Po pierwszym tygodniu

Dla odmiany spróbuję tym razem napisać nieco krótszą notkę bo to co zamieszczam na blogu wychodzi mi długie i często przegadane. Zatem, tak jak jest w tytule notki – to już tydzień w Korei. Dziwna sprawa bo z jednej strony minęło błyskawicznie zaś z drugiej odnoszę wrażenie, że jestem tu już od kilku miesięcy.

przerwa techniczna

Na początku, zanim zaczęło się szkolenie w firmie, skorzystałem z okazji i przeszedłem się po okolicy. Głównie w kierunku kompleksu/kampusu firmowego i dalej do dzielnicy gdzie zazwyczaj przebywałem podczas wyjazdów służbowych. Od momentu jak byłem tam ostatni raz minęło nie więcej niż trzy miesiące i kurczę, tu wszystko się zmienia. To jeden sklep zniknął (official apple reselear – teraz jest tam sklep z torebkami), w innym miejscu zrównali z ziemią dzikie pola prowadzone przez staruszków i coś już wznoszą zaś w ciągu pół roku skończyli spory kawałek linii metra w Suwonie. Ciekawie to wygląda i pokazuje z jaką dynamiką zachodzą przemiany tutaj, w Korei. I pytanie – czemu w Warszawie nie zastosowano prostego patentu z budową metra jaki jest z powodzeniem stosowany w Korei? Na kilka dni zamknęli ulicę, zerwali nawierzchnię i wyrwali ziemię do max 2 metrów w głąb po czym nad zainstalowali metalowe rusztowania i na to wielkie płyty po których puścili ruch. Utrudnienia trwały chwilę zaś prace spokojnie trwają z ruchem drogowym nad głowami robotników.

Innym razem poszedłem poszukać miejsca w którym odbyło się szkolenie. Okazało się, że centrum znajduje się w… innym mieście. Na szczęście na nogach to tylko 80-90 minut drogi, metrem i na nogach to już w 30 minut bym dotarł. Czas trwania przejścia niestety zależy od świata dla pieszych, które w Korei są bardzo krótko i rzadko. Ale nie to jest najważniejsze. Gdzieś tam na styku dwóch miast były niewykorzystane jeszcze pola na których rosły sobie różne rośliny. Po obejrzeniu lokalnej flory stwierdziłem, że występuje tu prawie to samo co u nas (rumiankopodobne coś, babka lancetowata, koniczyna czy też bylica polna). Obserwując tak rośliny usłyszałem charakterystyczne dźwięki wydawane przez znane mi ptactwo, ukryte gdzieś w tym polu. I ponownie, jak w domu, bo był to bażant. Człowiek spodziewałby się jakiś palm czy nie wiadomo czego a tu przyroda jak u nas.

Wracając jednak do szkolenia. Co tam się działo to pisać nie będę (tajne przez poufne itp.). Natomiast wspomnę o tym, że dzięki tym tygodniowym zajęciom miałem okazję poznać naprawdę wspaniałych ludzi oraz kultury, z których się wywodzą. I tak najweselszymi ludźmi w całej naszej multi-kulti zbieraninie byli Meksykanie tryskający energią na lewo i na prawo. Tak jakby mieli jej nieskończone zasoby. Kolejni w kolejce okazali się Chińczycy, którzy na początku mocno się dystansowali od reszty, najpewniej z powodu trudności w porozumiewaniu się po angielsku, jednak po kilku ćwiczeniach w grupach otworzyli się i też super się z nimi gadało lub też trollowało innych uczestników 😀

Kolejną ciekawą ekipą do rozmów byli Hindusi, którzy pomimo wewnętrznego podziału ze względy na regiony to jak się ominęło problem lokalnego pochodzenia można było rozmawiać o wszystkim i o niczym. Wystarczyło do nich zagadać z uśmiechem i momentalnie otwierali się. A dalej to już tylko ciekawe anegdoty i wspólne salwy śmiechu.

Natomiast średnio wyglądała sytuacja pomiędzy ludźmi z Ukrainy i Rosji. Patrzyli na siebie z wilka jednak na koniec szkolenia jakoś przezwyciężyli wspólne problemy i na koniec rozmawiali ze sobą.

A my, Polacy? Było nas wszędzie pełno bo oprócz mnie jest jeszcze dwóch kolegów i o ile inne mniejszości siedziały cicho tak wszyscy nas kojarzyli co też było fajne. Może teraz nie będzie problemu mylenia Polski z Holandią?

To teraz mając sporo pozytywnej energii jestem gotowy do pracy. Chyba. Najpierw nieco tej energii spożytkowałem na… zrobienie prania za pomocą pralki nie posiadającej opisu po angielsku. Było śmiesznie, ale się udało 😀

Z ciekawostek, w HomePlus (to takie koreańskie Tesco, są nawet produkty Tesco sprzedawane jako premium, bo przecież z Europy) znalazłem onigiri zapakowane dokładnie tak jak to co kupowałem każdego ranka na potęgę w Japonii. Jest nieco tańsze bo normalnie kosztuje 1000 wonów (1 dolar, 3 zł), chociaż trafiłem na promocję i udało się złapać sztukę za 700 wonów (2,1 zł). W smaku dobre więc wiem jakie przekąski będę sobie kupował :>

Jak zmotywuje się to napiszę o jeszcze jednej rzeczy, którą widziałem w Japonii, a teraz zaobserwowałem w Korei. Jednak do tego potrzebować będę wytrwałości i determinacji połączonej z odblokowanym aparatem w telefonie 😉

Advertisements

~ by drzejan on June 13, 2014.

2 Responses to “Po pierwszym tygodniu”

  1. O, ja dzisiaj słyszałam bażanta ^_^
    Fajnie, że miałeś takie multikulti, wprawdzie przez tydzień, ale zawsze coś. Ja miałam taki miesiąc~~

    • Takie spotkanie z innymi kulturami to zdecydowanie coś dobrego. Można namacalnie zweryfikować czy to co wiemy i sądzimy o danej nacji rzeczywiście pokrywa się z rzeczywistością 🙂

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: