Plan – Himeji, wykonanie – rzeczywistość…

Ostatni dzień w Kioto, każdy miał wolną rękę odnośnie tego co chce robić to też nie zastanawiając się długo (nie miałem czasu i byłem na dodatek zmęczony) podjąłem decyzję, że pojadę do Himeji. Celem numer jeden była świątynia w której kręcono Ostatniego Samuraja (świątynia ulokowana na górze Shosha) a jeśli starczyło by czasu i ochoty to jest jeszcze zamek w Himeji. Problem z nim jest tylko taki, że jest aktualnie remontowany… zatem, czas wprowadzić plan w życie 😀

przerwa techniczna

Dojazd z Kioto do Himeji jest banalnie prosty jeśli ma się JR Passa. Można jechać normalną koleją i pewnie zajęło by to od godziny do półtorej jeśli nie dwie (nie chce mi się już sprawdzać :P). Inną opcją jest wzięcie Shinkansena, który dojedzie na miejsce w 44 minuty. Dla mnie bomba, tak też zrobiłem dzięki czemu miałem okazję usłyszeć tekst, który rozwalił mnie na kawałki. W kolejce po bilety stała przede mną czwórka obcokrajowców. Prawdopodobnie przyjechali z kraju w którym powszechnie stosuje się język angielski – Stany. Gdy nadeszła ich kolei, podeszli do stanowiska i zamiast się przywitać (po japońsku lub chociażby po angielsku) to rzucili na dzień dobry ‘do you speak English?’. Aż się prosiło by rzucić ‘nie, k***a’. Nie wykonali chociażby minimalnego kroku co by ułatwić pracę pani z okienka, a zauważyłem, że zdecydowanie łatwiej się dogadać jak się przynajmniej przywita…

Fajne w okienku było to: chcę bilet na shinkansen, który zabierze mnie do Himeji, najlepiej taki co zaraz będzie odjeżdżał. To poczucie i tekst – poproszę bilet na najbliższy pociąg, to coś nowego bo póki co to kolej w Polsce dyktuje mi kiedy i czym będę jechał, a nie kiedy ja potrzebuję.

Będąc jeszcze w shinkansenie miałem okazję zobaczyć w oddali zamek w Himeji wraz z stylowym rusztowaniem, które całkowicie go pochłonęło. Tam spokojnie przesiadłem się do lokalnego pociągu linii JR i udałem się do stacji o nazwie Yobe. Co ciekawe, pociąg napędzany był silnikiem spalinowym a nie elektrycznym to też nieco inaczej się ruszało i jechało. Tak poza konkursem to niby pierdoła, ale na stacji Himeji zdziwiłem się bo z jednego peronu, z jednego toru odjeżdżały dwa pociągi. Jeden jechał na wschód (nie wiem dokąd ), drugi zaś na zachód i to był ten mój. Oczywiście prawie z miejsca wsiadłbym w pociąg w złą stronę, ale uprzejmy starszy konduktor nakierował mnie gdzie mam iść. Nie to, bym dogadał się z nim po angielsku, ot zrozumiałem mniej więcej co mówił po japońsku. Jednak oglądanie anime do czegoś się przydało 😀

Dalej to spokojnie spacerowałem sobie brzegami kanałów w mieście, podziwiając kwitnące drzewa i ładne widoki. Planowałem spokojnie przejść się w stronę góry z świątynią, tam obejść wszystko po czym wrócić do miasta. Tak bardzo spokojnie, bez ciśnienia.

Idąc tak sobie zauważyłem, że jeden z kolegów dzwonił do mnie. Coś się stało, bo nikt normalny nie lubi płacić 10 zł/min tylko po to by spytać się o pogodę. Szybka wymiana wiadomości (1.5 zł za sztukę) i okazało się, że jest maciupki problem. Powinniśmy byli się wypisać z hostelu w Kioto do godziny 10 tego dnia – pomyliły nam się dni i wolny dzień zamiast w Kioto wypadł na okres w Hiroshimie. Zatem ja byłem tylko 150/200 km od Kioto, inny kolega poleciał do oddalonej od centrum świątyni zaś trzeci miał nas spakować. Podjąłem decyzję, ze wracam do Kioto (1.5h i bym był) i już wracałem na stację Yobe gdy za porozumieniem stron zdecydowałem mimo wszystko pozostać w Himeji i dokończyć zwiedzanie – koledzy mieli wziąć moje rzeczy i dojechać jakimś cudem do Hiroshimy.

Nie chciałem ich tak zamęczać to też ustaliłem sobie plan. W nieco ponad 4 godziny (ale bliżej 5 godzin) miałem obejrzeć wszystko w Himeji (świątynia, nie zamek), wrócić na stację i dojechać do Hiroshimy. Konkretny plan z konkretnymi deadline’ami. To też skończyło się oglądanie kwiatków tylko poruszanie z mapą po nieznanym terenie. Wędrowałem z mapą i GPSem. I tak z przyczyn technicznych musiałem przejść przez pola uprawne (ale szedłem po ścieżce, a nie grządkach), moja aplikacja do nawigacji miała nieco za stare mapy. Pech chciał, że na tym polu byli właściciele (małżeństwo staruszków) i mocno się dziwili czemu biały przechodzi przez ich własność i czemu przy tym niemalże biegnie.

Z dalszych jazd na jakie natrafiłem w drodze do świątyni było to, że na mapie jasno miałem zaznaczoną ścieżkę na szczyt góry z pominięciem kolejki linowej. Problem w tym, że nie mogłem jej znaleźć. Krążyłem dookoła a czas nieubłagalnie leciał. Szybka decyzja, wycofanie i ostatecznie skorzystanie z kolejki linowej. Na szczęście znalazłem inną ścieżkę i zacząłem się wdrapywać. Nie lubię map, bo często nie pokazują prawdziwych informacji o tym jaki dystans należy przejść. A tu ewidentnie tak było, niby 200-300 metrów i będę na górze. Nikt nie wspominał o tym, że przesunąłem się o kilka set metrów w górę.

Gdy doszedłem na miejsce, w rekordowo krótkim czasie 15 minut (spieszyłem się!) wszyscy się dziwili widząc mnie bo nikt tak szybko nie wszedł na samą górę.

Sama świątynia robi wrażenie – zaczynając od czerwonych drzew, poprzez świątynię przypominającą Kyomizu derę a kończąc na przepięknych ścieżkach żywcem wyrwanych z jakiś odludnych gór. Jak miałem tylko okazję to poprosiłem o stempelek i kaligrafię do mojego notesiku. Już prawie jedna strona książeczki została zapełniona 😀

Posiedziałbym tam dłużej, ale czasu nie miałem to też nie widziałem ceremonii w świątyni. Z fajnych rzeczy było to, że idąc samemu zaczepił mnie starszy Japończyk, który zapytał się czy nie chciałbym zdjęć z świątynią w tle. Oczywiście zgodziłem się i mam już dowód, że tu byłem 😉 Zatem mam zdjęcie z świątyni w której nakręcono Ostatniego Samuraja.

I tak szybko zacząłem schodzić w dół. Kolejna nie znana ścieżka, kolejne wyzwanie bo była to trasa dla samochód z transportem towaru dla świątyń na szczycie góry. U podnóży góry okazało się, że mieści się uniwersytet w Himeji. Na środku był obowiązkowy zegar zaś dookoła były parkingi z rowerami i akurat jak szedłem to spóźnialscy studenci wjeżdżali na swoich rowerach na kampus tak szybko jak to tylko możliwe. Brakowało tylko dziewczyny biegnącej z kromkom chleba w ustach.

Dalej to już spokojniej było, wyprułem z siebie flaki by zdążyć na shinkansen, w którym jadą koledzy. Plan bardzo dobry i niemalże się udał gdyby nie to, że pojechali o jeden za wcześnie. Ja gnałem, ale jak już dotarłem do Himeji to złapałem JR Passa i zająłem miejsce w Shinkansenie do Okayama. Miejsce nierezerwowane, są takie i używałem ich. By dotrzeć do celu podróży – Hiroshimy – musiałem się przesiąść do Sakury, innej linii szybkich pociągów. Normalnie podróżuje z pomocą linii Hikari, ale jak widać, udało się dotrzeć do celu.

Hiroshima

Jak już się zameldowaliśmy się w hostelu to na spokojnie obeszliśmy miasto – konkretniej centrum gdzie skierowaliśmy się w stronę pomnika upamiętniającego ofiary bomby atomowej. Chodzi o znany budynek z stalową kopułą. Zobaczyłem go na żywo i powiem tak – robi wrażenie. Bardzo posępne wrażenie. Na miejscu trochę miałem mieszane uczucia co do tego jak zachowują się tam turyści czy też mieszkańcy Hiroshimy. W pierwszym przypadku chodzi o Amerykan, którzy ‘cykali sobie fotki’ dookoła budynku jednocześnie głośno się śmiejąc i żartując. W drugim zaś przypadku, młodzi Japończycy korzystali z parku poświęconego ofiarom jak z miejsca gdzie można się bawić i tu przez zabawę rozumie upijanie. Jak w Polsce.

Będąc na miejscu weszliśmy do muzeum znajdującego się parku. Warto wejść do środka, bo zwiedzane nie zajmuje dużo czasu zaś ekspozycja jest zrobiona w taki sposób, że odwiedzający na pewno nie będzie się nudził. Zwłaszcza panorama Hiroshimy w centralnej części bazująca na zdjęciach wykonanych przez amerykańskich żołnierzy po zakończeniu wojny.

Kończąc już zwiedzanie zaszliśmy do miejsca, w którym było hipocentrum. Stoi tam mała tabliczka informacyjna. Ponure wspomnienia z przeszłości.

Po tym wszystkim udaliśmy się coś przekąsić – jako, że jesteśmy w Hiroshimie to trzeba było spróbować okonomiyaki. Dobre było, chociaż cenią się skubance (około 1k jenów).

I tak minął nieco zwariowany dzień, w którym elastyczność planowania i działania została wykorzystana przez nas na maxa. Tylko jeden kolega nic nie zwiedził bo był w hostelu w Kioto.

Advertisements

~ by drzejan on April 11, 2014.

One Response to “Plan – Himeji, wykonanie – rzeczywistość…”

  1. […] Chodzi o Takao znajdującego się na północnozachodnich obrzeżach Kioto. W zamian zobaczyłem Himeji i miejsce, w którym kręcony był Ostatni Samuraj, ale wiadomo jak to jest – człowiek jest […]

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: