Tokio – Shibuya i okolice

Po przespaniu pewnej części nocy (niestety krótkiej części nocy) trzeba było zacząć zwiedzanie tak by wkręcić się w odpowiednie tempo. I tak wiedząc już jak korzystać z metra w Tokio postanowiliśmy samodzielnie udać się w stronę Shibuyi i słynnego skrzyżowania pokazywanego w wielu produktach pop-kultury.

przerwa techniczna

Po tym jak udało się wbić do metra (pomarańczowe – chyba Ginza line) mieliśmy przed sobą ponad 25 minut jazdy. Nie było co robić, a ludzi było sporo, to nie pozostało mi nic innego jak pograć w 2048 i przy okazji zakończyć grę z sukcesem. Tak dla odmiany. W między czasie zerkałem na ludzi dookoła i odniosłem wrażenie, że wszyscy dookoła starają się na nas nie patrzeć. Wolę nie skupiać się na przyczynie tego stanu rzeczy.

Jak już wyszliśmy na stacji w Shibuyi to jedna rzecz rzuciła mi się w oczy. Jedno z wyjść opisane było jako Hachiko. Skojarzyliśmy to wspólnie z historią o psie, który codziennie czekał na swojego właściciela przed wejściem do stacji. Czekał nawet po śmierci swojego właściciela. Teraz postawiono tam pomnik ku pamięci wiernego kompana. Oczywiście postanowiliśmy tam pójść i zrobić odpowiednią ilość zdjęć. Wyszło to bardzo ad hokowo i nie mieliśmy namiarów na pomnik, a w tłumie (mniejszym lub większym) nie dostrzegliśmy pomnika. W tym miejscu przydatne okazały się mapy jakie mamy – przeszukaliśmy wszystkie monumenty w okolicy aż trafiliśmy na ten właściwy 😀

Tam też widzieliśmy, oprócz fajnego pomnika, coś nietypowego. Jakiego koloru będzie miała maskę Japonka która ubiera się w gotyk? Oczywiście, koloru czarnego. Po zrobieniu odpowiedniej ilości zdjęć mieliśmy się udać o kilka metrów dali by zrobić zdjęcia znanemu przejściu dla pierwszych w Shibuy’i gdy zagadała do mnie dziewczyna pytając się czy nie jesteśmy Rosjanami. Okazało się, że sama była Rosjanką, przybyła do Japonii na trzy miesiące i dotarła tam koleją transsyberyjską. Chwilę porozmawialiśmy i daliśmy się na dalsze zwiedzanie.

Po drodze minęliśmy wielki gmach w ramach kompleksu Japońskiego Stowarzyszenia Hikikomori 😉 W skrócie NHK (w rzeczywistości jest to sieć stacji telewizyjnych, ale swego czasu było anime Welcome to NHK). Zdecydowanie większe i robiło pozytywniejsze wrażenie niż to co jest u nas na Woronicza.

Po obejściu kompleksu medialnego potentata dotarliśmy wreszcie wielkiego parku – parku Yoyogi. Niestety po drodze minęliśmy enklawę bezdomnych. Wyglądało to dziwnie i nieprzyjemnie chociaż nie było ich tak czuć jak u nas. Do tego mimo wszystko wyglądali na bardziej uśmiechniętych i zdecydowanie bardziej dbających o siebie i otoczenie.

W samym parku, wreszcie mieliśmy okazję zobaczyć kwitnące wiśnie w znacznych ilościach. Sporo zdjęć zrobiliśmy i nieco filmów udało się nakręcić. W tle gdzieś też przemykała młoda para w tradycyjnych strojach. Nieco się krępowałem i nie robiłem zdjęć, chociaż inni zachodni turyści nie mieli takich oporów. Tam też pojawiła się później inna młoda para, w zachodnich już strojach i niestety, ale nie wyglądało to już tak dobrze (suknia ślubna w kolorze paskudnego różu…). Odniosłem również wrażenie, że zachodni turyści momentami nie potrafią się zachować. Dwóch zawodników pochodzących z kraju, w którym duże ego jest bardzo cenione (‘pies szczeka, kot miauczy a człowiek mówi po angielsku’ – serio coś takiego usłyszałem), zdecydowanie łamali spokój parku swoim zachowaniem. Głośne śmianie się i rozwalenie się pod super miejscem widokowym nie wypada, a wystarczyło by rozejrzeć się dookoła i zobaczyć jak zachowują się Japończycy.

Fajną sprawą było również to, że ten park żył w ciągu dnia (około 12 w piątek). Byli tam emeryci, kobiety z dziećmi czy też całe przedszkola. Warto też wspomnieć o uczennicach liceów, które zrobiły sobie próbę gry na instrumentach czy też mężczyznę, który uczył dzieci grać na bębnach za pomocą kijków i pnia leżącego na ziemi. I co ciekawe, nawet fajnie to brzmiało. To była muzyka, a nie losowe nawalanie drewna o drewno. Super sprawa (mam filmik :D).

Po pierwszym zetknięciu z japońskimi parkami udaliśmy się w stronę kompleksu parkowego świątyni Meiji. Wielkie bramy wejściowe (Tori na oko z 8 metrów? Może więcej) robią wrażenie. Sam kompleks też wyglądał ciekawie, chociaż boję się, że po pobycie w Kioto mogę już mieć zdecydowanie wystarczająco dużo świątyń za sobą i przestanę je doceniać.

Na miejscu przeszliśmy koło przyświątynnym sklepiku, w którym sprzedawała dewocjonalia młoda dziewczyna w charakterystycznym stroju (o ile się nie mylę to określa się je jako meiko, ale pewnie się mylę). W środku zaś miało się chyba wydarzyć coś ważnego, bo było sporo ludzi, część w garniturach, zaś przedstawiciele duchowieństwa chodzili w odświętnych strojach. Wyglądało to nieco jakby jakaś tajemnicza sekta właśnie się zbierała i kontaktowała z władzami. Może oglądam za dużo anime w którym są tego typu akcje…

Mając już za sobą ładny kawałek terenu udaliśmy się w stronę Narodowego parku w Shinjuku Gyoen. To co tam zobaczyliśmy przerosło moje oczekiwania – całe aleje kwitnących wiśni. Ponoć kwiaty dopiero co się pojawiły i to jeszcze nie jest to. Ale dla mnie to było wystarczające by się zakochać w tym widoku. Coś pięknego. Oczywiście w trójkę zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć, pojawiło się również kilka filmów na karcie pamięci. Nie mogło się obyć bez zatrzymania się, odpoczynku i posiedzenia na równo przyciętej trawie. W pewnej odległości od wiśni, bo tamte miejsca już były obstawione. Tak czy owak, fajnie było.

No dobra, zwiedzaliśmy, chodziliśmy ale nic nie jedliśmy od rana (na pewno ja nie jadłem). Idąc do parku Shinjuku Gyoen mijaliśmy sklep z napisem ‘noodle ramen’ to postanowiliśmy cofnąć się tam. Z zewnątrz wyglądało to bardzo obiecująco jednak przy bliższym spojrzeniu nie zauważyliśmy w środku menu ze zdjęciami. Było trudno, wahaliśmy się jednak stało się coś co pozwoliło jasno i precyzyjnie podjąć trudną decyzję. Poczuliśmy zapach jedzenia z środka. I nawet jakbym nie był wygłodniały jak wilk to ten zapach zachęciłby mnie do wejścia do środka. Jak się można było tego spodziewać, obsługa nie znała angielskiego. Po długich bojach kupiliśmy coś (za jedyne 800 jenów, na oko coś w pobliżu 25 złotych). Chwilę poczekaliśmy i jedzenie podał nam starszy pan, ojciec kucharza, który wcześniej przyjął nasze zamówienie. Okazało się, mieliśmy makaron sojowy, duże kiełki, kawałek czegoś zielonego z kawałkiem pieczonego boczku. Niebo w gębie, smakołyk i to wszystko zalane bardzo treściwym bulionem, którego zapach zachęcił nas do wejścia do środka. Fajen było to, że ten boczek nie był przyprawiony, był czysty i było czuć jedynie aromat dobrze wypieczonego kawałka mięsa. Warto było, było dobre i wysnuliśmy wspólnie teorię, że jeśli nie dogadasz się z obsługą to jedzenie będzie super. Do tego, jeśli nie ma w środku zachodnich turystów i są tylko lokalni, to wiadomo, że będzie dobrze. Chociaż to drugie to prawda ogólna.

Następnym punktem zwiedzania było miejsce mojej pielgrzymki. Teoretycznie 😉 Idąc tam szliśmy spokojnie, bo jednak jedzenie nieźle nas obciążyło. Minęliśmy dwie mniejsze świątynie, w których zrobiliśmy odpowiednią ilość zdjęć. Co ciekawe, niby w środku miasta, mocno zatłoczonego miasta a mimo to było cicho i spokojnie. Coś pięknego, z chęcią chodziłbym do tych świątyń by tylko usiąść i odpocząć. Niestety czegoś takiego nie widziałem w Korei, tu zaś w Japonii to coś powszechnego.

No dobrze, szliśmy do konkretnego miejsca. Co tam było? Coś niewiarygodnego, coś super i pięknego. Coś co tylko ja mógłbym w pełni ogarnąć, zaś koledzy przed drzwiami stwierdzili, że to już za dużo dla nich. Chodzi o Evangelion Store w Harajuku. Wszedłem i wsiąkłem. Niczym panie w sklepach z butami. Muzyka była z anime, na ścianach wisiały klatki ze story bordów do kinówek. Zaś przedmioty były związane z marką. Pozostawię bez komentarza co bym sobie tam kupił. Wiedziałem, że to dopiero początek, że nie mogę wszystkiego przepuścić na gadżety i że realnie musze się jeszcze spakować w drodze powrotnej.

Mając już radosną siatkę z logiem sklepu (fuck yeah) ponownie spotkaliśmy się z naszą japońską znajomą. Chwile odpoczęliśmy i porozmawialiśmy by w końcu udać się do Chibuyi zrobić coś szalonego. Coś czego nigdy bym się nie spodziewał po sobie. Nie ma co sobie żartować, konwencja genewska zakazuje tego typu działań na ludziach – śpiewania. A poszliśmy do japońskiego karaoke. Było ciekawie i co było fajne, następnego dnia miałem lekki problem z mówieniem. Oczywiście mieliśmy prywatne pomieszczenie i nikt nas nie słyszał. Filmów wolałbym nie mieć, ale niektórzy dorwali się do telefonów. Takie życie, będzie czym mnie szantażować lub stosować jako broń masowego rażenia 😉

I tak minął drugi dzień w Japonii – pewnie sporo przeszliśmy. Powinienem zainstalować sobie apkę na telefon do mierzenia odległości jakie przeszliśmy. Bo sporo kilometrów nabiliśmy. Ale póki co jest warto, same pozytywy nas spotykają 😀

Advertisements

~ by drzejan on March 29, 2014.

7 Responses to “Tokio – Shibuya i okolice”

  1. O, chętnie obejrzałabym kompromitujące nagrania ^_^ Podoba mi się ten spontan w twoim wykonaniu. Wreszcie!

    • Spontan czy nie, jak mamy wolny czas to trzeba go jakoś spożytkować 😉

  2. To coś kwitnącego w ukrytej świątyni wygląda na magnolię. Robaki mi ją zjadły ;_;

  3. @Nivak
    jeżeli Cię to pocieszy, to nasze magnolie przez jakieś złe oczy też nie mają kwiatków, tylko same liście :<

    @drzejan
    zdjęcia wiśni mnie satysfakcjonują 🙂 przeogromne te drzewa są.
    a co do karaoke, to what happens in Japan, stays in Japan – w myśl tej zasady nie powinni Cię szantażować.

    • Też uważam, że to co się tu dzieje, pozostanie tu. Zresztą, ja też mogę mieć haki na innych :>

    • Moje magnolie były z nasion. Później dowiedziałam się, że i tak nie miałabym z nich zbyt wiele pożytku, ale i tak szkoda :/

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: