Urlop czas zacząć!

Już wcześniej zapowiadałem w różnych miejscach, że z końcem marca na moim blogu zacznie się robić gorąco. Zatem nadszedł czas na odkrycie tajemnicy celu mojej podróży.

przerwa techniczna

Sam pomysł wyjazdu zrodził się na początku września 2013 roku, kiedy byłem jeszcze służbowo w Korei. Kolega się odezwał, rzucił temat i po chwili było już nas trzech. Wszyscy znaliśmy się z roku. Kombinowaliśmy jakby tu tanio załatwić bilety lotnicze oraz dobre hostele. Gdy udało się złapać bilety od Finnara to już było wiadomo. Jedziemy.

A gdzie? Marzenia trzeba spełniać i po pobycie w Chinach i w Korei Południowej brakowało tylko jednego kraju, do którego mogłem się udać. Tak, po latach kombinowania udało się zaplanować i ostatecznie wyjechać do Japonii. Wyjazd nie będzie trwał tydzień. Ani też dwóch. O nie, tu jest za dużo rzeczy do zobaczenia i spróbowania. Jednocześnie jak już być to na bogato – zatem spędzimy w Kraju Kwitnącej Wiśni (właśnie kwitną!) całe trzy tygodnie!.

Gdy nastał czas zebraliśmy się w trzech i udaliśmy się na lotnisko Chopina. Pomijam dziwną starszą panią jadącą z Kaliskiej z teoriami o mocy wszechświata. Uprzejmie wysłuchaliśmy i zajęliśmy się rozmową między sobą. Dalej to bez problemów, aż do samolotu do Helsinek. Znów okazało się, że podróżowanie z Polakami do przyjemnych rzeczy nie należy, a że trafiła się radosna ekipa co nie dość, że się spóźniła to była już mocno wstawiona. W trakcie lotu była głośna, nie uprzejma i doprowadzała obsługę do szewskiej pasji. Jedyna nadzieja to to, że nie lecieli do Tokio – i na szczęście nie polecieli. Później tylko usłyszałem od innych, że wstyd być Polakiem jak do samolotu pchają się ludzie co nie potrafią się nawet zachować. Niestety nie pierwszy raz jestem świadkiem tego typu sytuacji.

A co słychać w Helsinkach? Sklep z pamiątkami z Muminków to bez zmian – ceny zabijały. Przeczekaliśmy na lot i polecieliśmy w 10 godzinną podróż. Ja to spokój, doświadczenie robi swoje, ale koledzy to pierwszy raz lecieli i mieli różne problemy z lotem i ogarnięciem się na lotniskach. Na szczęście obyło się bez napełniania torebki z schowka w siedzeniu przed danym zawodnikiem.

Co przywitało nas w Naricie? Deszcz i zimno. W Polsce było słonecznie i jasno, tu zaś zgoła odmiennie. Szkoda. Szybko załatwiliśmy papierkowe sprawy (dwie deklaracje imigracyjne wypełniłem, oczywiście się walnąłem przy pierwszej) i pozostawało tylko wymiana waluty na lotnisku + odebranie biletów na pociągi w Japonii (tak zwany JRPass). To pierwsze jako tako przeszło, w sumie jestem ‘w plecy’ jakieś 150 zł na przeliczeniach ale jakoś to przeżyję. Po prostu najlepsze kantory akurat były zamknięte. Sprawa biletów kolejowych wyglądała gorzej bo kolejki były długie i radośnie spędziliśmy w nich z godzinę. Szkoda nieco czasu. ale uprzejma obsługa załatwiła wszystko.

I tak pojechaliśmy do Tokio. W pociągu (Narita Express) prawie przysnąłem, ale zamieszanie na Tokio Station (poziomy, pełno ludzi) mnie rozbudziło. Dalej pojechaliśmy do stacji Ueno skąd na nogach doszliśmy do naszego hostelu – Khaosan Tokyo Laboratory. O samym hostelu najpewniej napiszę później osobną notkę dotyczącą zakwaterowania podczas całego pobytu.

Będąc już na miejscu można było ruszyć zwiedzać co się dało. Jako pierwszy zaatakowaliśmy kompleks świątyń Asakusa. Bardzo dużo osób się tam kręciło – taka pora roku i do tego właśnie zakwitły wiśnie. Więc było co oglądać. Oczywiście chodziłem niczym Japoński turysta i cykałem zdjęcia zarówno aparatem jak i cwano-fonem. Tam też miałem okazję poczuć zapach oryginalnego ‘melon breada’ i powiem jedno. Powinienem był kupić sobie. Ale to jeszcze nadrobię w ciągu najbliższych 20 dni.

Widząc świątynie, mocno obleganą, udaliśmy się na wschód. W stronę górującej nad horyzontem miasta wieży. I nie, nie było to ‘Tokyo tower’. Trzeba mierzyć znacznie wyżej – Tokyo Sky Tree. Widoki były nieziemskie, zaraz po tym jak odczekaliśmy w kolejnych kolejkach około 40 minut. Najpierw pierwszy poziom (350 metrów) w windzie na który Japończycy dookoła wyli jak zobaczyli prędkość 600 metrów na minutę. Czyli 10 metrów na sekundę, czyli całe 36 km na godzinę – to już nie tak dużo, nie? 😉

Dalej, na pierwszym poziomie stanęliśmy w kolejce do drugiego – 450 metrów. Była ona znacznie krótsza (kolejka) i na szczycie wieczorne już widoki porywały swoją magią. Coś pięknego i wartego 3k yenów (około 95 zł).

Było już późno a głodni byliśmy. Szczęśliwie mieliśmy kontakt do znajomej Japonki. która zaprowadziła nas do restauracji z sushi pływającym dookoła nas. Wystarczyło złapać co się chciało (talerz za 100 yenów, około 3 zł). Zjadłem różne rzeczy zakrapiane sosem sojowym oraz wasabi. Fajnie wyszło, dobrze się rozmawiało i tak około 22 czasu lokalnego udaliśmy się taryfa do hostelu. Na miejscu szczerze podziękowaliśmy znajomej Japonce za spędzony z nami czas przy okazji daliśmy jej we trzech mały upominek z Polski.

I tak minął pierwszy dzień w Japonii. Jak regularnie będę pisał? Nie wiem, się okaże. Natomiast najważniejsze to to, by wypocząć i odpocząć od pracy oraz zobaczyć coś, co zostanie do końca życia.

Zdjęcia poniżej 😀

Advertisements

~ by drzejan on March 28, 2014.

5 Responses to “Urlop czas zacząć!”

  1. Jak to powiadają starożytni: Yes! Yes! Yes! ^_^

  2. Jak to człowiek niedoinformowany jest. Nie wiedziałam, że jest coś takiego jak Tokyo Sky Tree i że jest takie wysokie o_O To moja jazda na wieżę telewizyjną w Berlinie to cienizna 😛

    • Robi wrażenie wjazd na górę, problemem jest to, że na dobrą sprawę najdłużej to… czekałem w kolejce. Ale warto było:D

  3. tak coś mi się przeczuwało po tej tajemniczości, że Japonia 😉

    czekam na obowiązkowe zdjęcie tych kwitnących wiśni.

    • Fakt, w sumie można było się spodziewać dokąd pojadę 😀 Z kwitnącymi wiśniami to jest ciekawie – bo w Tokio już się pojawiły (piękny widok, dla niego samego warto było pojechać) tak już pod górą Fuji tak jakby jeszcze brakowało tych dwóch tygodni by wszystko zakwitło. Ale i tak jest fajnie 😀

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: