Podbijamy Suwon! Na rowerze :D

Jak widać kontynuuję serię rowerowych wypadów po bliższej jak i dalszej okolicy mojego małego miasteczka. Tym jednak zdecydowałem się na nieco krótszą trasę. Można powiedzieć, że było to podyktowane nie najlepszym samopoczuciem po badaniach jakie miałem dwa dni wcześniej. O tym może też napiszę notkę (bez zdjęć 😉 ) bo ciekawie to wyszło i pokazało jak mogą wyglądać szpitale i bardzo drobiazgowe badania.

przerwa techniczna

Pomysł na trasę podrzucił mi kolega z koreańskiego (tak, uczę się – chociaż idzie mi bardzo tak sobie… wolę japoński, taki bardziej życiowy i przyszłościowy 😉 ). Trasa wydawała się banalnie prosta, doskoczyć do Ramady, później wzdłuż głównej drogi, odbić w pewnym momencie na kanał wodny ukryty pomiędzy domami i dalej przed siebie aż do oporu.

W praktyce za Ramadą zauważyłem coś, czego nie było widać na mapie. Spore wzniesienie, ale na szczęście to był początek trasy więc miałem wystarczająco dużo sił by je pokonać. W sumie nic szczególnego się nie działo dalej, tylko musiałem co chwila sprawdzać czy już powinienem odbić czy jednak kanał wodny to kanał wodny a nie odsłonięty ściek/kanalizacje. Na brzegu kanału, jak już dotarłem, przy ulicy przywitał mnie widok bardzo charakterystyczny dla Korei. Rozłożona papryka leżąca sobie i schnąca w jesiennym słońcu. Chociaż u nas jest jeszcze lato to w Korei już zaczęła się jesień – jest chłodniej, już tylko 25+ stopni w cieniu 😉

Kanał sam z siebie był mocno zarośnięty, ale z tego co dało się zobaczyć przez dwumetrowe chaszcze to trzeba przyznać że prawdopodobnie robił wrażenie w momencie jak był oddany do użytku. Ciekawe aranżacje z kamieni, co chwila ławeczki oraz miejsca do ćwiczeń z przyrządami. Jedyna wada to to, że wszystko zarośnięte – u nas by było na odwrót. Skoszone, ale za to wszystko inne zniszczone, zdemolowane, pomazane.

Śmiesznie było jak jechałem pod mostami, bo musiałem się dość mocno schylać. Prześwit był bardzo niski i prawdopodobnie nawet Koreańczycy mają problem w tych miejscach, ale na wszelki wypadek wszystko było bardzo dobrze oznakowane plus maty osłaniające kanty.

Jak już radośnie dojechałem do celu podróży (sztuczny zbiornik wodny – zdjęcie z notki na g+) to odczuwałem pewnego rodzaju niedosyt. Dzień był młody więc pojechałem dalej, pod górę. Niestety po 2-3 kilometrach skończyła się ścieżka rowerowa (całkiem niezła, wyłożona tartanem). Próbowałem jechać chodnikiem, ale brak amortyzatorów połączony z pokruszonym betonem nie wróży nic dobrego dla nadgarstków to też przerzuciłem się na asfalt. Muszę przyznać, że to było to.

Po drodze mignęło mi poletko z rozstawionymi ulami. Ciekawe czy są to prawdziwe koreańskie pszczoły, które są lepsze od japońskich o co najmniej 20% czy też import z Europy?

Dalej w stronę góry była już tylko pętla autobusowa (linia 13, przyda się na przyszłość). I tu mogłem zawrócić w stronę hotelu. Ale cały czas było mi za mało więc pojechałem skromną uliczką, wąską na szerokość jednego SUVa. Wyglądała niewinnie, ale skubana nagle zmieniła kąt nachylenia i zamiast spokojnej jazdy zacząłem się wspinać, cały czas na rowerze. Przejechałem może z połowę wysokości góry i się poddałem – poszedłem dalej aż do lądowiska dla śmigłowców. Trochę ludzi szło tamtędy i widziałem, że tak dziwnie się na mnie patrzą. Raz na moją twarz, później na to jakie przerzutki miałem ustawione. Niestety, jestem nieco większy niż przeciętny Koreańczyk to też grawitacja działa odpowiednio inaczej 😉

Ciągnąc za sobą rower bacznie przyglądałem się temu co można znaleźć w koreańskim lesie. Dzień wcześniej słyszałem, że w lesie nie można znaleźć nic do jedzenia, jak coś wygląda na zjadliwego to pewnie zatrute lub zanieczyszczone (patrz opady z zanieczyszczeniami z Chin). Dlatego zdziwiłem się jak po drodze widziałem grzybki, które wyglądały na normalne podgrzybki, nieco dalej jedną purchawkę oraz prawdopodobnie kanie. Lub muchomory sromotnikowe, niby potrafię odróżnić, ale z zasady nie ruszam. Zatem nie jest tak źle, widać Koreańczycy zatracili zmysł przetrwania w swoich własnych lasach…

Zatrzymałem się na chwilę na szczycie po czym postanowiłem zjechać w dół na rowerze tą samą trasą, którą się po części wdrapałem, po części wjechałem. Zdobycie tej góry zajęło mi dobre 30-40 minut. Zjechanie – 3? Pierwszy raz zjeżdżałem pod takim nachyleniem to też praktycznie cały czas miałem częściowo zaciśnięte hamulce. Jak tylko je puszczałem to momentalnie przyspieszałem do niebezpiecznych prędkości co od razu włączało czerwoną lampkę i zaczynałem hamować. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że czuje zapach klocków hamulcowych (pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło).

U podnóży góry zatrzymałem rower, zsiadłem i zacząłem sprawdzać temperaturę obydwu obręczy. Dało się je dotknąć, ale były zdecydowanie za gorące (obstawiam coś między 40-45 stopni) zaś same klocki zauważalnie skurczyły się. Szybko wyregulowałem linki i na spokojnie udałem się w kierunku hotelu.
W jednym miejscu zdziwiłem się jak zobaczyłem oznaczenia drogowe (jest zdjęcie w galerii). Gdybym nie przeczuwał podpuchy to mógłbym się na to nadziać, zaś konsekwencje mogłyby być bardzo nieprzyjemne. Bo jak widzi się znak ‘droga rowerowa’ przy drodze rowerowej i strzałkę w bok to się tam jedzie, normalnie. A tu cwaniaki zrobili strome zakręcone schody i zejście do drogi rowerowej wzdłuż kanału…

A tak to wróciłem do hotelu gdzie od razu wziąłem się za czyszczenie i przegląd roweru. To była dobra trasa, męcząca i zupełnie nie planowana, ale jednak dająca sporo satysfakcji. Inna sprawa, że dłonie mnie zaczęły boleć od zaciskania hamulców O_o

Advertisements

~ by drzejan on August 15, 2014.

2 Responses to “Podbijamy Suwon! Na rowerze :D”

  1. napisz o badaniach, to ciekawe. mnie ostatnio badali pod kątem “zdatności” w taki sposób, żeby przypadkiem niczego nie wykryć. co z różnych powodów właściwie mi odpowiada. ech, długie dywagacje na temat medycyny, niejednoznaczne opinie.

    • O badaniach to samych nie ma co pisać, bo wyników nie ma a i pewnie nie będą pomyślne. Niestety, chociaż obsługa ‘naziemna’ próbowała się uśmiechać i ogólnie robić dobrą minę do złej gry to niestety przejrzałem to :/

      Jak uda mi się zebrać chwilę to opiszę sam szpital, bo to abstrakcja względem Polski i to nawet tych prywatnych super przychodni.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: