Miyajima oraz słynna brama w wodzie

Podążając za planem, pomimo pewnych zawirowań i problemów, o których wspomniałem wcześniej, pierwszego pełnego dnia pobytu w Hiroshimie wybraliśmy się do Miyajimy. Jest to miasto znajdujące się na wyspie w pobliżu ujścia portu w Hiroshimie. Można je łatwo skojarzyć z jednym z bardziej znanych widoków w Japonii – czerwona brama Tori stojąca w wodzie.

przerwa techniczna

Jak tam się dostać? Bardzo prosto, z JR Passem oczywiście 😉 Wystarczy złapać odpowiedni pociąg lokalnej kolei jadący na zachód, dotrzeć do stacji Miyajima po czym przejść nie więcej niż 100-150 metrów. Człowiek powinien znaleźć się przed portem w którym praktycznie co chwilę odpływają promy pomiędzy lądem a wyspą. Fajne jest to, że promy należą do spółki JR-West czyli można na spokojnie płynąć nimi z wykorzystaniem JR Passu. Czy wspominałem, że bilet na pociągi w Japonii to super sprawa? Czy opłacalna to inna sprawa, ale wygodna – to na pewno.

Co się na dzień dobry rzuca w oczy w Miyajimie? Klimat Nary, czyli jelenie grasujące po ulicach miasteczka z nieodłącznym propagowaniem organicznych kamyczków gdzie tylko jest to możliwe. Pozytywne było to, że skubance nie były tak wytresowane jak w Narze przez co nie sępiły o jedzenie. No i znowu nas omijały, chociaż nie tak otwarcie jak ich bracia ze stałego lądu.

Pierwsze co zobaczyliśmy to znana świątynia (Itsukushima). Postanowiliśmy ominąć tłumy, które to dopiero miały się pojawić na wyspie. Z rana była jeszcze woda to też obserwowaliśmy jak odpływ odsłania fundamenty bramy i pozostawia świątynię bez wody. Szczerze, smutnie wyglądała taka osuszona. Na miejscu mieliśmy okazję zobaczyć dwa wydarzenia – pierwsze to pokaz tańca w wykonaniu osoby ze świątyni. Oczywiście ubrana była w odpowiedni strój (nie zrobiłem zdjęcia, więc nie pokażę) zaś dookoła było pełno ludzi. Drugie wydarzenie to już trzeci tradycyjny ślub jaki widziałem w Japonii podczas tego pobytu. Chwilę postaliśmy po czym zmyliśmy się. Jakoś tak nie czułem się swojo patrząc na uczestników uroczystości. Standardowo, jak była okazja to wziąłem kolejny stempelek do mojego zeszyciku 😀

Mając główną atrakcję za sobą udaliśmy się na południe w stronę kolejnej świątyni (Daishoin) gdzie miałem okazję zobaczyć fragment mszy podczas której mnich recytował fragmenty pisma świętego swojej religii w sposób zupełnie mi nie znany. Brzmiało to ciekawie chociaż możliwe, że użycie bębnów w znacznym stopniu wpłynęło na moje postrzeganie całości. Co jak co, ale japońskie bębny to wabik na mnie – czekam na kolejny koncert Yamato w Polsce 😀

Świątynie zaliczone, jedzenie nieznalezione zaś wczesna godzina sugerowała jedno. Powinniśmy udać się na górę przed przyjściem dzikich tłumów. Zdecydowaliśmy, że w jedną stronę (na górę :D) pojedziemy kolejką linową zaś w dół spokojnie sobie zejdziemy leśnymi ścieżkami. Wjazd był bardzo ciekawy, widoki dookoła powalały o ile nie miało się lęku wysokości. Po drodze na górę nagrywałem kamerą filmik bo tak ciekawie wyglądało to co znajdowało się dookoła trasy kolejki. Niestety, ale miałem okazję zobaczyć jak zachowują się zagraniczni turyści w Japonii. Z naprzeciwka zjeżdżali turyści, którzy z koloru skóry wyglądali na Turków/Egipcjan. Spokojnie nagrywałem górę przed sobą i pewnie częściowo ich wózek wszedł w kadr. To czym mógł się popisać taki potentat intelektualny na urlopie? Tym, że schrzanił mi całe nagranie bo udało mu się zdobyć na pokazanie środkowego palca. Ręce opadły, chamstwo widać nie wychodzi z ludzi nawet jak są na urlopie z dala od domu :/

Fajne było to, że jazda na górę składała się z dwóch etapów. Pierwszy pokonywało się w mniejszej gondoli (max 6 osób) i trwał zdecydowanie dłużej i widoki były wspaniałe. Drugi etap to realnie był przejazd pomiędzy szczytami w większej gondoli (10+ osób), różnica wysokości to może 50. Widok z okna z jednej strony mógł zmrozić krew w żyłach – przeeepaść 😀

Na miejscu szybko ogarnęliśmy teren, zrobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy na zdobycie kolejnego wierzchołka. Bardzo fajnie mi się szło po tym wszystkim a i pozostali turyści poruszający się po szlaku byli bardzo uprzejmi. Na docelowym szczycie planowaliśmy zrobić dłuższą przerwę by wypocząć i później na spokojnie zejść na dół. Niestety nie udało się. Na miejscu okazało się, że akurat dzisiaj dotarła tam wycieczka szkolna w sile kilku klas. Zatem było głośno, tłoczno i niebiesko (stroje od w-fu). Nie przeszkodziło nam to w odpoczynku, kolega poproszony został przez trzy uczennice o wypisanie co mu się podoba w Japonii. Przy okazji wspominał coś o Bruce’ie Willisie rzekomo podróżującym z nim.

Jak już uczniowie zaczęli usuwać się z góry (szli na wózki linowe) my spokojnie skierowaliśmy się na ścieżkę prowadzącą do podnóża góry, do miasta. Po drodze mogliśmy obserwować japońską przyrodę, od czasu do czasu mijały nas grupki uczniów, którzy postanowili zejść na piechotę.

Co dalej? Jedzenie (dobry udon z smażonymi krewetkami), ostatnia świątynia która już nie służyła sprawom sakralnym i ogólne kręcenie się po mieście. Na spokojnie, bez ciśnienia chodziliśmy i zwiedzaliśmy teren mając gdzieś tam w głowie obraz znanej czerwonej bramy w wodzie. Po części czekaliśmy na przypływ. Niestety, ale dopiero w momencie naszego odpływu z wyspy było na tyle dużo wody by zakryć fundamenty bramy. Jednak świątynia wciąż wyglądała smutno, tak z dala od wody.

Notki za następny dzień raczej nie będzie.

Advertisements

~ by drzejan on April 12, 2014.

4 Responses to “Miyajima oraz słynna brama w wodzie”

  1. Hehe , to jak tam Bruce? Braly autografy od ciebie? 😉 a deer-chan kawaj 😉

    • Daj spokój, lepiej nie pisać. Wystarczy, że ukradkiem robili zdjęcia 😛

      A Deer-shan rzeczywiście kawaii, mogłem ci kupić jej maskotkę :>

  2. aaaa, nie ma notek, boście pewnie zapili w Jokohamie! już ja wiem.

    • Nie zapiliśmy, przynajmniej oficjalnie 😉

      Po prostu nie było dostępu do sieci i też nie było o czym konkretnym pisać 😀

      A w Yokohamie byłem tylko przejazdem 😉

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: