Kioto – północny wschód

Co tu dużo owijać w bawełnę. Kolejny dzień, tym razem nie ma już takich killerów jak wcześniej dlatego też możemy na spokojnie zwiedzać wyznaczone okolice. Na wejściu napiszę, że pogoda dała nam się we znaki i niestety nieco zmokliśmy. Oczywiście zdecydowanie mniej niż niż Fujiyoshidzie, ale wciąż :/

przerwa techniczna

Mieszkanie w pobliżu Kyoto Station to fajna sprawa jeśli chodzi o komunikację miejską i ogólniej o transport do różnych miejsc w mieście. Ponownie wyruszyliśmy z tego miejsca i poruszając się miejskim metrem z jedną przesiadką (Kurasama line na Tozan line) dotarliśmy do celu naszej wyprawy – torów z wiśniami po bokach. Droga powrotna była niemalże identyczna, bo też polecieliśmy metrem tyle tylko, że ruszyliśmy ze stacji znajdującej się o jedno oczko bliżej centrum. Wracając jednak do pogody, poranek był paskudny bo wiało i padało od czasu do czasu, ale później było już lepiej. Tylko wiało. Obym tylko nie zachorował.

No to czas na gęste 😀

Nanzen-ji Oku no in

Po wylądowaniu koło starych torów ruszyliśmy wzdłuż kanału wodnego na zboczu góry, bardzo dobrze ukrytego przed oczyma ludzi bo mieszczącego się w gęstym lesie. Kilku turystów znalazło się na trasie, ale ogólnie można powiedzieć, że były pustki. Co było fajne to to, że naszym oczom ukazał się ceglany akwedukt na końcu kanału wzdłuż, którego się poruszaliśmy. Szczerze, zupełnie się tego nie spodziewałem. Oczywiście kilka zdjęć zostało wykonanych po czym udaliśmy się pod górę, za kompleks Nanzen-ji, do małej świątyni. Bardzo kameralna i tyle można o niej powiedzieć.

Dalej, mijając świątynie, poszliśmy jeszcze wyżej pod górę i muszę przyznać, że to było fajne. Zupełnie inne odczucie, niby miasto a jednak odczucia jakbym był w Bieszczadach. Cisza, spokój i zapach kadzideł bo szliśmy wzdłuż ścieżki do kapliczek. Gdyby nie zapowiedź deszczu z ciężkich chmur to pewnie posiedzielibyśmy tam dłużej a tak trzeba było się zwijać bo też ziemia była już mokra i dodatkowa woda mogłaby uniemożliwić schodzenie.

Świątynia Nanzen-ji

Na dole zobaczyliśmy wielkie budynki kompleksu świątyń Nanzen-ji. Świątynie nieco się już przejadły to też kompleks nie robił już tak piorunującego wrażenia jakby mógł robić. Jednak okazało się, że istnieje możliwość wejścia na bramę/budynek stojący przed głównym gmachem świątyni. Muszę przyznać, ta konstrukcja była wystarczająco wysoka by zdjęcia z niej wyglądają naprawdę dobrze. Do tego udało nam się przetrwać na szczycie budynku nagły deszcz. Teraz już wiem, że deszcz musiałby padać naprawdę pod konkretnym/chorym kątem by zamoczyć papierowe ściany.

Sama świątynia nie miała za wiele do pokazania bo była cały czas używana to też nie zwiedzaliśmy jej wnętrza.

Świątynia Honen-in

Po drodze do świątyni Honen-in szliśmy wzdłuż pięknego kanału po bokach którego posadzono rzędy wiśni. Teraz, kiedy było kilka słonecznych dni, wszystko się rozwinęło i było po prostu biało na drzewach. Kolejny niezapomniany widok i niestety, ale zdjęcia nie oddają tego co widziałem na własne oczy.

Sama świątynia Honen-in przypominała raczej dobrze zadbane pozostałości po świątyni. To znaczy, budynki były ok, ale już nie pełniła swojej roli (nie dawali stempelków >_>) i zaglądali chyb do niej jedynie turyści. Mimo to warto tam wejść bo jest mała, po drodze do Srebrnego Pawilonu i dużo przyjemności sprawia przycupnięcie przy oczku wodnym. Do tego nienaturalnie pokręcone drzewo dodawało mistycznego uroku tej świątyni.

Srebrny Pawilon – Ginkaku-ji

Od czasu do czasu w pobliżu nas pojawiała się para Polaków. Zgodnie z naszą zasadą, w momencie zauważenia Polaków, natychmiast przechodziliśmy na angielski. Tak by przypadkiem nikt nas ze sobą nie kojarzył. Trauma po kilku nieprzyjemnych akcjach z ‘rodakami’ jest wystarczająco mocna. Para weszła razem z nami do Srebrnego Pawilonu. Kolejny raz w jakiś magiczny sposób dostaliśmy się do atrakcji bo zamiast zatłoczoną główną ulicą z masą sklepików i turystów to po cichu wyskoczyliśmy tuż przed wejściem z rzadko uczęszczanej uliczki. Pozwoliło to na szybkie pójście po bilety. Ścieżka do kas była przepiękna, murek wraz z wysokimi i zielonymi już krzakami robił odpowiednie wrażenie.

W środku było już tylko lepiej, ciekawie wykonana aranżacja japońskiego kamiennego ogrodu, więcej miejsca do stania oraz dorodniejszy/zdrowszy park dookoła pawilonu umożliwiło na jasne podsumowanie obydwóch pawilonów. Złoty to tylko sam pawilon z masą turystów – srebrny mniej urodziwy (i nawet nie srebrny), za to w ciekawszym miejscu, ciekawiej się prezentujący i z lepszym parkiem. Dla mnie to był zwycięzca dnia.

Spokojnie szedłem sobie wzdłuż wyznaczonej trasy, robiłem zdjęcia, nagrywałem filmy i odpoczywałem. Tak, to było dobre miejsce by zregenerować siły, nawet jeśli nie było gdzie usiąść (zresztą jak w całej Japonii, nie ma ławeczek O_O).

Oczywiście, stempelek załatwiony 😀 Przy wejściu daliśmy książeczki i wychodząc z kompleksu czekały już na nas z odpowiednio wykaligrafowanym wpisem. I stempelkiem, może po powrocie wrzucę jedno zdjęcie by pokazać jak to wygląda i czemu według mnie warto to zbierać jako pamiątkę 😀

Świątynia z bliżej nieznaną nazwą

Realnie to w tym miejscu skończył się plan zwiedzania dla tego dnia (wcześniej pominęliśmy dwa kompleksy świątynne) to też trzeba było coś zrobić. Zaproponowałem przejście się do stacji miejskiego metra i przy okazji zaglądanie do różnych dziwnych zakamarków po drodze. I tak idąc sobie opustoszałą dzielnicą domków jednorodzinnych weszliśmy do bliżej nie określonej i wyludnionej świątyni, w której zobaczyliśmy coś niewiarygodnego. Dosłownie przed chwilą pisałem, że w Japonii nie ma miejsc do siedzenia, tak tam przed naszymi oczyma pojawiły się stoły z ławeczkami. Nie było innej opcji jak tylko usiąść na chwilę i odpocząć podczas patrzenia na kwitnące wiśnie. Super sprawa.

Świątynia Kuroda-ni

Idąc dalej, spokojnie na południe, trafiliśmy do świątynia Kuroda-ni. Żartobliwie stwierdziliśmy, że ‘ot tak pomiędzy nigdzie stoi sobie taka mała świątynka i mało kto tam zagląda’. W rzeczywistości był tam olbrzymi gmach z wieloma budynkami dookoła. Tyle tylko, że nikogo tam nie było. Tak samo nici z kaligrafii i stempelka w zeszyciku >_>. Fajne było to, że akurat świeciło słońce jak tam byliśmy to też zdjęcia wyszły tak jak powinny 😀

Świątynia Heian-jingu

Ostatnia świątynia, do której tylko zajrzeliśmy bo energii już brakowało. Śniadanie było skromne (trzy onigiri) to też obejrzałem okolicę, porobiłem zdjęcia i nagrałem filmik. Na koniec zaś wziąłem stempelek i wraz z ekipą wróciliśmy do hostelu.

Może brzmi to wszystko prosto, krótko i tak jakbyśmy niewiele się poruszali po mieście, ale w rzeczywistości to spokojnie robimy dziennie 10 jeśli nie więcej kilometrów na nogach. Dlatego też jeden dzień to maksymalnie 5 świątyń/zabytków. Jednak dla mnie, o ile same zabytki są ważne, to jednak ważniejsza jest droga pomiędzy nimi – tak widzę jak wygląda życie w Japonii, na osiedlach domków jednorodzinnych, koło liceów czy też pod biurami. I to jest dla mnie najcenniejsze.

Advertisements

~ by drzejan on April 5, 2014.

2 Responses to “Kioto – północny wschód”

  1. Listek w źródełku wygląda kawaii~~
    Widać, że rzeczywiście przyroda poszła do przodu, jest bardziej zielono, przyjemniej chyba. Tylko pogoda kapryśna :/
    Dochodzę do wniosku, że świątynie robią konkurs na “kto ma starszą wiśnię” 😛
    Rzeczywiście Srebrny Pawilon wygląda atrakcyjniej, znaczy jego otoczenie. Brak ławek wynika chyba z tego, że nie chcą tłumów zalegających godzinami w ogrodach i śmiecących po okolicy. Swoją drogą, jak tam jest ze śmieciami? Kubełki na stanowisku?

    • Przyroda ruszyła się, te kilka dni słońca dały efekty chociaż teraz znowu jest zimno i deszczowo z dodatkiem porywistych wiatrów. No, ale nie można mieć wszystkiego.

      Świątynie to w sumie robią konkursy na… właściwie to nie wiem na co. Teraz chyba na to kto ma bardziej wymyślną kaligrafię do stempelka 😉

      Ławek brakuje i to daje się mocno we znaki. Zwłaszcza po całym dniu chodzenia. W parkach natomiast i tak siedzą na kocach gdzie zalegają godzinami. Po prostu nie mają zwyczaju posiadania ławek. Chyba.

      Kubełków na ulicach to niestety, ale praktycznie nie ma. Jedynie przy automatach z napojami są kosze na puste puszki/butelki z konkretnego automatu (jest napis by nie wrzucać innych śmieci).

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: