Wspinaczka po górkach w Seulu

Podążając za nowym zwyczajem, zapoczątkowanym przyjazdem do Korei, opuściłem swoje mieszkanie w celu zwiedzenia czegoś ciekawego w pobliżu Suwonu. Tym razem padło na łażenie po górkach znajdujących się w granicach Seulu. A wszystko to zaczęło się niewinnej rozmowy z amerykańskim kolegą na temat spędzania wolnego czasu, podczas obiad w jadalni w pracy.

przerwa techniczna

Pierwotnie mieliśmy jechać w dwójkę, ale ostatecznie wyszło, że dołączyło się jeszcze do nas amerykańskie małżeństwo. Panowie znali się z szkolenia, jakie przeprowadzono dla obcokrajowców zatrudnionych w firmie na miejscu. O transporcie dużo pisać nie będę, ot ekspresowy autobus do Seulu, później jedna stacja metra, oczekiwanie na parę i krótka podróż autobusem w stronę gór (90 minut w sumie).

Wejście na najwyższy szczyt

Wysiedliśmy z autobusu na przystanku, który znajdował się mniej więcej w 1/3 wysokości wzniesień. Biorąc pod uwagę całą wyprawę, to podjechanie tego kawałka było jak najbardziej wskazane. Widać było, że ścieżka należy do tych z rodzaju mało uczęszczanych bo wchodziło się na nią wejściem znajdującym się za wysokim gmachem SNU (Seoul National University). Do tego po drodze mało kogo spotykaliśmy. Oczywiście podczas wchodzenia sporo rozmawialiśmy i szczerze powiedziawszy – dowiedziałem się więcej niż chyba chciałem wiedzieć. W ogólnym rozrachunku to dobrze się stało, wiem na co uważać i przed czym się bronić w pracy…

Odnośnie jeszcze zdjęć. Jadąc do Seulu rozmawiałem z kolegą na temat pogody – bo nie widać było nieba i myślałem, że to chmury tak wszystko zakrywają. Niestety, myliłem się. Tak naprawdę to nie jest mgła/chmury tylko zanieczyszczenie powietrza jakie nadeszło z Chin. Są strony w sieci pokazujące na bieżąco stan powietrza (np. ta). Niestety nie jestem w stanie podrzucić linka do wiarygodnych informacji ponieważ to co udostępnia koreańskie agencje rządowa mijało się z tym co widziałem na żywo za oknem autobusu. Zatem, to białe w tle na zdjęciach zamiast nieba to nie są chmury. To jest zanieczyszczenie powietrza różnej wielkości elementami, które wiatr przywiał przez noc z Chin…

Szczyt i zejście

Jak już dotarliśmy na szczyt, a nie było to aż takie łatwe bo miejscami przygotowano liny (niekoniecznie potrzebne według mnie) to ujrzeliśmy piękny widok: byliśmy na kawałku skały, obok były instalacje wojskowe (radary) zaś wszystko skąpane było w mlecznobiałej zupie z zanieczyszczeń. To trochę psuło frajdę, ale sam ruch dobrze mi zrobił.

Z dziwnych rzeczy na górze to widziałem jak grupki panów siadały sobie na kamieniach, otwierały butelki z alkoholami i popijały w najlepsze (w upale). Dla mnie to głupota po całości bo są na szczycie, na dół zejść trzeba, zaraz niedaleko były liny. No ale jak dożyli tego wieku to pewnie sporo szczęścia mają (nie to co ja… ale to inna historia) to też jak dziesiątki razy schodzili po pijaku to nic im się nie stanie kolejne kilkadziesiąt zejść. Szkoda gadać :/

Posiedzieliśmy, obaliłem prawie całą butelkę Pocari Sweat i zaczęliśmy schodzić. Na szczęście inną drogą, którą ponoć można było pokonać w 45 minut. Były trzy segmenty po 15 minut i kolega powtarzał, że jeszcze 15 minut do następnego punktu. Oczywiście skończyło się na tym, że zeszliśmy w 90 minut 😉 Po drodze wyszło z dyskusji, że jak mówię po angielsku to nie czuć u mnie wschodnio-europejskiego akcentu tylko bardziej niemiecki lub duński. Bardzo się tym zdziwiłem, a inni się zdziwili moim zdziwieniem i pytali czy to źle? Nie, skądże. Po prostu zaskoczyli mnie tym i tyle 😀

Tak rozmawiając mijaliśmy po drodze pozostałości po smutnej historii tego miejsca – stare gniazda karabinów maszynowych. Teraz zadbane i opatrzone numerami ewidencyjnymi, milcząco przypominają o sąsiadach, którzy oddaleni są nie dalej jak 70 km na północ.

Zakończenie łażenia po górkach

Po zejściu do miasta udaliśmy się w stronę knajpy, w której sprzedawane były smaczne dania z kurczaka i wieprzowiny w ostrym sosie, z grilla. Siedzieliśmy tak i rozmawialiśmy o różnych celach podróży zagranicznych jakie można mieć w Korei podczas zbliżających się świąt żniw (Chuseok). Później przeszło na rozmowę o tym co warto zobaczyć w Japonii, jak drogo jest w Hong-Kongu i na końcu mój kolega opowiedział o jednej ze swoich wycieczek do Korei Północnej. To co mówił… naprawdę brzmiało to jak abstrakcja którą podsumował jako połączenie „Roku 1984” z książką, której niestety nie znałem a która opowiadała o manipulacji informacjami przez telewizję i w książki. Najciekawsze było stwierdzenie, że formalnie przekraczając granicę kraju człowiek znika ze świata – trzeba zostawić paszport przy wejściu (wszystkie w przypadku podwójnego obywatelstwa), zaś w paszporcie nie pozostaje żaden ślad po pobycie w Korei Północnej.

Fajnie się tego wszystkiego słuchało. Jednak trzeba było zwinąć się w pewnym momencie i wrócić do swojego miasta.

Po powrocie do swojego mieszkanka postanowiłem nieco zaszaleć i w ramach testów jakości lokalnych produktów postanowiłem spróbować sok z aloesu. Daje radę, trochę słodki zaś sam aromat należy do przyjemnych. Odczucia potęgowały kawałki miąższu pływające w środku.

I tak radośnie minął dzień w towarzystwie amerykan na zboczach gór w Seulu.

Advertisements

~ by drzejan on July 12, 2014.

4 Responses to “Wspinaczka po górkach w Seulu”

  1. Łyżka na foteczce wygląda jak moja o_O To dowód na to, że wcale nie jesteś tam, tylko kryjesz się w mojej kuchni 😛

    • Nie no, twoje łyżeczki są lepszej jakości i nikt nie próbował zostawić na nich śladów swoich zębów (chyba). Ale fakt faktem, podobnie te wszystkie sztućce wyglądają.

      A tak to podrabiam sobie w telefonie lokalizację przy wrzucaniu zdjęć na g+ ? 😉

  2. wiesz co, dla mnie takie wycieczki do Korei Płn. są wątpliwe moralnie. a mówiąc po ludzku: mega słaberskie. głupio jeździć na zwiedzanie do krajów, gdzie ludzie umierają w obozach koncentracyjnych. przy czym zdaję sobie sprawę, że takie polukanie na patologię przez szybkę i powrót do swojej bogatej, sytej i w miarę normalnej rzeczywistości zawsze było popularne wśrod uprzywilejowanych kast.
    beka w sumie, bo ja mówię o moralności, a przecież samo moje istnienie jest już wystarczająco amoralne, jeszcze nie dodając do tego czynów, no ale niech to chociaż wybrzmi.

    • W sumie racja – te wyjazdy można w ten sposób odbierać. Oglądanie jak inni mają źle jako forma urlopu/odpoczynku nie brzmi najlepiej. Ale nie będę ukrywał, że ze sporym zainteresowaniem słuchałem tego co opowiadał kolega, bo co jak co, ale jest to zgoła inne od tego co znam z codzienności.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: