Koyasan

Cały czas wstrzymuje się z napisaniem notki z Yoshino bo co mógłbym tam napisać? Ot miejsce kultu Japończyków, jakiś większych i ciekawszych akcji w stylu zagubienie w lesie nie było. Podążając tym tokiem myślenia powinienem wstrzymać się z opisywaniem Koyasanu bo na miejscu okazało się,, że to Licheń 3.0 (2.0 to Yoshino). Ale jak już zacząłem… 😉

przerwa techniczna

Zanim opiszę sam Koyasan wspomnę o transporcie na miejsce. I tu zaczynają się schody bo realnie by dotrzeć na miejsce z Kioto potrzebowaliśmy pięć środków komunikacji. Dwa udostępnione przez JR i trzy przez przewodnika nazywającego się Nankai (chyba). Oznaczało to jedno – trzeba było zapłacić za bilety. Muszę przyznać, że wtedy doceniłem fakt posiadania JR Passa i wygodę – pokazuję go i sobie jadę gdzie chcę, nie musze wyciągać portfela.

Tak więc po ponad dwóch godzinach podróży dotarliśmy do celu. Po drodze jechaliśmy praktycznie sami w wagonie, później znikąd pojawiły się grupki emerytów i to nas przekonało, że jedziemy w dobrym kierunku. Ostatni etap podróży, tak dla odmiany, pokonaliśmy w kolejce linowej co było ciekawym urozmaiceniem od japońskich pociągów, w których można bardzo łatwo zasnąć.

Na miejscu przyszła mi jedna myśl do głowy. Gdzie my właściwie jesteśmy i co tak naprawdę chcemy tu zrobić. Plan zakładał przejście się do samego Koyasanu na nogach to też zaczęliśmy iść najkrótszą górską drogą. Nie przeszliśmy 10 metrów gdy za nami wybiegł pan z obsługi stacji autobusowej, zrównał się z nami i powiedział, że przejście nie ma i pokazał inną drogę. Dłuższą i na około, co ostatecznie wyszło na dobre bo widoki były lepsze. Nie mogliśmy iść oryginalną drogą bo była zbyt kręta oraz wąska – dostępna wyłącznie dla autobusów poruszających się między końcową stacją kolejki linowej a Koyasan (miastem).

Idąc spokojnie wzdłuż ulicy mogliśmy nacieszyć się pięknymi widokami, pustymi ulicami i ciszą. Taką normalną, naturalną i pozbawioną ludzkiej wpływu na otoczenie. Pomijam słyszalne od czasu do czasu dźwięki motorów, musiały nieźle zasuwać po krętych górskich drogach. Oczywiście pierwsze co przyszło mi do głowy to znany kawałek ‘night of fire’ oraz anime ‘Initial D’ 😀

Pokonawszy kręte drogi, przeczekując przejazd pędzących ku górze autobusów na poboczu dotarliśmy do pierwszego punktu w planie – wielkiej bramy Daimon. Robiła wrażenie zwłaszcza, że stała wysoko i na dodatek pomiędzy nigdzie.

Mając jedną przerwę za sobą spokojnie poszliśmy dalej, na wschód by zgodnie z planem zahaczyć najpierw o kompleks świątyń Garan i później o świątynię Kongobu-ji. W pierwszym przypadku, zamarliśmy jak tylko zbliżyliśmy się do lokalizacji świątyni. Zobaczyliśmy żurawie, metalowe konstrukcje i pracowników na terenie budowy. Kolejny zabytek, który akurat teraz musi być remontowany! Właściwie to kończyli już remont bo zdejmowali rusztowania, ale mimo wszystko szkoda bo chciałoby się zobaczyć całość a nie tylko miejsca otwarte dla zwiedzających. Po obfotografowaniu wszystkiego przeszliśmy do świątyni Kongobu-ji do której weszliśmy do środka. Bardzo przyjemne miejsce by przycupnąć na chwilę i odpocząć w japońskim kamiennym ogrodzie.

W środku miałem też okazję zobaczyć jak wygląda konstrukcja dachu w tradycyjnym japońskim budynku, nie zasłonięta przez stropy pomieszczeń. Raczej mało kto by to zauważył, bo część bez sufitów nie była zbyt duża no i wnętrze było mocno zaciemnione. Zatem niestety, ale zdjęcia raczej nie wyszły, a szkoda bo fajnie to wyglądało.

Zatem polecam świątynię (Kongbu-ji). Zwłaszcza, że w Koyasan praktycznie co drugi budynek to świątynia to tez jakiś odsiew należy zrobić.

Podążając dalej na wschód dotarliśmy do malowniczego mostku, który prowadził pomiędzy las. Wysoki cedrowy las, w którym znajduje się stary cmentarz. Co tu będę się rozpisywał, po prostu piękne miejsce – przepełnione mistycyzmem i długowiecznością. Wystarczyło popatrzeć na drzewa, których przekrój miał spokojnie te dwa metry. Na pewno było to jedno z tych miejsc, które warto zobaczyć będąc w Japonii.

Na końcu cmentarza, a wciąż dopiero na początku lasu, znajduje się świątynia Torodo której nie mogłem sobie odpuścić przy moim polowaniu na stempelki. Mam już 16 wykaligrafowanych wpisów :D. Ale nie to jest najważniejsze. W środku świątyni, w której nie wolno robić zdjęć, byłem wraz z kolegami świadkiem jak mnich oprowadzający japońską wycieczkę zaczął intonować modlitwę po czym staruszkowie zebrani dookoła niego zaczęli ją powtarzać. Niby mamy to samo u siebie, w Polsce, w kościołach, ale tu brzmiało to zdecydowanie inaczej. Czy lepiej? Nie wiem, nie mnie oceniać 😉 Na pewno to jak recytował/śpiewał mnich robiło wrażenie i to nie tylko na nas.

Wychodząc z świątyni, zgodnie z tabliczką przy wejściu do niej, postanowiłem zachować się zgodnie z okolicznymi obrzędami to też przechodząc przez mostek odwróciłem się i ukłoniłem. Koledzy, idąc ze mną mówili, że też tak zrobią. Tylko mówili… i wyszło, że z trzech obcokrajowców tylko jeden zrobił coś, pozostali tylko się uśmiechnęli i poszli. Może nie trzeba było tego robić?

I tak na spokojnie minął nam cały dzień. Mniej więcej, bo trzeba było tylko przejść cały cmentarz, cały Koyasan, złapać autobus do stacji kolejki linowej i wrócić przez Osakę do Kioto. Co to dla nas 😉

Fajne jest to, że linie kolejowe są ze sobą zsynchronizowane. Co to oznacza – jak tylko kolejka linowa zjechała do doliny to lokalny pociąg czekał na stacji jeszcze 10 minut aż ludzie przejdą. Dalej, na stacji gdzie lokalny pociąg kończył bieg czekał na nas kolejny – ostatni z jakiego korzystaliśmy w ramach prywatnej linii kolejowej. Coś niewyobrażalnego u nas. Transfery w sumie zajęły nam mniej niż 5 minut. Pełen szacunek za taką organizację. Aż szkoda mi będzie wracać do Polski, gdzie spóźnienie 10 minutowe to nie spóźnienie tylko przyjazd o czasie :/

Jutro natomiast jest wolny dzień. Nie mamy nic zaplanowanego to też każdy z rana uda się w swoją stronę by wrócić na wieczór do hostelu i podzielić się swoimi klęskami z innymi 😉 Ponownie czuję, że odbiło mi bo wyznaczyłem sobie oryginalny cel podróży :>

Advertisements

~ by drzejan on April 9, 2014.

4 Responses to “Koyasan”

  1. Drogi faktycznie pro, ale jeśli tam się coś dzieje to pewnie w nocy 😉

  2. Ciekawie wyglądają nowe lampy od Panasonica na cmentarzu. Wszystko w ramach stylu architektonicznego.

    Musieliście nieźle kilometrów nabić o_O

    A czy nie jest tak, że te świątynie remontują się teraz, przed dramatycznym i letnim napływem turystów?

    • Kilometrów to za dużo nie było. Lub nie było to więcej niż zwykle nabijamy w ciągu jednego dnia 😉 Faktem było to, że słońce nieźle grzało :/

      Świątynie jak już remontują to przez 2-3 lata więc raczej chodzi o remont a nie przypudrowanie co by nieźle wyglądały podczas zwiedzania, jak u nas.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: