Kioto – centrum i okolice

No to zaczęło się. Wielki plan, który misternie przygotowywałem od ponad pół roku wreszcie się zaczyna wchodzić w życie. Kioto, centralna część czekała na nas.

przerwa techniczna

Główne atrakcje były w centrum i dostanie się do nich wymagało jedynie poruszanie się metrem (miejskim, nie prywatnym) oraz nogami. System metra jest przejrzysty (o ile wie się gdzie się planuje dojechać) i w chwilę człowiek ma odpowiednie bilety w ręku. Co było fajne to to, że każda stacja była zapowiadana po japońsku i po angielsku. Wadą było to, że w wagonach nie było ekranów z napisanymi nazwami stacji. No i nie było toków, tych legendarnych w których obsługa metra dopychała ludzi.

To tak o transporcie. A co zobaczyliśmy?

Ogród botaniczny w Kioto

Fajne miejsce, byliśmy praktycznie jednymi z pierwszych, którzy weszli do środka. Fajnie się po nim chodziło, bo ogólnie ogrody botaniczne są wszędzie fajne. Rośliny miały nazwy zapisane po japońsku oraz w łacinie więc część rzeczy nawet kojarzyłem. Oprócz różnych gatunków wiśni i śliwek były też gaje cyprysowe oraz zakątki kamelii (to zapamiętałem po przeczytaniu łacińskiej nazwy).

Co było fajne to to, że to miejsce żyło w ciągu dnia. Owszem, były tam głównie starsze osoby oraz młode matki z dziećmi, ale jednak przychodziły by sobie posiedzieć na słońcu (które ostatecznie mnie spaliło tego dnia…). Co tu dużo pisać, jakbym miał okazję mieć tego typu przybytek niedaleko domu, to pewnie bym sobie jeździł i odpoczywał na łonie natury.

Kompleks Daitoku-ji

Dotarliśmy do kompleksu obiektów przechodząc w pobliżu Starbucksa. Chciałem sobie kupić fajny kubek z Kioto, jednak to co tam mieli delikatnie rzecz ujmując – nie podeszło mi. Jeszcze pomyślę czy sobie nie kupić go, ale to raczej mało prawdopodobne.

Wracając jednak do kompleksu, przed wejściem była budka z napisem, że w tym miejscu możesz zapłacić za zwiedzanie świątyń, które chciałbyś obejrzeć. Nie mieliśmy konkretnego celu więc przeszliśmy obok i zaczęliśmy podziwianie. Było kilka fajnych budynków, minęły nas z dwie wycieczki zachodnich turystów i tak jakoś wyszliśmy z kompleksu. Teoretycznie bo na samym końcu zobaczyliśmy bambusowy gaj dookoła świątyni Koto-ni. Mając na uwadze to, co było napisane przed wejściem do kompleksu, bardzo nieśmiało posuwaliśmy się do przodu, wzdłuż ścieżki prowadzącej do budynków świątyni. Bo nigdzie nie była podana cena wejścia, a głupio tak wparować jak się nie zapłaciło. Po kilku minutach takich podchodów dotarłem do kasy biletowej (nie, nie było żadnej wzmianki o niej przy wejściu) i skończyła się zabawa. Dalej nie poszliśmy, bo to co było najciekawsze dla nas już widzieliśmy – las bambusowy.

Czując pewien niedosyt udaliśmy się do leżącej nieopodal świątyni (w Kioto to żadna sztuka, na prawie każdym kroku są świątynie – można to sprawdzić na mapkach od google’a). Świątynia nazywa się Imamiya i akurat odbywały się w niej pchli targ, w tle zaś młoda para robiła sobie zdjęcia ślubne. Jako, że było tam okienko z mnichem za kantorkiem – wraz z kolegami poprosiliśmy o wpis do książeczki z autografami z świątyń (podpis + stempelek określany jest mianem goshuin) . Teraz mamy już dwa, a będzie ich więcej 😀

Zamek Nijo

Kolejnym krokiem w centralnej części Kioto był zamek w Nijo. To było nasze pierwsze spotkanie z tego typu budynkami i mury robią wrażenie. Kiedyś ludzie ręcznie obrabiali i transportowali kamienie o znacznych rozmiarach, które teraz spoczywają jako umocnienia. Sam zamek również robi wrażenie, budynek ma ponad 250 lat, sale są duże lub nawet olbrzymie. Co mnie zaciekawiło to podłoga – była zrobiona z desek o szerokości ponad 50 centymetrów. Ścięte drzewa musiały być ogromne. Oczywiście było pełno ludzi, w zamku zaś nie wolno było robić zdjęć więc nie podzielę się ujęciami ze środka. W środku wszyscy poruszali się w skarpetkach to też w odczuwalny był zapach starego drewna/budynków w połączeniu z aromatem ciągnącym od dywanika, po którym się chodziło. Widać Japończycy też mają problemy w taką pogodę 😉

Ogólnie, punkt w programie robił bardzo pozytywne wrażenie i zdecydowanie było warto wejść do niego.

Imperialny park w Kioto

Park nie oddziaływał tak jak by mógł. Może byłem po prostu zmęczony, może też było za późno? Tak czy owak, usiedliśmy sobie na trawie przy głównym trakcie by odpocząć po dniu pełnym wrażeń i kilometrów na liczniku.

Co robiło wrażenie to wielki mur dookoła pałacu cesarskiego w Kioto. Co dziwiło jeszcze bardziej to to, że mur był podłączony do alarmu i jeśli ktoś podszedł za blisko to włączał się sygnał i leciało nagranie, by odejść od niego. W parku dookoła pałacu nie mogło zabraknąć rzeczy oczywistej czyli kwitnących wiśni. Ludzie robili zdjęcia kwiatów oraz pozowali przy nich. Było kilka dziewczyn ubranych w kimona (bardzo dobrze w nich wyglądały), ale najważniejszy i tak był pies, który był tam. Do tej pory w Japonii widziałem głównie pudle, akity lub yorki. Dwa z nich to gatunki psów za którymi zdecydowanie nie przepadam. Ale teraz widziałem jamniszczura, nieco kluskowatego, ale jednak jamniszczura i to było bardzo pozytywne 😀 Jamniszczury są zawsze fajne 😀

Później to już był tylko powrót do hostelu, polowanie na jedzenie, przerażenie na widok wielkich kolejek do restauracji i ostatecznie wylądowanie w rodzinnej knajpie mieszczącej się vis a-vie naszego hostelu. I po co było tyle łazić? Szkoda, że nie udało mi się dorwać prawdziwego udonu.

Advertisements

~ by drzejan on April 2, 2014.

4 Responses to “Kioto – centrum i okolice”

  1. Ciekawe co zainspirowało podłączenie alarmu do muru… Turyści wydłubywali “cegły” na pamiątkę?

    • Nie zbadane są drogi ludzkie umysłu, zwłaszcza turysty, który zobaczył ceny za pamiątki i teraz próbuje znaleźć coś autentycznego i za darmo 😉

      Faktem jest, alarm włączał się jak było się za blisko. Testowało to dwóch Chińczyków, którzy ewidentnie nie rozumieli komentarzy po japońsku i po angielsku 😀

  2. yorki mają okropną sierść, wyglądają jakby były tłuste. za to kocie futro pachnie bardzo fajnie, czystością i wiatrem!

    ale zastanawiam się – skoro misterny plan zaczął się realizować, to co będzie punktem kulminacyjnym? bo na razie tak ostrożnie trochę, świątynia tu, świątynia tam…

    • Yorki to zło. Po prostu.

      A misterny plan w głównej mierze polegał na przejrzeniu co jest do zobaczenia w Kioto i wybraniu to co najlepsze. Trochę to zajęło i może nieco rozczarowywać, ale jak na pierwszy raz to chciałem zobaczyć historyczną część Kioto 😀

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: