest bardzo w porządku…

          Stwierdzenie o czystości rąk – podoba mi się, muszę zapamiętać.

          • ech, Azja i jej ledwo skrywane bogactwo form płatnej bliskości – temat rzeka szerszy niż trzy Wisły obok siebie.

            dla mnie (z obserwacji, no bo skąd), małżeństwo – jeżeli ma jakoś wyglądać, a nie być tylko umową cywilno-prawną o świadczenie wzajemnych usług, z której w konsekwencji wynika jedynie życie obok siebie – przy sporej dozie autorefleksji i dobrej woli z obu stron jest okrutnie ciężką robotą zajmującą mnóstwo czasu. przy czym nie wiem, czy z takiej roboty coś ostatecznie wynika, bo był kiedyś taki nawet sławny Izraelita, który powiedział, żeby związków w rodzaju matrimonium zaniechać w ogóle, bo odwracają one ludzką uwagę od istotnych kwestii (oczywiście wymieniał jakie są wg niego ”istotne kwestie,” ale myślę, że te akurat podlegają dyskusji).

            *aforyzmu pozwalam używać na licencji “Jak mawiał klasyk…” 🙂 muszę zdradzić pewien sekret – otóż dążę do wyrażania swoich myśli plastycznie/obrazowo i możliwie aforystycznie, najlepiej jak Nicki albo ten typ z goździkiem, ale to jeszcze daleko.

          • Ciekawie brzmi temat płatnej bliskości w Azji – zastanawiam się jak bardzo poważna jest sytuacja w takich Chinach czy Korei bo o Japonii co nieco wiem (i to mnie przeraża >_>). Ale i tak nie czyje się kompetentny by cokolwiek pisać w tej kwestii.

            W Korei wygląda na to, że to jest tylko umowa cywilno-prawna z jasno ustalonymi zakresami obowiązków dla każdej ze stron umowy. Brzmi to strasznie smutno i bardzo nie w porządku, ale tu ponownie nie do końca wiem jak wygląda podłoże historyczne. Możliwe, że w Korei zawsze tak było? Swego czasu czytałem wypowiedź jednego z pracowników firmy, który odchodził na emeryturę – został zapytany o swoje przeżycia i co by zmienił w swojej zawodowej karierze. Napisał krótko: ‘nie pracowałbym tak ciężko, w zamian spędziłbym czas z rodziną by ich w ogóle poznać’. Żyć nie umierać, w Europie chyba jeszcze tak źle nie jest, ale powoli doganiamy resztę świata. Ponownie – sytuacja wygląda bardzo podobnie w Japonii, tam też małżeństwa poznają się na emeryturze.

            Tak myślę, że wyjazd do Azji i przebywanie wśród tych ludzi przez tak długi okres czasu pozwolił mi lepiej zrozumieć lokalną kulturę (brzmi jak banał, nie?) z naciskiem na to, że to są zwykli ludzie i życie tutaj to często nie bajka. Zaś papka, którą nam sprzedają ‘na zachodzie’ zakrawa na splot kłamstw.

  2. no to będzie bez pikantnych szczegółów z badań terenowych, trudno. jeden, co nie zgnił w ogrodze rozkoszy ziemskich, niecodzienny widok.

    niestety inwestycja własnego czasu i uwagi w drugą osobę jest zabawą o bardzo niepewnej stopie zwrotu, więc nic dziwnego, że nie każdy chce podejmować ryzyko. a potem inwestować nadal, nawet jak się trafi dołek. zwłaszcza, że dodatkowo ludzie mówią o krótkości swojego życia (akurat tego nie rozumiem, ale to pewnie z tej przyczyny, że moje dni są bardzo długie).

    a to zdjęcie papryczek już kiedyś było. albo jakieś podobne.

    • Spokojnie, obcokrajowcy – o ile nie są z kraju wolności – raczej nie są jakoś specjalnie pozytywnie postrzegani w Korei przez pełć przeciwną (ok, przez kobiety bo Koreańczycy ślinią się jak szaleni na nie-koreanki). Przy takim podejściu można spokojnie nie gnić przez ładnych kilka lat. Pominę fakt, że to, że się nie wygląda jak model z reklam szamponów, też może mieć jakiś wpływ.

      To jest chyba najgorsze – inwestycja, sprowadzenie tego do interesów powoduje, że na dobrą sprawę jakakolwiek chłodna kalkulacja ucina temat: nie ma sensu. Jak tak myślę, to w beznadziejnych czasach przyszło mi żyć… z drugiej strony, co korposzczur może wiedzieć, grunt by na firmowej stołówce było jedzenie i deszcze nie padał na głowę w nocy.

      Możliwe, że kiedyś wrzucałem podobne zdjęcie, jednak to konkretne popełniłem relatywnie niedawno, podczas którejś z weekendowych wędrówek na początku roku.

  3. Nie sądzę, żeby w przypadku mężczyzn wygląd zewnętrzny był czynnikiem decydującym lub choćby bardzo istotnym. Z różnych przyczyn znam mnóstwo kobiet i zdecydowana większość z nich nie jest dziewczyną/narzeczoną/żoną archetypu – zwalającego z nóg śniadego bruneta. A dodatkowo nie wydają się szczególnie zasmucone tym faktem. Hm, ale może jak zaleją nas Arabowie, to będą do wyboru tylko śniadzi bruneci.
    Chociaż ja zawsze polecam szeroko pojętą ascezę, bo tylko to daje prawdziwą wolność.

    I pragnę nieśmiało przypomnieć, że nie musisz być korposzczurem. Wiem, że wiesz, just saying.

    • Z tego co piszesz wynika, że przebywam w bardzo dziwnym otoczeniu (i nie mam tu na myśli Koreańczyków, oni stanowią klasę samą w sobie). Z drugiej strony jak tak pomyśle o kilku przypadkach z mojego otoczenia to rzeczywiście, nie o wygląda chodziło tylko o bardziej materialne aspekty… tak czy owak dzięki za ciekawą informację w Twoim komentarzu. Czyli jest gdzieś tam nadzieja, z naciskiem na gdzieś.

      W tej chwili nie wiem czy jestem czy nie jestem korpo-szczurem chociaż po ostatnim tygodniu zaczynam mieć reakcje alergiczne po obcowaniu z innymi korpo-szczurami.

      Przydałoby się opublikować jakiś nowy wpis.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: