Kioto – północny zachód

Trzeba było zrobić szybką rewizję planów. Najpierw przegląd prognoz pogody i sprawdzenie kiedy będzie lało, później zaś ocenienie na czym nam najbardziej zależy. I tak zamiast przejść północno-wschodnią część Kioto postanowiliśmy użyć planu dla północno-zachodniej części miasta.

przerwa techniczna

Na wstępie krótko o transporcie. Dzisiaj, nie zależnie od tego czy byłby oryginalny plan czy też to co wybraliśmy, musielibyśmy skorzystać z autobusów miejskich. Tak więc dotarliśmy metrem do stacji Kitaoji po czym szybko przetransferowaliśmy się do autobusu linii ‘północ 1’. W opisach na stronach była informacja, że trzeba wziąć bilecik przy wejściu do autobusu, w praktyce wyszło jednak, że obowiązuje stała stawka w wysokości 230 jenów (około 7 zł). Zatem wyszło całkiem bezboleśnie. Powrót to już po taniości czyli z JRPassem.

Co widzieliśmy i o czym warto napisać.

Świątynia Genkoan

Świątynia, którą kojarzyłem, jednak dopiero odcinek specjalny z Kyousogiga przekonał nas, że jest to jedno z tych miejsc, które będziemy chcieli na pewno zobaczyć na żywo. Chociaż materiał był nagrany jesienią, a my dotarliśmy wiosną i pewne ‘różnice’ są widoczne gołym okiem to muszę napisać, że właśnie ten obiekt wydał mi się najciekawszym z tego co widziałem tego dnia. A Jak się zaraz przekonasz, na liście był jeden ‘killer’.

Co mnie przekonało do tej świątyni? Byliśmy jedynymi osobami w niej, obsługa jak zwykle była miła zaś miejsce było przesycone mistycyzmem i niepowtarzalnym klimatem. Chciało się tam usiąść i odpoczywać w słońcu podziwiając zabudowę i ogród, któremu poświęcano wiele czasu. Oczywiście wzięliśmy sobie stempelek z tej świątyni, ale to już standard i formalność 😉

Jeśli kiedyś będziesz w Kioto, to naprawdę warto wybrać się do tej małej, zlokalizowanej nieco na uboczu świątyni. Jest tego warta.

Kinkaku-ji – złoty pawilon

Po świątyni Genkoan, znajdującej się najdalej na północ, stopniowo kierowaliśmy się na południe. Po drodze przeszliśmy przez rzekę i minęliśmy osiedla bogatych mieszkańców Kioto. Standardowo zaliczyliśmy małą wpadkę jeśli chodzi o pokonywanie góry w poprzek a nie okrężną drogą. Jak dla mnie tego typu akcje dodają uroku całej wyprawie – pokazują, że co zrobimy to będzie a nie, że ktoś decyduje za nas. Dla mnie bomba.

Miałem pisać o atrakcji. Wspomniałem wcześniej o jednym killerze zaplanowanym na dzisiaj i był nim złoty pawilon (Kinkaku-ji po japońsku). Dotarliśmy na miejsce w pełnym słońcu w towarzystwie ludzi, którzy wypłynęli niczym fala z autobusów. Byli to głównie Chińczycy to też było po prostu głośno. Znaleźli się też starsi amerykanie, którzy niestety nie popisali się odpowiednim zachowaniem względem lokalnych mieszkańców. Szkoda, bo psuło to atmosferę.

A jak mowa o atrakcji to niestety, ale złoty pawilon jest jednym z głównych elementów krajobrazu Kioto. Nie mogło się stać inaczej jak tylko pełna komercjalizacja. I tak szło się w kolejce (tyle osób), trudno było robić zdjęcia zaś finalnie obejście terenu zajęło z 10 minut. Max 10 minut. Bardzo szkoda, chociaż sam pawilon robił wrażenie to jednak cena za wejściówkę była wygórowana (500 jenów), zaś zajrzenie do wnętrza budynków dookoła pawilonu wręcza zabijały kosztami (1000 jenów). Zdecydowaliśmy się tylko na pawilon wraz z obowiązkowym stempelkiem do książeczki 😀

Czyli reasumując wizytę w Kinkaku-ji – zobaczyć trzeba, ale poziomu fajności Kiyomizu dera’y czy też Genkoan, nie wspominając nawet o Shoren-in, to nie uda się tam uzyskać. Zatem, doznałem w pewnym stopniu zawodu po zobaczeniu tej świątyni.

Świątynia Ryoan-ji

Tandem – świątynia wraz z ogrodem. Robiły wrażenie dwoma rzeczami – wielkością i ilością kwitnących wiśni. Tutaj też odpoczęliśmy po chodzeniu w słońcu. Wreszcie udało się też znaleźć ławeczki, pal licho czy w cieniu bo w Japonii generalnie jest problem z miejscami do siedzenia. Ja nie wiem jak radzą sobie emeryci, bo mnie po całym dniu chodzenia nogi dosłownie odpadają i serio momentami chciałbym po prostu gdzieś usiąść. W tej świątyni znalazło się odpowiednie miejsce.

Oczywiście, ogród był fajny chociaż taki bez polotu – raczej poszli na wielkość niż na pomysł. W środku słyszeliśmy w pewnym momencie język polski w mowie to też dyskretnie przeszliśmy wszyscy na angielski. Chociaż do Japonii raczej nie trafiają losowi ludzie, to jednak złe doświadczenia z krajanami powodują, że wolę dmuchać na zimne. Koledzy też już mieli okazję zobaczyć jaki chlew i syf potrafią robić Polacy.

Na koniec zaś wspomnę o zamkniętym (czyli dodatkowo płatnym) kamiennym ogrodzie z starannie zadbanymi i poukładanymi kamieniami. Fajne, chociaż nie było miejsca co by usiąść i po napawać się widokiem. Natomiast mogłem bez przeszkód i w dowolnej ilości powdychać opary z mat, które nasiąknęły sokami z tysięcy skarpetek, które przez lata otarły się o nie. Niezapomniane doznanie…

Świątynia Ninna-ji

Świątynia wiśni, w której, o ironio, wiśnie jeszcze nie zakwitły. Widoczny był gaj z posadzonymi drzewkami, które dopiero wypuściły pierwsze pąki. Ciekawe podejście jeśli chodzi o ściąganie turystów. Standardowo poprosiliśmy o pieczątkę po czym obejrzeliśmy znajdującą się na terenie świątyni pagodę. Na samym końcu zaś weszliśmy do budynków świątynnych (to na to był bilet, który kupiliśmy). Muszę przyznać, że japońskie aranżacje miejsc są po prostu piękne. Czuć niepowtarzalną atmosferę i klimat. Nie mogło się odbyć bez przepięknego ogrodu i korytarzy pomiędzy budynkami. Szkoda tylko, że o ile zagraniczni turyści po zobaczeniu kartki ‘zachować ciszę od tego miejsca by pogłębić doznanie’ milkli tak Japończycy gadali w najlepsze. Szkoda.

Gion nocą

Na koniec zaś, po zjedzeniu porządnej miski udon w restauracji nieopodal hostelu (prowadzili ją emeryci, tak po godzinach) i spędzeniu chwili w hostelu postanowiliśmy wreszcie uderzyć na miasto wieczorową porą. Jako, że demokracja rządzi – zdławiliśmy pomysł z poruszaniem się komunikacją miejską i z buta poszliśmy do dzielnicy gejsz zwanej Gion. Widoki po drodze były piękne – rzędy wiśni posadzone wzdłuż rzeki z lekkim podświetleniem z ulicy robiły piorunujące wrażenie. Ale to jeszcze nic. Po tym jak już raz doszliśmy okrężną drogą (wolę to określenie niż ‘zagubić się’ 😉 ) do głównej ulicy w Gion to było tylko lepiej. Przeszliśmy ją raz i nieco byłem rozczarowany, bo nie zobaczyłem żadnej prawdziwej gejszy. Stałem z telefonem i myślałem gdzie by tu pójść gdy kolega rzucił, że właśnie jedna przemknęła niedaleko nas – widziałem już tylko jej plecy i włosy. Zdecydowanie odróżniała się od innych Japonek w kimonach.

Rozczarowany, że nie zobaczyłem jej twarzy, zdecydowałem z kolegami, że przejdziemy się do świątyni Yasaka i parku Maruyama w celu zobaczenia kwitnącej wiśni. Okazało się, że na miejscu trwał jarmark/festiwal i było pełno budek z jedzeniem. Było kilka frykasów, które z chęcią bym zjadł, ale byłem też już najedzony to odpuściłem sobie.

Mając mimo wszystko poczucie przegranej z powodu tego, że nie widziałem twarzy gejszy, udałem się z kolegami ponownie na główną ulicę Gion. Szedłem i myślałem, że z moim szczęściem to pewnie wszystkie się pochowają gdzieś tam po bokach i nie będzie ich widać. Z lekko opuszczoną głową dochodziłem do skrzyżowania, gdy nagle z lewej wprost na mnie wyszła gejsza. Widać było, że chciała szybko przemknąć, ale nieoczekiwany kloc na drodze (ja :D) pokrzyżował jej plany przez co musiała go wyminąć. Doszło do standardowej akcji, gdzie jedna i druga strona próbowała się wyminąć jednak obie strony na raz szły w tę samą stronę. Śmieszna sytuacja. Dodam też, że widziałem jak na mnie spojrzała. Nie ważne co niosło to spojrzenie, liczy się sam fakt 😉

To też, jak się później rozmawiałem z kolegami to wygrałem w klasyfikacji ogólnej. Może nie widziałem dwóch gejsz z bliska, tak jak kolega (widziałem jeszcze jedną jak przemknęła do herbaciarni przy głównej ulicy Gion) to zdecydowanie dużo więcej była warta akcja z przypadkowym zablokowania drogi jednej i to, że spojrzała na mnie (ponownie, liczy się fakt spojrzenia, a nie to jak spojrzała :D).

I tak pozytywnie zakończył się dzień, po którym ledwo mogę chodzić 😉

Advertisements

~ by drzejan on April 4, 2014.

5 Responses to “Kioto – północny zachód”

  1. Podobają mi się takie okrągłe okna.
    Ciekawe skąd mają tyle małych, białych kamyczków :>

    • To jest chyba jedyne takie okrągłe okno w świątyni 😀 lub jest to jedyne tak bardzo znane (chociażby we wspomnianej wcześniej Kyosougig’dze). Dlatego warto było zobaczyć na żywo 😀

      A kamyczki to pewnie efekt uboczny tłuczenia skał pod drogi. Wrzynają się w górę to też mają pewnie nieco urobku.

  2. http://backpackerlee.wordpress.com/2014/04/23/kinkakuji-the-golden-pavilion/

  3. […] Jest to kontynuacja poprzedniego wpisu, który był poświęcony Takao. Po zwiedzeniu trzech świątyń zrobiłem coś nietypowego i zamiast skorzystać z zatłoczonej komunikacji miejskiej postanowiłem przeprawić się przez góry tak by z Takao wylądować tuż obok świątyni Genko-an. […]

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: