Kioto – południowy wschód

Pogoda dopisała – było bezchmurnie, ciepło a słońce mocno paliło…

przerwa techniczna

Plan przewidywał by dojechać w jedno miejsce i następnie powoli przesuwać się na północ gdzie wrócilibyśmy później metrem do stacji Kioto. Dlatego korzystaliśmy praktycznie z wszystkich możliwych form transportu kolejowego – JR z JRPassem, prywatne linie metra oraz miejskie linie metra (obie na raz). Standardowo mieliśmy małą przygodę z transportem, kupiliśmy bilety na prywaciarza i… poszliśmy na peron na którym wszystko jechało w przeciwną stronę. Trzeba było zgłosić się do obsługi i powiedzieć co się stało po czym wyminąć dyskretnie bramki i przejść na odpowiedni peron. Teraz już wiemy jak z tym sobie radzić, przyda się na przyszłość 😉

To tak o transporcie. Pora na opis tego co zobaczyliśmy.

Fushimi Inari – podejście drugie

Raz już tu byliśmy. Pierwszego dnia doszliśmy na piechotę ze świątyni Tofukuji więc wiedzieliśmy czego można się spodziewać jeśli będzie się za późno i wszyscy już się zejdą (turyści). Dotarliśmy na miejsce relatywnie wcześnie (około 9.30) i niestety nie udało nam się uniknąć tłumów. Szkoda, bo było by zdecydowanie fajniej iść samemu a nie w kolumnie. Ale z każdym kolejnym metrem, który pokonywaliśmy w pionie ilość turystów dookoła malała tak, że na szczycie góry za świątynia byliśmy tylko my i staruszek z ochrony, który patrolował całą trasę.

Zanim jednak poszliśmy na górę, u podnóża góry, w świątyni, odbywał się taniec w wykonaniu dziewczyn pracujących w niej. Niestety nie mam nagranego gdyż było to zakazane i dodatkowo przez starszy pan stał i lustrował wszystkich w poszukiwaniu próby złamania zakazu. Natomiast polecam coś takiego zobaczyć na własne, bo warto.

Po drodze widoczne były plakaty informujące o cenie wmontowania pomarańczowej bramy na górze na trasie. Względnie tak tylko zinterpretowaliśmy rysunek bramy, kilka rozmiarów i ceny w jenach 😉 Największa (patrz normalna) kosztowała ponad 1,3 mln yenów (sporo, bo około 40 tysięcy złotych). Fajna rzecz, chociaż nie wiem jak długo taka brama będzie stała – a nóż jest jak u nas z grobami, że po pewnym czasie równają z ziemią?…

Gdzieś tam w oddali na terenie świątyni szła polska wycieczka z przewodnikiem. Do tej pory nie odczuwam potrzeby by ktoś mi opowiadał o tym co widzę dookoła, więc cieszę się, że lecimy z własną inwencją jeśli chodzi o zwiedzanie. O tym, że są tam gdzieś Polacy powiedział kolega, bo przy zwiedzaniu tej atrakcji podeszliśmy nieco inaczej do zagadnienia organizacji – jakbyśmy się rozdzielili to po prostu spotkamy się przy wejściu do danego obiektu. Na dzień dobry poszliśmy w różne strony, później zaś okazało się, że jest to dobre rozwiązanie. Jeden kolega poszedł do przodu, zaś pozostała dwójka podążała z tyłu robiąc zdjęcia/filmy. Wszystko było ok do momentu gdy poszliśmy w złą stronę (czy już pisałem, że oznaczenia na trasie w Fushimi Inari są słabe?) – nagle weszliśmy do dzikszej części lasu, gdzie nikogo nie było. Było cicho i magicznie. Nawet nie było staruszka w budce świątynnej, co było rzeczą powszechną wszędzie dookoła. Zrobiliśmy zdjęcia, złapaliśmy sygnał GPS i zaczęliśmy zawracać. Minęliśmy ostrzeżenie, że w tym rejonie kręcą się dzikie małpy i należy je omijać szerokim łukiem. Oczywiście – nie wolno było ich karmić i prowokować chociażby patrząc w oczy. Na szczęście żadnej z nich nie spotkaliśmy.

Kiyomizu dera

To teraz jeden z najważniejszych punktów wycieczki – zwiedzenie Kiyomizu dery. Jest to bardzo charakterystyczna świątynia z balkonem na palach ponad doliną. Do kompleksu świątynnego doszliśmy poprzez wielką nekropolię, która wyglądała wyjątkowo estetycznie i bardzo schludnie. Na miejscu zaś zobaczyłem coś, co momentalnie podbiło mi ciśnienie i współczynnik wkurzenia. Co ujrzały moje oczy? Budynki w remoncie. Dookoła nich powieszona była płachta i nie widać co jest w środku, że o wchodzeniu nie wspomnę. Myślałem, że wezmę widły oraz pochodnie i wraz z innymi rozczarowanymi damy upust naszej negatywnej energii. Na szczęście okazało się jednak, że główna atrakcja jest dostępna. Mój humor momentalnie się poprawił, zrobiłem/zrobione mi sporo zdjęć. Druga ważna atrakcja została zobaczona, i to w ciągu jednego dnia!

Po przejściu przez balkon, zrobieniu zdjęć i dostaniu stempelka + podpisu do książeczki zeszliśmy pod platformę. Na dole okazało się, że jest restauracja z sensownymi cenami to też mogę napisać – zjadłem udon z surowym jajkiem bezpośrednio pod świątynią. Smacznie i fajnie~~

Ulica Ishibe-koji

Mając już świątynie za sobą udaliśmy się w kierunku uliczki, która miała wyglądać na tradycyjną uliczkę Kioto. Zanim tam dotarliśmy musieliśmy się przebić przez spotkanie jakiś ważnych oficjeli. Wszyscy kłaniali się sobie, uśmiechali i byli w garniturach. Nie dotyczy to oczywiście kobiet i mnichów (odnośnie garniturów). A my, jak to turyści, wpakowaliśmy się w sam środek 😀

Sama ulica wyglądała bardzo fajnie, niskie wrota wejściowe i ten klimat, który od dawna nie zmienił się w tym konkretnym miejscu. Śmieszne to jest to, że było tam sporo obcokrajowców-turystów, którzy najwidoczniej tak samo jak ja przeczytali o tej drodze w jednym z popularnych przewodników po Japonii. Tyle tylko, że oni mieli czasami analogowe (papierowe) wersje, ja zaś mam tylko skromnego pdfa. A plan i tak samemu ułożyłem 😉

Park Maruyama-koen

O tym parku to za dużo nie napiszę, ot miejsce w którym wszyscy się zbierali by coś zjeść i wypić pod kwitnącymi wiśniami. Niestety było tak dużo ludzi, że wyglądało to raczej jak środek targu zmieszanego z jarmarkiem. Ale stara wiśnia zakwitła i robiła wrażenie. W pobliskiej świątyni znaleźliśmy miejsce, w którym dają stempelek. Wszystko zgodnie z planem 😉

Świątynia Chion-in

Największa atrakcja świątyni – 70 tonowy dzwon niestety, ale nie udało nam się zobaczyć. Świątynia była remontowana więc ograniczyliśmy się do obfotografowania bramy wejściowej i zebrania kolejnego stempelka. Jest ich co raz więcej 😀

Świątynia Shoren-in

Droga impreza. Wejściówka jak na okolicę była bardzo wysoka (500 jenów), ale to co zobaczyliśmy było tego warte. Nie dość, że można było przejść się po ogrodzie to na dodatek można było sobie usiąść w jednym z pomieszczeń w budynku i oglądać ogród na zewnątrz. Po całym dniu chodzenia tego typu możliwość jest nie do przecenienia to też skorzystaliśmy z niej. Budynek to pewne nadużycie – to było kilka budynków połączonych korytarzami więc dłuższą chwile zajęło nam przejście przez wszystkie. Na koniec zaś, niemalże przy samym wyjściu znajdował się dzwon. Nie mogłem sobie odpuścić okazji uderzenia w niego 😀 Faaaaajnie było, naprawdę warto było wydać te pieniądze. Zwłaszcza, że nie wiadomo czy kiedykolwiek jeszcze przyjadę do Japonii, do Kioto.

Tory?

Do opracowania planu zwiedzania Kioto używałem zarówno wspomniany przewodnik jak i street-view. Przy okazji sprawdzania powrotu dla południowo-wschodniej części Kioto natrafiłem na nigdzie nie opisane szerokie tory wzdłuż których posadzono wiśnie. Widok zapierał dech w piersiach i co mogę więcej napisać. Na żywo było jeszcze lepiej. Wszystkie wiśnie dookoła kwitły, było sporo ludzi w tym też trzy młode pary z Chin, które najwyraźniej przyjechały do Kioto na sesje zdjęciowe do ślubu. To było jedno z tych miejsc, o których osoby korzystające tylko z przewodników a nie dające się ponieść nogom nigdy by nie zobaczyły.

Advertisements

~ by drzejan on April 3, 2014.

4 Responses to “Kioto – południowy wschód”

  1. Te bramy Fushimi Inari robią wrażenie. O ile pamiętam kiedyś miałam tapetę z nimi i nawet nie wiedziałam co to, ale fajnie wyglądało 😛
    Tajemnicze tory mogą być pozostałością po transportowaniu czegoś dużego. Jak wrócisz, to może poszukasz, co tam się działo.
    Uliczka jest klimatyczna. Kojarzy mi się trochę ze Złotą Uliczką w Pradze, gdzie same tłumy ludzi chodzą. I tak dziwne, że na zdjęciach nie widać aż tak wielu ludzi o_O

    • Bramy robiły wrażenie i to większe im wyżej się wchodziło pod górę za świątynią. Chociaż szkoda, że nie wszystkie były w dobrym stanie bo wtedy byloby jeszcze lepiej. A tak człowiek szedł jak zaczarowany po trasie i zastanawiał się jak dużo pracy zostało w nie włożone.

      Tajemnicze tory potencjalnie mogły służyć transportowaniu barek/statków z jednego kanału wodnego do drugiego, różniących się znacznie w wysokości. Ale to są tylko moje domysły.

      Na uliczce było mało osób, bo pora taka sobie (pora lunchowa + największe słońce). Ale tak, przypomina złotą uliczkę, chociaż tutaj ludzie cały czas mieszkają O_o

  2. “a nóż jest jak u nas z grobami, że po pewnym czasie równają z ziemią?…” – co? z jakimi grobami? no chyba z jakimiś niekatolickimi. ale to nie jest grób wtedy, tylko samowolka budowlana.

    ale rozumiem, że cała wycieczka będzie taka grzeczna i historyczno-stempelkowa. trochę szkoda, że omijasz enklawy rozpusty (po karaoke dobrze się zapowiadało :D), może następną razą?

    • Z grobami to tak chyba jest, że jak się nie wykupi kwatery to wtedy ziemia jest ‘odzyskiwana’. I to są normalne groby, katolickie.

      Póki co tak jest, że będzie na spokojnie. W sumie pierwszy wypad do tego kraju (a kto wie, czy uda się znowu pojechać) to też wypadałoby zahaczyć o najważniejsze miejsca jeśli chodzi o kulturę/historię.

      Czy omijam enklawy rozpusty?

      I tak i nie 😀 Teraz jestem w Kioto i tu realnie są tylko świątynie (średnio jedna co 150-200 metrów O_o) to też o nich piszę. Jednak, ja jeszcze wrócę do Tokio :>

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: