Kioto – zachód, daleki zachód

I tak właśnie nadszedł ostatni dzień zwiedzania Kioto. Refleksja po minionych czterech dniach jest taka, że miasto choć jest fajne to po pewnym czasie każda kolejna świątynia/historyczny punkt przestaje odróżniać się od poprzedniego. Zacząłem wpadać w pewną rutynę dlatego kolejne punktu wyjazdu powinny przynieść powiew świeżości.

przerwa techniczna

Ponownie, lokalizacja hostelu w pobliży Kyoto Station znacznie ułatwiło nam poruszanie się. Plan zakładał, że dojazd do jak i powrót ze zwiedzania odbędzie się za pomocą połączeń obsługiwanych przez JR to też ponownie, jeździliśmy tylko na JR passie. Szczerze, piekielnie wygodne rozwiązanie 😀

To co zwiedziliśmy najłatwiej będzie podsumować jedną nazwą – Arashiyama.

Most nad rzeką Katsura

Długi most, który z rana był pełen. Później był przepełniony. W tym miejscu rzeka Katsura ma może 50 metrów szerokości to też przejście z jednego brzegu na drugi zajmuje chwilę. Ale co by to nie pisać, widoki piękne – kwitnące wiśnie, w oddali góry. By było ciekawiej, wracając z Małpiego parku poszliśmy ekipą nico w bok, odsuwając w czasie zwiedzanie kolejnego punktu na planie. Szliśmy dłuższą chwile i gdy przeszliśmy mniej więcej kilometr, może dwa, to zobaczyliśmy przepiękny widok. Po obu stronach były góry, zaś doliną płynęła rzeka o turkusowym kolorze. Po niej pływały statki z turystami oraz jedna jednostka z mobilnym sklepem z różnymi frykasami. W tle zaś, gdzieś w oddali widoczny był most. Do tego wszystkiego chłopak przygrywał gdzieś na brzegu na swoim flecie. Po prostu magia.

Zrobiłem sporo zdjęć, bo miejsce przepiękne. Jedynie dziwiło mnie zachowanie Chińczyków. Oprócz tego, że są strasznie głośni to na dodatek robili niezrozumiałe dla mnie rzeczy – stawiali puszkę po napoju i robili jej zdjęcia z górą oraz rzeką w tle. Może to była jakaś bardziej wysublimowana forma rozrywki, której nie ogarnąłem?

Tak czy owak, miejsce było piękne i domyślam się, że jesienią jest jeszcze piękniejsze. Polecam tu zajrzeć, zwłaszcza w zakątek, do którego prowadzi bardzo skromna ścieżynka wzdłuż rzeki po południowej stronie.

Park małp w Arashiyamie

Głównym celem przebicia się przez most na rzece Katsura było dotarcie do parku z małpami. Niby pierdoła, ale chętnie zobaczyłem te zwierzęta w warunkach podobnych do naturalnych. Biegały dookoła nas, ot tak.

Zanim jednak dotarliśmy tam to standardowo nieco pobłądziliśmy. W wyniku czego spotkaliśmy parę z USA, która również dotarła w złe miejsce. A czemu? Nie powinno mnie to dziwić i jest to dość oczywista rzecz, ale wypadało by napisać o niej w tym miejscu. Z jednej strony zdarzają się znaki z informacjami o świątyniach oraz kierunku/odległości/przewidywanym czasie dotarcia do nich, z drugiej zaś brakuje podstawowych informacji w języku angielskim w przypadku innych atrakcji. Niestety, to już norma do której się przyzwyczaiłem. Amerykan spotkaliśmy jeszcze kilka razy tego dnia, szli podobną trasą co my – widać pewien przewodnik jest popularny 😉

A park z małpami był fajny. Było też kilka fajnych akcji jak choćby tekst kolegi ‘nie mogę im zrobić zdjęcia bo jak tylko wyciągam aparat to one zaczynają się grzmocić’. Długo śmialiśmy się z tego.

Bambusowy zagajnik/las

Fajne miejsce, w sam raz by przejść i poczuć mistycyzm. Teoretycznie, bo w praktyce pełno ludu się tam kręciło i to różnej nacji. Nie dziwi mnie też to, że przedstawiciele pewnego zachodniego kraju całkowicie ignorują zakazy i na przykład złażą z ścieżki i pchają się miedzy bambusy by strzelić sobie zdjęcia. Jakby ktoś im zwrócił uwagę to czuję, że buntowali by się ze względu na ograniczenia ich wolności osobistych.

Z ciekawych rzeczy o których można wspomnieć są riksze. Klasyczne – jeden człowiek, dwa duże koło i towar do przewiezienia. W tym miejscu jako towar robili turyści. Wydawać by się mogło, że riksze ciągnąć będą mężczyźni. Po tym jak to napisałem wiadomo, że teraz będzie zawrót akcji i okaże się, że jedną z riksz ciągnęła dziewczyna. Niezbyt wysoka i raczej drobna. Dlatego też nieco komicznie wyglądało jak schodziła z rikszą z góry i swoimi małymi stopami zapierała się co by wyhamowywać pojazd. Ale i tak pełen respekt za to, że pracowała w takich warunkach, ja bym pewnie wymiękł.

Świątynia Gio-ji

Opuszczona i praktycznie zapomniana świątynia do której mało kto docierał. Główną atrakcją tego małego miejsca były mchy, jednak gdzieś chyba uciekły bo ich nie widziałem. Wejściówka była dość droga więc spokojnie mogę polecić ominięcie tego punktu.

Świątynia Adashino Nembutsu-ji

O tej świątyni pisać nie będę bo to co tam widziało poruszyło mnie na tyle, że nie czuje się na siłach by sensownie opisać to miejsce. Warto tam wejść, dla mnie to był najważniejszy/najcenniejszy obiekt jaki widziałem tego dnia. Jednak wejście tam nie powinno być kierowane chęcią pochodzenia i cykania zdjęć…

To by było na koniec jeśli chodzi o Arashiyamę. Brzmi skromnie, ale po tym dniu zupełnie nie czuję nóg. Powinienem był zainstalować sobie aplikację do mierzenia ilości kroków to bym wiedział ile już dziesiątek kilometrów na tłukliśmy podczas tego wyjazdu. Co ciekawe, to jeszcze nie koniec przygód tego dnia bo nie wspomniałem nic o jedzeniu.

Jedzenie

Mając zwiedzanie za sobą trzeba było rozwiązać kluczowy problem, który nas trawił. Dosłownie. Jedzenie, dużo jedzenia i najlepiej w dobrej cenie. Jak już dotarliśmy do hotelu to rzuciliśmy się do sieci w celu znalezienia adresów najbliższych super marketów, w których były działy z garmażerką. Czemu akurat garmażeria? Tu wszystko jest zawsze świeże (przynajmniej w teorii) więc jeśli sklep jest otwarty do godziny 20.00 to mniej więcej od 19.30 towar, który nie zszedł do tego momentu jest sprzedawany po niższej cenie. Stopniowo jest przeceniany po 100 jenów aż do 50% wartości. Ciekawy pomysł, bo jedzenie się nie marnuje i na dodatek część pieniędzy jest odzyskiwana a nie jak u nas – wywalana do kosza.

Zatem, mieliśmy plan. Znaleźliśmy supermarkety – jeden zaszyty pomiędzy biurowcami naprzeciwko stacji w Kioto, drugi zaś w podziemiach stacji (iSETAN). Rekonesans został zrobiony, wiedzieliśmy co jest dostępne. Problemem była młoda godzina, dopiero co minęła 17.00, więc do rozpoczęcia operacji ‘promocja’ pozostało nieco ponad 2 godziny. Dla zabicia czasu udaliśmy się w stronę ulicy Nishikikoji. Jest to ulica handlowa w japońskim stylu. Pełno sklepików po obu stronach jezdni zaś sama ulica jest zadaszona przez co klienci nie mokną jak pada. Ta konkretna ciągnęła się przez dobre 200 czy 300 metrów zatem było sporo sklepów do sprawdzenia. Niestety na miejscu nie było nic co by mnie przyciągnęło, ot normalne produkty – nie było skorpionów jak w Pekinie, chociaż małe pieczone ośmiorniczki wyglądały apetycznie 😉

Po sprawdzeniu ulicy handlowej wróciliśmy do stacji w Kioto. Była chwila przed 19.00 zatem trzeba było ustawić się na odpowiednich pozycjach i obserwować co będzie w promocji i w jak dużej. Ku naszemu zdziwieniu już od tej 19 zaczęto sprzedawać produkty po niższych cenach. Najpierw 100 jenów taniej (3 zł), jednak przy ogólnej cenie około 1000 jenów (30zł) czekaliśmy dalej. Czekaliśmy na lepszą ofertę. Nie tylko my, ale także inne sępy. Kolega w pewnym momencie stwierdził, że pójdzie do drugiego supermarketu by tam coś upolować. Niestety, na miejscu okazało się, że półki z jedzeniem były już puste więc wrócił do nas tak szybko jak tylko mógł. Czekaliśmy.

Duży zestaw obiadowy został przeceniony o 300 jenów więc wychodził na wersję za około 400 (12 zł). Nieźle. Czekaliśmy na jeszcze niższą cenę, niech dobije do 50% rabatu. Nasze plany pokrzyżowała obsługa, która zaczęła zdejmować towar z półek z jednoczesnym zrywaniem naklejek promocji. Zatem, za około 550 jenów kupiłem sobie duży zestaw obiadowy i paczkę smażonego makaronu. Czyli wydałem około 17 zł na obiad. Nieźle chociaż później doszedłem do wniosku, że jednak jedzenie w rodzinnych restauracjach jest zdecydowanie lepsze. Zdecydowanie bardziej syci.

Bezpieczeństwo na ulicach Kioto

Wracając z Nishikoji (ulicy handlowej) zatrzymaliśmy się na chwilę by sprawdzić naszą lokalizację i inne pierdoły. Ciekawie się stało, bo usiedliśmy na ogrodzeniu parkingu przed komisariatem i podczas gdy koledzy dyskutowali o tym czego szukali ja spokojnie obserwowałem pracę policji.

W środku była kobieta, która tłumaczyła coś policjantowi po czym oboje wyszli na zewnątrz. W miarę szybko, ale nie biegli. Dalej, po może 45 sekundach z budynku wybiegła trójka funkcjonariuszy w kierunku dwójki, która wcześniej opuściły komisariat. Te były już po drugiej stronie ulicy i realnie były naprzeciwko komisariatu. W tej chwili z budynku wybiegła funkcjonariuszka oraz kolejny policjant. Biegli w stronę pozostałych. Oczywiście taki ruch zainteresował mnie na tyle, by baczniej się przyjrzeć sytuacji. Kobieta i policjant zatrzymali się przy parze – facet i kobieta. Chwilę rozmawiali, spokojnie i wydawać by się mogło, że uprzejmie. W tym czasie trójka podeszłą i stanęła za nimi. Odwróciłem oczy na chwilę i gdy znów spojrzałem w stronę akcji widziałem tylko kobietę. Facet musiał dać nogę, natomiast dookoła kobiety było już 6 policjantów oraz kobieta z komisariatu. Zatrzymana kobieta już była trzymana przez policję, zaś funkcjonariuszka przeszukiwała jej torebkę.

Dalej nie czekaliśmy na rozwój sytuacji, ale wywnioskować można było, że kobiecie, która pojawiła się na komisariacie para ukradła telefon albo torebkę. Pytanie tylko – jak można być takim debilem by nie oddalić się od miejsca przestępstwa i co gorsza, paradować przed pobliskim komisariatem?

Bezpieczny kraj…

Sklep z grami

Chwilę po akcji z policją weszliśmy do centrum handlowego, w którym było chyba wszystko. Zaczynając od sprzętu foto, kamer, telefonów (jednej marki), poprzez rowery aż do gier na konsole i filmów na dvd/br. Słowem, wszystko. Za długo tam niestety nie zabawiłem, ale gdybym miał więcej czasu, większy limit na bagaż i więcej gotówki to pewnie bym co nieco kupił 😉

Advertisements

~ by drzejan on April 6, 2014.

6 Responses to “Kioto – zachód, daleki zachód”

  1. ‘nie mogę im zrobić zdjęcia bo jak tylko wyciągam aparat to one zaczynają się grzmocić’
    Nie czaję…. przecież to jeszcze fajniejsze zdjęcia wychodzą 😛
    Co do tych riksz to dla nas jest dziwne, że jedną z nich ciągnęła kobieta…. Mam wrażenie, że dla wielu azjatyckich nacji dziwne jest, że inne były ciągnięte przez mężczyzn 😉
    “Ciekawy pomysł, bo jedzenie się nie marnuje i na dodatek część pieniędzy jest odzyskiwana a nie jak u nas – wywalana do kosza.”
    Czy ja wiem…. jak już jakiejś kiełbasy nie da się wyszorować ludwikiem to u nas też promocję urządzają ;)…. chyba jakiś tryb złośliwca mi się włączył… :/ a może tryb polaka 🙂

    • Widać, że te małpy miały straszne parcie na szkło to też robiły to co się najlepiej sprzedawało, a my chcieliśmy autentycznej przyrody 😉

      Co do riksz – w sumie to nie pamiętam jak było w Chinach. W Korei to mają od tego pojazdy by ciągnąć ludzi 😉 Ale jeśli wszędzie głównie kobiety ciągną riksze, to nie wiedziałem 😀

      U na to się kombinuje ile się da, dobrze że z tym czyszczeniem to nie każą sobie płacić za ludwika 😉 Tu natomiast jest inna historia i to jest fajne, tego typu akcje z promocjami, sporymi promocjami 😀

  2. …a fotki są fajne. Pomimo, że pogoda jest trochę niepewna to kwitnące wiśnie nadrabiają.

    • Pogoda jest bardzo niepewna. Dwa dni już zaliczyłem gdzie lało i było zimno lub bardzo zimno. Nie wiem jakim cudem jeszcze nie padłem na zapalenie płuc, ale trzymam się mocno 😀

  3. W sklepie były sceny jak w tym animie o łowcach przecen (zapomniałem nazwy ale wiesz na pewno o które chodzi)? 😉

    • Anime miało tytuł ‘Bento’ i dokładnie takie akcje były 😉

      Dzisiaj też upolowaliśmy spore obiady za nieco ponad 9 zł 😀

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: