Chusok – czyli wolne po mojemu

Radośnie złożyło się, że z okazji koreańskiego święta w automagiczny sposób zamiast weekendu miałem 5 dni wolnego pod rząd. Wiadomo, że najłatwiej by było siedzieć w mieszkaniu i się nigdzie nie ruszać, ale na dłuższa metę człowiek padłby z nudów. To też wraz z wiernym kompanem (rowerem) nieco zaszaleliśmy 😀

przerwa techniczna

Tak na wstępie warto by było napisać co to jest Chusok i coś z tym robi. Najprościej rzecz ujmując to nic innego jak wielkie święto plonów/żniw, święto państwowe w Korei. Co do skali można je porównać do Świąt Bożego Narodzenia w Polsce. Z tej okazji Koreańczycy mają trzy dni wolnego. Realnie święto wypada tylko w ‘środkowy’ dzień, ale tak jakoś jest, że wigilia i dzień po są dniami wolnymi od pracy. W tym roku wyszło jeszcze o tyle ciekawie, że wigilia trafiła w niedzielę (07 września) to też zgodnie z lokalnym prawem, moja firma zarządziła, że dzień wolny przeszedł na środę. Zatem jak napisałem na wstępie – realnie miałem pięć dni wolnego.

Na rowerze

Jak też wspomniałem na wstępie – nie było sensu siedzieć u siebie w mieszkaniu (tak, już nie mieszkam w hotelu tylko mam normalne mieszkanie w jednej z termitier). Plan był pierwotnie ambitny, dziennie wpadać na trasy po 100-110 km, ale bądźmy szczerzy – nie jestem w takiej kondycji by jeździć tyle. Do tego pogoda nie zachęcała bo cały czas świeciło słońce i było po prostu gorąco (25-30 stopni). Nawet zanieczyszczenia znad Chin nie zawitały nad Koreę przez co było jak na patelni.

No, ale w końcu się zebrałem i pojechałem. Zacząłem standardową trasą, przy czym tym razem z wschodu na zachód a nie na odwrót. I tak w drodze z Suwonu przy rzece Han zamiast lecieć na zachód odbiłem na wschód z pytaniem ‘co tam jest za tą górą?’. Muszę przyznać, że nie wiedziałem na co się piszę bo trasa początkowo wydawała się bardzo cywilizowana – równa (jak na koreańskie standardy…) nawierzchnia, szerokie pasy i wodopoje co 100-200 metrów. Dodając do tego przyjemny chłodny wiaterek znad rzeki i już człowiek się cieszy, że spokojnie sunie do przodu.

Niestety nie trwało to zbyt długo bo choć mapa pokazywała prosty przejazd to brakowało na niej informacji o wzniesieniach. I tak nagle stanęło przede mną całkiem spore wzniesienie (znaki pokazywały kąt nachylenia rzędu 8.3%), niemalże płuca wyplułem bo nie spodziewałem się tak stromego i długiego podjazdy, ale dałem radę. Inni już dawno zeszli z rowerów i je ciągnęli, a ja z pewnym trudem dotarłem na szczyt. Po chwili zrozumiałem czemu Koreańczycy przegrywali ze wzniesieniem – jak ktoś kupuje sobie górala i na stałe ustawia największą tarczę z przodu i najmniejszą z tyłu to nie ma co się dziwić, że niewielkie wzniesienie i co drugi sapie jak… jak wiadomo kto i gdzie. Po drodze miałem sporo okazji obserwować bardzo nielogiczne zachowania ludzi, zaczynając od rowerków z małymi kółkami (modnymi tutaj) przez dziwolągi na oponach od motorów (też modne w tym sezonie w okolicach Seulu – przykład na zdjęciu!) aż po coś czego zupełnie nie ogarniałem – rower zmontowany z trzech ram, jedna na drugiej przez co rowerzysta był 2 metry nad ziemią czy też bicykl z przednim kołem mniejszym od góralowej 26 i tylnym wielkości nieco większej niż płyta cd. Zatem kolejny przykład na to, że lemingi podążają za modą, bez pomyślunku bo jak widzę te eksperymenty ‘rowerowe’ na ścieżkach w Korei to za żadne skarby nie usiadłbym na żadnym z nich bo to by oznaczało torturę a nie przyjemność z jazdy.

I tak w prosty sposób doszedłem do kolejnego problemu Koreańczyków. Oni nie umieją jeździć. To znacz nie umieją jeździć w sensie ogólnym (nie trzymają prostej linii, jeżdżą jakby z klapkami na oczach, nie zwracają uwagi na otoczenie), ale chodzi mi też o brak jakiejkolwiek elementarnej logiki w zarządzaniu energią/siłami. Jeśli jedzie się w rejon górzysty to używa się przerzutek (by było łatwiej i człowiek nie dostał zawało po pierwszej górce), a jak już się wjedzie na górkę to zjeżdża się z niej w sposób sensowny, nie na hamulcach tylko z kontrolą prędkości. Niestety Koreańczycy zawodzą na tym polu bo nie raz zdarzało mi się, że jakiś zawodnik postanowił z wysokiej i długiej górki (np. ta, o której wspominałem wcześniej) zjeżdżać na hamulcu, środkiem pasa, zygzakiem. Tak by przypadkiem nikt nie mógł go normalnie wyprzedzić. Aż dziw mnie bierze, że przeklinam póki co po polsku na nich, jednak stopniowo przechodzą na angielski by zaczęli rozumieć, że zachowują się jak nie mieli pojęcia o otaczającym ich świecie i jakie zagrożenie sami stanowią. Kilka razy zdarzyło mi się już mieć akcje w stylu ‘rowerzystka stanęła zaraz za zakrętem i sprawdza telefon, na środku ścieżki’ – niby norma, tyle tylko, że zakręt był mocno zarośnięty krzaczorami i nijak nie było jej widać. Innym razem piesi wpakowują się prosto pod koła czy też człowiek po skończeniu zabawy z telefon postanowił ruszyć z miejsca. Brakuje umiejętności i nagle odbija na drugi pas, wprost pod nadjeżdżającego mnie. O dzieciak jeżdżących jak łamagi to już nawet nie chcę pisać. Jak w Polsce jeździłem to nie używałem dzwonka tak w Korei to non-stop jeżdżę na nim, nie po to by ktoś mi zjechał, tylko by jeden z drugim był świadom, że ktoś jedzie za nimi bo oni mają słuchawki (douszne) i słuchają głośno muzyki.

Inny ciekawy przykład nielogicznego zachowania to to, że jak widzą białego sunącego na szosówce, sunącego zdrowo ponad 25 km/h, to włącza im się automatycznie tryb rywalizacji i już zaczynają się ścigać ze mną. Problem w tym, że często zajeżdżają mi drogę, bo nie patrzą dalej niż 2 metry przed siebie przez co nie widzą ludzi nadjeżdżających z naprzeciwka. No ale dobra, wyprzedził mnie – to się zaczyna, bo nagle okazuje się, że sił brakuje po wyprzedzeniu by jechać równo i z odpowiednią prędkością. Zatem kończy się na zawalidrodze, która chciała coś pokazać a wyszło, że jedyne na co może sobie pozwolić to krótkie dystanse a i to nie zawsze wychodzi. Bo jak przyjdzie do czegoś konkretniejszego to skończy się na utracie twarzy, smutku i żalu. A ja jadę cały czas z tą samą prędkością, na spokojnie wyprzedzam sapiącego zawodnika i jadę dalej. Moim celem nie jest jazda jak szalony, chodzi o jak najmniejsze straty energii bym mógł spokojnie zrobić te 80-90 km za jednym zamachem.

Wracając jednak do wypadu na wschód. Po przejechaniu pierwszych 50 kilometrów zobaczyłem przed sobą wielki most nad rzeką. Korek samochodów zaczynał się jeszcze po tej stronie rzeki a drugiego końca nie było widać. W duchu śmiałem się, że wjazd na niego prawdopodobnie kosztowałby mnie połowę lewego płuca. Nie przejechałem więcej niż 300 metrów za ten most gdy zauważyłem, że ścieżka niebezpiecznie wznosi się i zawija w stronę molocha. Cóż, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, chociaż konstruktorzy ścieżki rowerowej mogli by nie robić cichych progów zwalniających dla rowerów, bo na jednym wyskoczyłem tak z 50 cm do góry. Co ważne, przejeżdżając przez most zauważyłem w oddali po prawej całkiem konkretną tamę. Tego się nie spodziewałem i mimo, iż zaczynało brakować sił to miałem motywację by jechać dalej.

Fajne było to, że ścieżka rowerowa została poprowadzona wzdłuż byłej trasy kolejowej. Gdzieniegdzie widoczne były jeszcze stare tory, przykryte z jednej strony asfaltem. Dalej, podążając starą trasą kolejową przejeżdżało się przez tunel w górze kierując się cały czas na wschód. Ścieżka rowerowa mimo, iż wylana asfaltem to jednak nie była pierwszej równości przez co w sposób naturalny wprowadzono ograniczenie prędkości (albo ja już byłem zmęczony i nadgarstki mi siadały?). Jedno trzeba było przyznać, koncepcja ścieżek rowerowych przez cały kraj (półwysep koreański) jest fajna – jakby kogoś to zainteresowało to odsyłam do opisu na Four rivers guide bo po fragmencie jednej z takich ścieżek jeździłem.

Zanim w końcu zakończyłem dalsze poruszanie się na wschód, minąłem zalew powstały za tamą, centrum rekreacyjne z barami w starych wagonach kolejowych oraz w kolejny stary most przerobiony na infrastrukturę rowerową. Droga powrotna przeszła bez większych problemów. No może po za jednym fragmentem bo muszę przyznać, że o ile lubię jeździć to nienawidzę długi prostych. Przez długą prostą mam na myśli odcinek o długości 3-4 kilometrów, gdzie człowiek jedzie do przodu i patrzy na horyzont, a tam bez zmian. Widać jedynie w oddali ruchy rozgrzanego powietrza. Powoduje to spadek motywacji i opadnięcie z sił do dalszej jazdy lub w gorszym przypadku chęć szybkiego pokonania odcinka, pociskania ile się da po czym człowiek opada z sił i traci motywację. Tak źle, tak nie dobrze – dlatego najlepiej jechać z głową zwieszoną i obserwować nawierzchnię, co jakiś czas sprawdzając czy nic nie jedzie z naprzeciwka.

Poniżej znajduje się galeria zdjęć z wypadu na rowerze na tamę na wschodzie Seulu.

Na nogach po okolicach

Po dwóch wypadach na rowerach pod rząd należało nieco wypocząć to też rower został w mieszkaniu, ja zaś wziąłem nawigację i postanowiłem połazić po okolicach. Jako, że z jednego z balkonów widzę wielką górę (na zboczu znajduje się kościół z krzyżem, który w nocy jest podświetlony neonami) to skierowałem się w jej stronę. Okazało się, że obszar góry nie jest zbyt ucywilizowany, nie ma ładnych chodników za to są fajne terenowe ścieżki na których spokojnie można się po wspinać. Co ciekawe, po drodze widziałem tylko starsze osoby, tak jakby chodzenie po parkach i po górkach nie było zbyt ciekawą opcją dla młodszego pokolenia. Szkoda, nie wiedzą co tracą.

Wybrałem się tak na spacer bo nie dość, że chciałem wyrzucić śmieci (raz w tygodniu odbierają surowce) to na dodatek chciałem zobaczyć czy dzisiaj, pomimo święta, HomePlus (hipermarkety Tesco w Korei) został otwarty czy nie. Jak się okazało, ku mojemu zdziwieniu, był otwarty bo w niedzielę przed samym świętem ludzie robili zakupy jakby miał być zamknięty aż do środy włącznie a go tylko zamknęli na jeden dzień.

Co kupują Koreańczycy na Chusok?

Będąc w HomePlus już wcześniej widziałem dziwne zestawy żywnościowe jakie ludzie kupowali. Poniżej znajdują się zdjęcia z nimi i jedno muszę przyznać – widok człowieka idącego dumnie z wielką torbą z napisem ‘SPAM’ jest czymś nietypowym. Serio. Do tego cena za mielonkę – 6 puszek za JEDYNE 90 zł (i to w promocji po tym jak już główna fala klientów przeszła, bo było zdecydowanie drożej). Tak samo specjalne zestawy owoców z jabłkami osobno zapakowanymi, wersja świąteczna, jedyne 120 zł za 9 jabłek. Nic tylko złapać swoje opakowanie i lecieć do kas. A nie raz słyszę, że u nas owoce są drogie, Korea na dobre wyleczyła mnie z tego typu podejścia.

Advertisements

~ by drzejan on September 9, 2014.

2 Responses to “Chusok – czyli wolne po mojemu”

  1. ale masz widok z balkonu! które to piętro? i jaka wystawa?
    tutaj od kilku dni duszno, lepko, wilgotno, burze. skandal, we wrześniu! nie o take polske. ale są kasztany, chociaż jest także do kasztanów duża konkurencja.

    • To akurat ten lepszy widok z balkonu bo mam w sumie trzy balkony (były dwa, ale jeden podzielili na dwie części i zamienili fragment w dodatkowy pokój). Zdjęcie zrobiłem ze wschodniego balkonu, pozostałe dwa mam na zachód. A piętro niskie, bo zaledwie 10, na 19 😉 Według koreańskich oznaczeń to 11 piętro, ale u nich parter liczy się jako 1 piętro.

      Właśnie słyszałem, że w Polsce to pogoda zmieniła się nie do poznania, że to praktycznie środek jesieni, zimno, mokro, ciemno i daleko od domu 😉 Dziwny jest ten rok pod względem pogody. W Korei lato nie było jakieś bardzo straszne, rok temu jak byłem w sierpniu to nie dało się oddychać, 35+ stopni do tego 100% wilgotności, teraz zaś było co najwyżej 30 stopni i też 100% wilgotności, ale do przeżycia. A w Polsce, dziwne lato, które miejscami było w porządku, miejscami nie, jesień która przyszła za szybko. Może lepiej, że mnie teraz tam nie ma 😉

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: