Kierunek zwiedzania – Kioto

Góra Fuji pokazała nam swoje pełne oblicze, kiedy już się spakowaliśmy i czekaliśmy wcześnie rano na stacji na pociąg. Takie szczęście, dwa dni kiedy byliśmy w podróży były ok – ale w ten jeden dzień, kiedy mieliśmy zobaczyć jak najwięcej wyszło, że możemy się co najwyżej pochorować.

przerwa techniczna

Kolejnym etapem na trasie podróży było Kioto. Jak tam dotrzeć? Pokrętną drogą – najpierw do Otsuki, później do Tokio by tam przesiąść się w Shinkansena. Widocznie jest teraz sporo obłożenie na pociągi, bo mieliśmy tylko opcję pojechania (z JRPassem, teraz już dla nas za darmo) w środkowym rzędzie zamiast np. przy oknie. Nie mogłem ani pisać nowej notki ani też robić zdjęcia. Nie pozostało mi nic innego jak tylko włączyć sobie archiwalne już odcinki Nieczystych Zagrywek. Fajnie się ich słuchało, jak mówili o japońskim przemyśle growym 😉

W Kioto to raczej nie wiele zrobiliśmy, oddaliśmy rzeczy w hostelu do przechowania i ruszyliśmy na miasto. Odhaczyliśmy obowiązkowy postój w Lawsonie (convini/combini), który zakończył się zakupem melonowego chlebka. Teraz można było spokojnie ruszać do podboju pierwszej świątyni w Kioto – Tokufuji. Dotarliśmy tam jadąc dosłownie jeden przystanek pociągiem linii JR do Nary (tam też planujemy wpaść) po drodze słysząc baaardzo charakterystyczny dźwięk zamkniętych przejazdów kolejowych. Kojarzyć je można z różnych horrorowych anime, a tu miałem to na żywo. W Samej świątyni Tokufuji obejrzeliśmy co się da – kompleks budynków, zamknięty japoński ogród jak i również zamknięty normalny ogród. Oprócz swoich przeżyć estetycznych, moja kieszeń również miała swoje – drastyczne. Oba ogrody kosztowały w sumie 800 yenów (te dwa zamknięte ogrody za jedyne 24 zł). Zdjęcia jak widać porobiłem i wydaje mi się, że warto było chociaż w następnych dniach trzeba się mocno zastanowić czy wchodzimy do wszystkiego.

W tej świątyni miało miejsce ciekawa akcja – szedłem długim korytarzem/mostem nad wąwozem gdy z drugiej strony pojawił się staruszek w garniturze. Chciał robić zdjęcie, ale przeszkadzałem mu swoją osobą to też postanowiłem szybko się usunąć z kadru. Podbiegłem to ten zaczął pokazywać bym nie biegł, że nie ma potrzeby. Jak go minąłem to jeszcze mi dziękował i starał się wyrazić swoją wdzięczność mówiąc po angielsku. Czy to było jakieś mocno nietypowe zachowanie?

Mieliśmy jeszcze nieco wolnego czasu to też udaliśmy się na ‘przeszpiegi’ do świątyni Fushimi Inari (świątynia z tysiącem czerwonych bram Tori) bo była zaledwie kilometr od nas. Poszliśmy tam poprzez mniej popularną wśród turystów częścią miasta i muszę napisać, że zrobiła na mnie wrażenie. Wąsie uliczki, drogie samochody i rezydencje, które powalały swoim utrzymaniem. Do jednej prawie się wbiłem myśląc, że jest to świątynia. Widziałem też nowe domy, w których balkony z mieszkań były na wyciągnięcie ręki dla osób stojących na zewnętrznym korytarzu sąsiedniego domu. Pełna prywatność i bezpieczeństwo, nowa definicja.

W Fushimi Inari spotkaliśmy się z… tłumami. Wszyscy coś robili, a my próbowaliśmy tylko dość do alejki z tysiącami bram. Zanim udało nam się to zrobić wydaliśmy nieco gotówki na zakup ‘goshuin chou’. Jest to zeszyt, w którym zbiera się stempelki z różnych świątyń. Tak na pamiątkę. Fajna sprawa, bo stempelki przyozdobione są napisami z danej świątyni, odręcznie wykaligrafowanymi przez mnicha (robi to na miejscu, na poczekaniu). Natomiast same bramy to coś magicznego, człowiek wchodził w tunel z nich i szedł, jak zaczarowany. Nietypowe odczucie, nie spotkałem się z czymś takim wcześniej.

Przy świątyni spróbowałem lokalnego przysmaku pod postacią ryby z pastą z fasoli. Niezłe bo słodkie przez co dało sporo energii na dalsze chodzenie.

Co do powrotu do hostelu to poszliśmy po bandzie i zamiast wsiąść do pociągu przeszliśmy się wzdłuż rzeki przepływającej koło stacji kolejowej w Kioto. Jedna z tych klisz, gdzie jest szerokie koryto, są chodniki dookoła, są również wały, a na nich posadzono rzędy wiśni. Dodam, że aktualnie kwitnących wiśni. Kolejny niezapomniany widok, chociaż same wiśnie za bardzo nie pachną, ale nie to się liczy.

Na koniec, po dniu pełnym wrażeń trzeba było coś zjeść – dzisiaj skromniej bo wziąłem tylko dwa nikumany. Jeden normalny biały, drugi zaś z curry. Moja refleksja po ich zjedzeniu? Dobre, ale moje lepsze 😀

Advertisements

~ by drzejan on April 1, 2014.

6 Responses to “Kierunek zwiedzania – Kioto”

  1. Jak piszesz o korycie rzeki, to jednoznacznie kojarzy mi się seria scen z pewnej animy… To na fotach niestety wygląda nieco inaczej, ale jak znajdziesz jakieś z trawą na brzegach to koniecznie tam wleź, stań patrząc z zamysłem w dal i wyrecytuj “the wind is troubled today”.

    • Jak napisałeś o tym to rzeczywiście można by zrobić coś takiego 😀 A widziałem taki brzeg, tyle tylko, że leciałem wtedy metrem w Tokio do Shin-Osaki co by wsiąść do Shinkansena i nie zdążyłem wyciągnąć aparat. Ale rzeka i brzeg był pierwsza klasa 😀

  2. hm, ale fajnie byłoby, gdyby te wszystkie wiśnie jednak pachniały… to dopiero musiałaby być woń!

    • Może te wcześniejsze odmiany tak mają, że nie pachną bo jeszcze nie wszystko kwitnie. Chociaż mam podejrzenie, że to co dopiero puszcza pąki to już są śliwy a nie wiśnie.

      Ale fakt, jakby pachniało to by było po prostu coś pięknego.

  3. Tam każde miasto ma swoją tower? o_O
    Most bardzo fajny~~ Kojarzy się z Harrym Potterem.
    Ten nikuman wygląda na mechaniczną robotę. Muszę się załapać na jakiegoś twojego wyrobu, bo moje wyszły dobre, ale ty masz większe doświadczenie ^_^

    • Wygląda na to, że tak – wszyscy muszą mieć swoją wieżę. Jedni większe, inni mniejsze – sztuka się liczy 😀

      Most fajny, fajnie też sobie poskrzypiwał 😉

      Moje nikumany są inne, ponieważ delikatnie mówiąc, przesadzam z ilością przypraw. Są zdecydowanie bardziej wyraziste 😀

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: