Fujiyoshida – Jaskinie

Dzień wcześniej mieliśmy tylko wylądować w hostelu i zobaczyć świątynie. Jak wyszło – można przeczytać w mojej poprzedniej notce. Natomiast plany zakładały, że dopiero drugiego dnia pobytu w Fujiyoshida zobaczymy w pełnej krasie górę Fuji.

przerwa techniczna

Takie były plany, ale trzeba mieć na uwadze jeden czynnik, który wszystko może przekreślić. Pogoda. W nocy zaczęło padać i rano, było już zdecydowanie za mokro. A wciąż jeszcze padało. Słowem – pięknie…

Ale nie daliśmy się pogodzie, zerwaliśmy się z rana i polecieliśmy na lokalny pociąg by dalej złapać tak zwany retro-bus w Kawaguchiko. Zanim jednak wsiedliśmy do autobusu, udaliśmy się w poszukiwaniu conbini. Trzeba było coś wrzucić na ruszt bo ruszyliśmy bez śnidania. Pierwsze miejsce, które znaleźliśmy, podążając za mapką, okazało się być opuszczonym budynkiem. Na szczęście po drodze mijaliśmy inny sklep, w którym udało się kupić co potrzebowaliśmy – dwa różne onigiri oraz ciemne ciastko. Co ciekawe, w tym sklepiku jedno onigiri kosztowało do 105 do 130 yenów zaś w sklepiku przy stacji sztuka kosztowała już 230. Jak widać, kto nie chce się ruszyć, ten płaci. Nawet tutaj.

Tak czy owak, w końcu wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w kierunku kolejnej przygody. Ta o dziwo pojawiła się niemalże natychmiast po odjechaniu ze stacji. Coś mi początkowo nie odpowiadało. Autobus odjechał za szybko – o całe dziesięć minut. Chwila refleksji, sprawdzenie otoczenia i mapek z sieci – wyszło, że ciapciaki takie jak my wlazły do złego retro-busu. Ogarnęliśmy wnętrze autobusu i podjęliśmy decyzję co z tym fantem zrobić. Standardowo nie było informacji po angielsku, więc trzeba było zaryzykować – odpaliliśmy przycisk informujący (chyba), że chcemy wysiadać i ewakuowaliśmy się. Kierowca był zdziwiony, bo pokonaliśmy zaledwie dwa przystanki, ale dla nas najważniejsza była lekcja, którą odebraliśmy: wiemy jak poruszać się tym środkiem komunikacji. Po chwili przyjechał ten poprawny i mieliśmy zagwarantowane 40 minut stania w tłoku.

Po tym wszystkim wylądowaliśmy na przystanku Fugaku Fuketsu, zrobiłem zdjęcie telefonem, zawiał mocniej wiatr i tak o to zamordowałem trzeci parasol w Azji. Pierwszy był w Pekinie, drugi w Suwonie, trzeci w okolicach Kawaguchiko. Na szczęście zmokłem tylko dość poważnie, nie całkowicie. Po drugiej stronie skrzyżowania z przystankiem był sklep w którym za całe 420 yenów (około 13 zł) kupiłem nowy parasol. Pomimo swojego chińskiego rodowodu okazał się być wytrzymały. A deszcz zaczynał padać co raz mocniej.

Będąc zabezpieczonym od wody udaliśmy się w trzech stronę pierwszej jaskini – Narusawa Wind Cave. Przy bramce minęła nas para Japończyków, którzy z uśmiechem dali nam kupon rabatowy na wejście do jaskini. Bardzo fajny gest ze strony obcych ludzi – zaoszczędziliśmy kilka złotych na tym. Za bramką widać było jedną rzecz – wszędzie dookoła leżał śnieg, sporo śniegu. Więcej niż było u nas przez całą zimę to też temperatura dookoła była zdecydowanie niższa. Chociaż po tym jak zeszliśmy do jaskini, gdzie było pełno lodu, to w momencie wyjścia na powierzchnię poczuliśmy falę gorąca. Sama jaskinia jakoś nie powalała swoim kształtem czy innymi atrakcjami – ot, lód, jedno niskie miejsce i trochę ludzi. Na końcu były jaja ciem w skrzyniach. Zwiedzania na może max 10 minut z robieniem zdjęć (150 metrów długości).

Mając jedną jaskinię za sobą poszliśmy do drugiej – tak zwanej Narusawa Icicle Cave. Wszystko było by pięknie gdyby nie śnieg leżący na chodnikach. Dlatego też skakaliśmy nad kałużami na drodze, przeskakiwaliśmy nad hałdami śniegu oraz czekaliśmy, aż samochody przejadą. Był fragment, w którym szliśmy przy barierkach na krawężniku bo sam chodnik był 10-15 cm pod wodą.

Druga jaskinia wyglądała lepiej. Nie dość, że lepiej zorganizowana (obsługa mówiła po angielsku, mniej więcej), był automat do zakupu biletów (ogarnęliśmy go w końcu) i niestety było sporo ludzi. W środku natomiast było schodzenie po bardzo stromych schodach w skale po których dodatkowo spływał jeszcze strumyczek. By było ciekawiej, miejscami lód znajdował się gdzieś tam pod spodem na schodach. Jako, że miejscami było bardzo nisko, wisiała tabliczka by uważać na głowy. Oczywiście konkretnie w nią przyłożyłem. Wraz z nami szła spora grupka ludzi – było śmiesznie bo wszyscy piszczeli jak jaskinia zmniejsza się we wszystkich kierunkach. Najpierw zrobiło się nisko, potem wąsko, po czym jeszcze niżej, ale za to szeroko. Więc na kuckach przeszliśmy te 10 metrów (jedno ze zdjęć).

Teraz wspomnę o dwóch operacjach jakie miały miejsce po zwiedzaniu jaskiń.

Pierwsza z nich, pod znaczącym kryptonimem ‘biegiem!’, była wyjątkowo dynamiczną akcją. W czasie gdy zwiedzaliśmy drugą jaskinię naprawdę mocno padał deszcz przez co w rynsztokach było pełno wody i ogólnie po ulicy to strumienie się lały. Do tego w jednym miejscu zarówno chodnik jak i ulica lekko przechylała się na bok i woda tam się niestety zbierała. A wrócić trzeba było, bo autobus do Kawaguchiko jeździł raz na godzinę. Zatem czekaliśmy 2 metry od kałuży na odpowiedni moment, gdy nie było samochodów. Gdy w oddali nic nie jechało padło ‘biegiem’. Wszystko szło dobrze, biegliśmy najpierw skrajem chodnika gdzie było max 1 cm wody po czym lekkie przesuszenie – woda była jedynie po drugiej stronie krawężnika, na jezdni. W pewnym momencie zagapiłem się z kolegą, co w połączeniu ze złą oceną długości kałuży na jezdni, spowodowało, że wbiegliśmy w ślepy zaułek. Była tylko woda przed nami a suchy to był jedynie wystający krawężnik. Trzeba było się cofnąć i wbiec na krawężnik. On wskoczył, drugi kolega prowadził, a ja na końcu. Odwróciłem się i zamarłem – za mną jechała ciężarówka (oczywiście oprócz krawężnika była również barierka na zakręcie). Wiedziałem, że jak nie zdążę to będę cały mokry, ja i mój plecak. Więc trzeba było podjąć szybką decyzję, wdepnąć w wodę głęboką na 10-15 cm, czy kombinować i nie zdążyć. Wybrałem pierwszą opcję i szczęśliwie zdążyłem przed samochodem ciężarowym. Niestety kosztem lewego buta, ale warto było – będę pamiętał jego poświęcenie.

Druga akcja, pod kryptonimem ‘falanga’ to była akcja wymagająca pracy zespołowej. Przystanek, na którym zatrzymywał się autobus do Kawaguchiko miał tylko wiatę, zaś droga przy której stał była ruchliwa z naciskiem na samochody ciężarowe. Oznacza to, że były koleiny, jak u nas 😀 Do tego padało obficie – sporo wody było w tych koleinach. Wraz z ekipą opracowaliśmy projekt falanga – trzy parasole służy pod wiatą do ochrony przed wodą spod kół. Robiliśmy coś na wzór falangi jak zbliżał się samochód, który mógł nas ochlapać. Kierowcy często zwalniali i się uśmiechali bo musiało to wyglądać przekomicznie 😀 Raz niestety nie udało mi się osłonić i dostałem wodą po etui na telefon. Było, minęło – ważne że się sami nieźle bawiliśmy, a i kierowcy zaczynali zwracać uwagę, że są kałuże.

I tak szczerze to zalanie wodą nic by nie zmieniło. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki co było główną przyczyną rezygnacji z części planu by wrócić do hostelu. Trzeba było się ogrzać i umyć.

Następnego dnia opuszczaliśmy Fujiyoshidę dlatego też wieczorem wyszliśmy pochodzić po mieście. Z fajnych rzeczy było to, że zostaliśmy zaczepieni przez Japończyków, którzy pytali nas skąd jesteśmy, co robimy i czy podoba nam się w Japonii. Bardzo miłe doświadczenie, zwłaszcza po tym jak pierwszego dnia idąc ulicą i mijając grupkę młodych osób usłyszeliśmy to nieprzyjemne słowo ‘gaijin’.

O jedzeniu rozpisywać się nie będę – znów rodzinna restauracja i tym razem coś innego. Nie co mniej podeszło mi niż wczorajsze ramen, ale wciąż było dobre. Na koniec zaś, moje biedne wychłodzone kości mogły się ogrzać w tradycyjnej japońskiej kąpieli. Czy wspominałem, że chciałbym coś takiego w domu? 😀

Następny punkt programu – Kioto. Będzie się działo.

Advertisements

~ by drzejan on March 31, 2014.

2 Responses to “Fujiyoshida – Jaskinie”

  1. Hehe z tą “falangą” to dobry pomysł mieliście. Natomiast to, że was “zgaijinowali”… widać taborety trafiają się niezależnie od tego na którym punkcie globu stoisz. Smuci tylko fakt, że to ze strony młodych ludzi, no ale my mamy “młodzież wszechpolskom” oni też musza mieć swój przydział pojebów.

    • Z ‘falangą’ było o tyle fajniej, że jeden kolega miał oprócz parasola jeszcze płaszczyk ‘wodoodporny’ więc stał na przodzie i w razie większej kałuży wyłapywał część na sobie 😉

      A co do tych młodych, to niestety – wszędzie są dziwni ludzie. Dziwne jest to, że nie zdają sobie sprawy z tego, że obcokrajowcy znają to słowo i rozumieją jego konotacje :/

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: