Falkon 2013

Od powrotu z Korei minęło już nieco czasu (tak na oko to dwa miesiące). Nie mogłem się jakoś zebrać by napisać swoje przemyślenia po pobycie w Azji oraz tego co mnie uderzyło na miejscu, w Polsce.

Ale życie idzie dalej i trzeba było wyruszyć, zgodnie z wieloletnią już tradycją, na listopadowy konwent, do odległego Lublina. Zatem – poniżej znajdziesz słów kilka o Falkonie 2013.

O swoich przejściach z po powrocie z Korei jeszcze zdążę napisać! 😉

przerwa techniczna

Z rzeczy ogólnych to napiszę tylko, że postanowiliśmy, niekoniecznie zgodnie z tradycją, pojawić się na konwencie od samego jego początku. Oczywiście wiązało się z urlopem na piątek. W ten sposób nie powinniśmy byli mieć problemu z noclegiem (w szkole) oraz ze zdobyciem akredytacji. Co ważniejsze – biorąc przykład z Pyrkonu, pierwszego dnia zazwyczaj są najciekawsze panele, a nie zapchaj dziury, które mogły (lub nie) skutecznie wpłynąć na podsumowanie całego wypadu.

1. Dojazd + akredytacja

Ostatnimi czasy, tak mniej więcej od ponad półtora roku, na konwenty wybieramy się własnymi środkami komunikacji. W ten sposób oderwaliśmy się od usług kolejowych przewoźników, które nie wypadają już tak dobrze względem przejazdu samochodem dla dwóch osób. Tak zrobiliśmy w 2012 roku z Polconem, tak też było w tym roku na Pyrkonie. I co by nie mówić – ma to dużo plusów, oprócz porównywalnych kosztów. Dowolna pora wyjazdu z konwentu czy też odwożenie ludzi pod dom, a nie że pociąg podjedzie na stację i martw się człowieku o tej 23 wieczorem.

A trasa z Łodzi do Lublina jest dobra, spokojna i prosta. Pomijam małą wpadkę z przejazdem przez środek Radomia, który swoją drogą ma bardzo tanie paliwo – trzeba zapamiętać na przyszłość (20 gr na litrze względem Łodzi). Ogólny morał z tego był taki, by nie słuchać się nawigacji, bo tej nieraz odbija. Ale przynajmniej jechaliśmy w dobrym kierunku 😉

Po zajechanie pod centrum targowe w Lublinie, koło dworca kolejowego, wraz z Masterem udaliśmy się po akredytacje. Doświadczeni poprzednimi edycjami spodziewaliśmy się długich kolejek i tu zaskoczenie. Praktycznie z marszu kupiliśmy akredytację na cały konwent. Tego zupełnie się nie spodziewałem, a mając w pamięci to co miało miejsce na tegorocznym Pyrkonie (kolejka zawijała się kilkanaście razy i w sumie spędziłem w niej ponad 2h) wypadło duuuużo lepiej.

Podsumuje tu jeszcze kwestie transportu po całym konwencie. Przejazd pociągiem Łódź – Warszawa – Lublin to koszt 60 zł w jedną stronę. Cena zawiera całe 300+ minut od przewoźnika i ekscytującą przesiadkę w Warszawie. Oferta obejmowała tylko z góry wyznaczone terminy. A takim tam samochodem wyszło, że przejazd trwał około 240 minut, z dojazdem niemalże pod drzwi (moje i Mastera), znacznie większa oferta co do terminów, wręcz bez ograniczeń. I najlepsze – po podzieleniu kosztów wyszło, że przejazd w obie strony zamknął się w 85 złotych per osoba. Zatem gołym okiem widać która z opcji jest lepsza dla użytkownika końcowego.

2. Szkoła i nocleg

Mając akredytację i opaskę na ręku, udaliśmy się do informacji w celu pozyskania cennych wieści odnośnie szkoły noclegowej i jej gotowości na przyjęcie ważnych gości – nas ;). Po uzyskaniu gwarancji, wypakowaliśmy swoje graty z samochodu i z zaawansowanymi przyrządami nawigacyjnymi (wydrukowana mapa z google maps) udaliśmy się w odpowiednią stronę. Jak się później okazało, okolicę kojarzyłem bo dawno temu zajechałem tam z lubelskim oddziałem rodzinki do pewnego sklepu z ekwipunkiem dla nowych członków drużyny (patrz – sklep z rzeczami dla dzieci).

W szkole, umęczeni, ale też i szczęśliwi, poczekaliśmy z 30 minut w sali gimnastycznej zanim udostępniono sale lekcyjne pod noclegi. W sali gimnastycznej nocować mieli wystawcy. Podczas tych cudownych trzydziestu minut miałem okazję zobaczyć jak to wystawcy przygotowują się do konwentu – obalili po energetykach (takie paskudne plastikowe szare butelki) i zaczęli przelewać żołądkową gorzką do nich. Tak, dorośli się bawią…

Co do samego nocowania, to nie ma co się z tym kryć, byliśmy burżujami. Master miał dwuosobowy materac, ja zaś tylko jednoosobowy, ale za to wyższy. Reszta zaś obsady sali to standardowo – karimata lub koc i do tego śpiwór. Kolejny plus poruszania się samochodem i to, że bagażnik w kombi robi swoje 😉

W sali na konwencie trafiają się różni ludzie, ale zazwyczaj staramy się nie przeszkadzać sobie, bo i po co? Tym razem trafił się nam gruźlik – paskudnie kaszlał, ja na jego miejscu dałbym sobie spokój z konwentem i szybko wróciłbym do domu bo brzmiało to jak zapalenie płuc. Dalej, drugiej nocy trafiła się wielce obrażona pani wystawczyni (kilka razy to akcentowała) co nie mogła spać w sali dla wystawców. Pewnie pozostali wystawcy wypili już wszystkie swoje energy drinki i teraz moc ich rozrywała (co było słychać, i to dobitnie). Czym podpadła owa wystawczyni-księżniczka? Przyszła ze swoim przydupasem co bawił się w podlizywacza i na jej uwagę o tym, że ktoś chrapie, zaczął świeci ludziom po głowach i próbował chyba wszystkich obudzić. Na moją głośną uwagę, że ‘chyba sobie jaja robicie’ speszony przestał, ale dalej kombinowali jakby tu uprzykrzyć życie chrapiącym przy pretensjonalnych uwagach panienki, jaka to ona zmęczona. W końcu się wkurzyłem i skwitowałem to prosto – chcesz odpocząć to nie oszczędzaj na szkole konwentowej tylko idź do hostelu. Ot polska wyrozumiałość i zrozumienie. Coś co mnie całkowicie wkurza od powrotu z Korei, gdzie odzwyczaiłem się od typowo polskich zachowań.

Na deser obok mnie spały jakieś trzy dziewoje, na oko coś pomiędzy szkołą lekko-pół-średnią (jak to mawiała o gimnazjum moja pani psor od polskiego w liceum) a liceum. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten cholerny pretensjonalny ton, śmianie się z byle czego i rzucanie głupich uwag. Odniosłem wrażenie, że ja w tym wieku jednak celowałem w nieco inny humor, który nie był po prostu chamskimi docinkami względem otoczenia.

W noclegu natomiast najważniejsze jest to by się wyspać. I jako tako się wyspałem. Fajniej by było jednak większą ekipą zająć pół sali i mieć generalnie dużo do powiedzenia, kiedy losowi ludzie się rzucają.

3. Atrakcje

Teraz zatrzymam się na chwilę nad tym co widziałem podczas konwentu. I tu mogę na początku napisać, że pod względem atrakcji (paneli) Falkon 2013 stanął na wysokości zadania. Ba, wcześniejszym konwentom organizowanym przez Cytadelę Syriusza nie udało się wciągnąć swoimi blokami popularno-naukowymi czy popkulturowymi jak tegoroczna edycja (bywam na Falkonach od 2006).

Chociaż start był średnio udany, bo panel o antybohaterach niestety sabotowała grupka czterech facetów (chłopaczków?), którzy w kupie czuli się silni mając naprzeciwko samotną prowadzącą. Co gorsza, po tym jak się wypowiadali wywnioskować można było, iż zdążyli już popić wystarczająco dużo by teraz mieć jeszcze więcej odwagi. Co się kurde stało z starym sloganem od fanów dla fanów? Czy utrudnianie życia jest aż tak przyjemne, życia losowej osobie? To było słabe. Co gorsza, takie… polskie.

Dalej udaliśmy się na panel poświęcony temu jak wyglądała wiktoriańska Anglia i czemu wizja świata steampunku, subtelnie mówiąc, nie pokrywa się z rzeczywistością. Ludzie zazwyczaj pomijają brudną rzeczywistość pełną najgorszych ludzkich cech a tu było to ładnie wypunktowane. Oprócz tematyki, która była bardzo interesująca, sami prowadzący potrafili porwać serca słuchaczy. Był tam Marcin ‘Lucek’ Sabat, Krzysztof Piskorski oraz Michał ‘Puszan’ Stachyra – to trio idealnie współgrało i przekazywało to co miało do przekazania (najbardziej Krzysiek, reszta była raczej uzupełnieniem). [Panel: Ciemne strony steampunku – Geekozaur & Przyjaciele]

Bardzo ciekawy też był panel o zakazanej archeologii i tego jak niewygodne fakty są pomijane w świecie archeologii. Pomimo obiektywnych przeciwności (brak nagłośnienia oraz rzutnika) prowadzący (Konrad Ksielewicz) opowiadał o tych zagadnieniach w taki sposób, że po godzinie chciałem więcej. Podziwiam talent oraz umiejętności. Natomiast refleksja po panelu była taka – będę musiał sięgnąć po poleconą książkę Ukryta historia człowieka – Archeologia zakazana, Micheal A. Cremo, Richard L. Thompson). [Panel: Nieznana historia ludzkości]

To był taki bardzo mocny atak, który miał miejsce w piątek. Master stwierdził, że teraz już może być tylko gorzej i kolejne dni Falconu już tak dobrze nie wypadną. Jak wyszło – patrz poniżej.

Konwent sobotę zaczęliśmy od spotkań autorskich – najpierw z Krzysztofem Piskorskim i później z Anetą Jadowską. O ile pierwsze spotkanie było bardzo fajne, Krzysiek ma charyzmę i przebija niewidzialną ścianę istniejącą między autorem a czytelnikiem tak Aneta zachowywała się dziwnie. Może po prostu jestem przewrażliwiony, ale teatralne gesty, pretensjonalny sposób mówienia i niezbyt przyjemny (w słuchaniu) początek spotkania skutecznie zniechęciło mnie do samej autorki. Chciałbym teraz tylko mieć na tyle wytrwałości i samozaparcia by moja niechęć do niej nie przeniosło się na jej twórczość chociaż trudno obcować z dziełem kultury w oderwaniu od autora i kontekstu w jakim pisał owo dzieło (chociaż ucieczka od pisania pracy doktorskiej w tym przypadku nie powinna wpływać na odebranie książek 😉 ). Teraz muszę uważać co by główna psychofanka autorki nie zrobiła mi najazd na bloga >_> [Spotkania: Od orientu po steampunk – Krzysztof Piskorski, Bogowie muszą być szaleni – Aneta Jadowska]

Spotkanie z autorem dużej części okładek polskiej fantastyki było ciekawe. Zwłaszcza jak sam grafik (Andrzej Łaski) przyznał, że rzadko wychodzi poza swoje miejsce pracy, stroni od dużych skupisk ludzkich i generalnie nie wiedział jak dał się namówić na prowadzenie panelu. A opowiadał ciekawe rzeczy, jak wygląda praca przy tworzeniu okładki w wydawnictwie i z czym musiał na co dzień walczyć. [Spotkanie: Praca ilustratora, czyli jakie elementy rzeczywistości wybieram do kreowania świata fantasy]

Z drugiej strony, spojrzenie od strony prawnej i etycznej na kwestie związane z prawami sztucznej inteligencji wydało mi się nazbyt hermetyczne i już tak nie wciągnęło jak okładki do książek. Możliwe też, że byłem zbyt zmęczony i pomimo tego, iż Kamil ‘Tygrzyk’ Muzyka mówił o czymś co powinno być mi bliskie zawodowo, to jednak nie byłem w stanie to chłonąć.

Spotkanie o pisaniu scenariusz było ciekawe, ale najważniejsze co z niego wyniosłem to… naładowana bateria w telefonie 😉 Nie lepiej było też na panelu o rozważaniach dotyczących cyberpunku. Choć kolejny temat, który powinien mnie ruszać, to ciągłe wtrącanie się jednej pierdoły z pierwszych rzędów (co też przeszkadzało prowadzącemu) skutecznie mnie zniechęciło do chłonięcia tego co było mówione i po prostu opuściłem salę. Miało to swoje plusy, bo człowiek mógł spokojnie się przekraść do następnej salki i zająć odpowiednie miejsce. A było warto bo następna atrakcja była zacna.

Kto by nie chciał posłuchać o zaleceniach inkwizytorów odnośnie ich fachu – jak wytropić, przeprowadzić uczciwy sąd i spalić na stosie wiedźmy? Magda ‘Cathia’ Kozłowska w mistrzowski sposób (jak dla mnie) opowiadała o ciekawostkach dotyczących tajników kościelnych szubrawców. Szkoda, że to był ostatni panel tego dnia w wykonaniu Magdy, bo tak to bym poszedł na panel poświęcony legendom Robin Hooda oraz panel o legendzie arturiańskiej. Tak czy owak, była to bardzo dobra pozycja w programie, po której wiedziałem więcej i miałem poprawiony humor (po co dzielili typy wiedźm na niebezpiecznie, mniej niebezpieczne i niegroźne skoro wszystkie szły na stos?). [Panel: Dobre rady panów inkwizytorów, czyli jak postępować z wiedźmą]

Niedzielę zaczęliśmy z Masterem od spotkania z Jarosławem Grzędowiczem, którzy trzeci raz z rzędu na Falkonie zgnoił osobę, która prowadziła z nim spotkanie autorskie. Pierwsze dwie edycje igrzysk jeszcze jakoś człowieka rozweselały tak za trzecim razem to już było smutne. Za to znowu moja bateria w telefonie odzyskała kolejne procenty napełnienia 😉

Po słabym starcie bardzo dobre słuchało mi się wywodów o tym jak pewne kobiety w historii były w stanie poruszyć serca grupy ludzi i pociągnąć ich za sobą by osiągnąć jakiś cel. Całość miała lekkie zabarwienie RPGowe i tworzenie odpowiednich postaci do sesji, ale i tak bardzo dobrze słuchało mi się anegdot z życia znanych przedstawicielek płci pięknej. Ponownie też prowadzący, Karol ‘Diaz’ Szmyt , przedstawi temat w taki sposób, iż skutecznie zachęci do tego o czym mówił. [Panel: Płeć piękna nie znaczy słabsza – rozprawa o kobietach, których bali się faceci]

Kwestie chińskiego światopoglądu pominę bo koncepcja porównania biblii i chińskiej księgi przemian nie przemówiła do mnie i chwilę po rozpoczęcia panelu/dyskusji wyszedłem. Nie ukrywam, że czekałem już wtedy na jeden bardzo ciekawie zapowiadający się panel, a mowa o różnych koncepcjach podboju kosmosu w wykonaniu Krzysztofa Piskorskiego. Różne ślepe uliczki w konstrukcjach wahadłowców, rakiet czy nawet całych projektów nie dość, że było ciekawe to też pobudzało wyobraźnie i szkoda tylko, że panel trwał zaledwie godzinę. [Panel: Z archiwów podboju kosmosu]

Tak mniej więcej wyglądało to co widziałem na Falkonie.

4. Varia – cospaly, stoiska i reszta świata

Jako, że w tym roku Falkon obejmował swoim zasięgiem cały kompleks targów lubelskich to było gdzie się szwendać. W jednej z hal było miejsce na granie w planszówki, bitewniaki i co tam jeszcze było dostępne. W drugiej zaś było miejsce na wystawców, strefa gier video oraz scena z dużą ilością krzeseł. W wolnych chwilach, wraz z Masterem błąkaliśmy się po stoiskach co ostatecznie nie wyszło na zdrowie mojemu portfelowi. Dwie koszulki (jedna z logiem Legionu z Shingeki no Kyojin oraz druga z motywem zombiastycznym) i o mało co bym nie stał się szczęśliwym posiadaczem Jengi 😉

Bardzo ciekawe było stanowisko Magicznych Ogrodów z bardzo fajnymi stworami-ślimakami. Dodatkowo organizowane były atrakcje dla dzieci co jeszcze bardziej pozytywnie nastawiało. Oczywiście wiadomo o co chodziło, ale abstrahując od tego, było to dobre. I fajnie, że najmłodsi też mieli co robić na takim konwencie.

Wracając jeszcze do Shingeki no Kyojin (‘Attack on Titans’). Od czasu do czasu gdzieś w tłumie przebijały się dziewczyny, które miały stroje z tego anime. I nie będę ukrywał, ale bardzo dobrze w nich wyglądały. Zwłaszcza jedna, wyższa ode mnie, niemalże idealnie odzwierciedlała postać Zoë Hange :D. Standardowo, nawet nie spróbowałem zagadać…

5. Podsumowanie

Ogólnie rzecz ujmując – Falkon 2013 był bardzo dobry. Program skutecznie zatrzymał mnie na terenie konwentu i nie mogę powiedzieć, że się nudziłem. Chociaż w wolnych chwilach dochodziłem do wniosku, że niestety ale centrum konferencyjne w Lublinie ma duże braki jeśli chodzi o infrastrukturę – oprócz deficytu gniazdek z prądem to brakowało gdzieś w pobliżu bankomatu euronetu.

W czasie trwania konwentu miało miejsce kilka wpadek organizacyjnych, niektóre pomieszczenia nie powinny być salami z prelekcjami (brak klimatyzacji, brak nagłośnienia, światła wyłączane – wszystkie lub żadne na raz). Do tego uważam za duży błąd sprzedaż w bufecie konwentowym piwa, bo widok ludzi przechodzących się z kubeczkami piwa po terenie konwentu nie należał do najciekawszych. Co też ładnie prowadzi do problemu alkoholu na konwentach. Ludzie zerwani ze smyczy, muszą się wyszaleć czyli skuć się na umór przez co stanowią problem dla otoczenia. Picie jako symbol dorosłości? Ja rozumiem że młodzież może tak myśleć, ale dorośli? To chyba raczej symbol czegoś zgoła odmiennego niż dorosłość.

Przez cały konwent mówiło się tu i ówdzie o tym, że kondycja rynku fantasy w Polsce jest, delikatnie mówiąc, słaba. Słuchając o różnych pozycjach, które są właśnie wydawane byłbym skłonny kupować więcej książek tyle tylko, że mam z tym wszystkim jeden problem. Mianowicie – po książkę sięgam raz i później leży, zajmuje miejsce. Nie mam problemu z gromadzeniem tego typu skarbów jednakże wiem, iż w przyszłości mogę znowu stanąć przed decyzją co wywalić bo za dużo miejsca zajmuje. Miałem okazję to robić przed remontem i naprawdę nie chciałbym ponownie przez to przechodzić.

Na koniec zaś. Po trzech dniach konwentowania, w niedzielę wieczorem wraz z Masterem udaliśmy się w drogę powrotną do Łodzi, która była bardzo owocna jeśli chodzi o poważne dyskusje o wszystkim, co niestety często kończyło się niezbyt pozytywnymi refleksjami.

Tak czy owak – Falkon 2013, ciekawy i ogólnie udany, przeszedł już do historii.

Otwartą kwestią pozostaje to, czy to nie był mój ostatni konwent na jakim się pojawiłem…

Advertisements

~ by drzejan on November 12, 2013.

4 Responses to “Falkon 2013”

  1. Ja zawsze mówię, że to mój ostatni konwent. Raz tak nie powiedziałem na Pyrkonie i… od dwóch lat nie byłem w Poznaniu:P.

    Szkoda, że ten Lublin tak daleko komunikacyjnie od Krakowa i że w listopadzie zawsze cierpię na niedostaki kasowe.

    • Na upartego mogłeś dojechać z rana z Krakowa do Łodzi i byśmy mogli razem wyruszyć w stronę Lublina pojazdem zmechanizowanym. W razie czego istnieje taka opcja 😀

      A co do ‘mojego ostatniego konwentu’ – dwa tygodnie temu pojechałem na jeden dzień do Poznania na animowy konwent (kontakty z ludźmi chciałem złapać) i wyszło, że chyba już nie pasuję do tej społeczności. Jakiś taki za stary jestem. Na konwentach fantastów to z drugiej strony mam wrażenie, że jest tam za dużo książkowych ultrasów i taki laik jak ja to co najwyżej może chować się gdzieś po kątach 😉

  2. Ha! A mówiłeś, że pewnie relacji z konwentu nie napiszesz, a tu proszę 😀 Szkoda, że w tym roku nie mogłam jechać, ale może za rok się uda 🙂

    • No właśnie – mówiłem. Ale wiedziałem, że na pewno zajrzysz 😛 Do tego musiałem gdzieś przelać swoje spostrzeżenia dotyczące Falkonu, który dał radę w tym roku 😀

      Może w przyszłym roku uda się zorganizować wypad co by udało się zgromadzić ekipę 😀 Chociaż już teraz wiem, że na Pyrkon nie pojadę…

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: