Busan

Tym razem notka będzie poświęcona mojej największej i zarazem ostatniej wyprawie w Korei. Tak – już za tydzień wracam do Polski i do starej dobrej rutyny wstawania wcześniej i wracania późno (tak jakbym nie robił w Korei, tyle tylko, że tutaj płacą mi za >_>). Jako, że miało być z przytupem to zdecydowałem się na podróż do Busan, które leży nad morzem japońskim – dokładnie po przeciwległej stronie kraju względem Seulu.

przerwa techniczna

Nie będę rozpisywał się więcej, po prostu od razu przejdę do głównych punktów wyjazdu 😀

0. Transport

Jak już jestem po za Polską i na dodatek mogę przejechać się koleją, która nie spóźnia się jak nasza, jest czystsza, lepiej oznakowana i przede wszystkim jeździ dużo szybciej to mówię ‘czemu nie!’. Dlatego też zdecydowałem się na przejechanie trasy Suwon-Busan koreańskim ekspresem zwanym KTX. Skubaniec zasuwa miejscami około 300 km/h i ogólnie leci jak szalony. To jeśli chodzi o wstęp dotyczący wyboru środku transportu. Bilet kupiłem przez sieć i tu mam nieco żalu do Korail (koreański przewoźnik, taka dużo lepsza wersja pkp ic i regio razem wzięte). Nie dość, że na stronie pokazana była tylko część pociągów to na dodatek przy zamawianiu dostałem miejsce ‘takie se’ bo nie przy oknie. To jest tym bardziej wkurzające, bo w jedną stronę musiałem jechać pierwszą klasą i na trzy miejsca dostałem środkowe. Szkoda. W drodze powrotnej to to mi wisiało, bo ciemno było i na dodatek byłem piekielnie zmęczony. Cena takiego wypadu to około 100k wonów, na nasze coś około 300 zł. Jednak jedno powiem – widok za oknem gdy pociąg mknie 298 km/h robi wrażenie.

Jako ciekawostka, przed zejściem na perony na ziemi był bardzo ciekawy napis – ‘tylko pasażerowie z opłaconym biletem mogą przekroczyć tą linię – WIERZYMY CI!’. W samym pociągu nikt nie sprawdzał mi biletu, tylko przechodzili i patrzyli czy odpowiednie miejsca są/nie są zajęte.

Druga ważna sprawa, która w ogóle mnie zmiażdżyła i która jest niewyobrażalna u nas. W Busan, oddalonym o 300-350 km w linii prostej od Seulu, używałem kart miejskiej T-Money. Karta ta jest przeznaczona do poruszania się środkami komunikacji w rejonie Seulu. Jeden system na cały kraj? Wyobrażacie sobie warszawską kartę miejską, dzięki której można jeździć w Lublinie, Szczecinie i nawet w Łodzi? U nas jest to po prostu niemożliwe. A tu, proszę.

Na koniec zaś rozważań o transporcie dodam, że po powrocie do Suwonu poleciałem na przystanek autobusowy, gdzie wsiadłem do autobusu pospiesznego. Dosłownie pospiesznego, bo kierowca chyba miał zacięcie do wyścigów i to co rano przejechałem w 30-35 minut teraz zrobiłem w niespełna 20. Magia i brakowało mi tylko muzyki z Initial D, bo konkretne akcje robił za kierownicą dość leciwego autobusu marki Daewoo.

1. Mój pech

Teraz warto zaznaczyć, że z planami jest tak, iż nie ma co się do nich przywiązywać a tym bardziej liczyć na to, że wszystko będzie zgodnie z nimi. Zatem w momencie jak kupowałem bilet w poniedziałek, pogoda na miejscu była po prostu idealna. Natomiast jak dojechałem do Busan, to lało jak z cebra. Już myślałem, że będzie słabo z tym wszystkim, ale ostatecznie jakoś się wybroniłem.

Druga rzecz, której zupełnie się nie spodziewałem, to fakt, iż po powrocie z pracy wszedłem do pokoju hotelowego a tu czuję zapach świeżej farby olejnej. Myślę ‘aha, coś się rozwaliło’. Wchodzę do łazienki a na podłodze jeszcze kawałki cementu, zaś koło jacuzzi stał śmietnik pełen ‘czegoś’. Samo jacuzzi miało w sobie resztki gruzu. Super – poszedłem do recepcji zapytać co się stało to mi zaproponowali, że w sobotę (czyli kiedy miałem jechać do Busan) mogą mi dać inny pokój. W końcu zdecydowałem, żeby po prostu posprzątali i nie zawracali mi głowy.

Jak nie urok, to sraczka…

2. Busan – Jagalchi Fish Market

Teraz już z czystym sumieniem mogę opowiadać co widziałem. Pierwsze w planie było Jagalchi Market. Z tego co się dowiedziałem, to jest to jeden z największych ośrodków handlu owocami morza w kraju. I szczerze – tam było chyba wszystko co pływa, pełznie czy też unosi się w wodzie. Ryby nie robiły już takiego wrażenia jak obok nich stały akwaria pełne potężnych krabów, sterty kalmarów, olbrzymie krewetki, żywe i nieżywe ośmiornice, jeżowce, małże i inne skorupiaki. Było tam prawie wszystko (płaszczki też były). Możliwe, że widziałem nawet kawałek rekina, ale to tylko możliwe (wielka płetwa grzbietowa). Na miejscu można było też coś zjeść, ale ja się nie poczuwałem (ogólnie w ciągu dnia to ja niewiele jem). Pooglądałem też suszone zwierzęta – od zwykłych ryb, po narybek i kończąc na mackach ośmiornic. Po prostu raj dla wielbicieli owoców morza.

Jak tak chodziłem sobie pomiędzy stoiskami i pstrykałem zdjęcia, to odniosłem wrażenie, że sprzedawcy byli co najmniej przyzwyczajeni do tego. Zresztą po drodze spotkałem kilka osób z zachodu oraz cały autokar wypełniony po brzegi Japonkami :>

Co ciekawe – w skład tego wszystkiego wchodziły dwa rynki. Jeden w budynku i tam zwierzęta jeszcze się ruszały oraz drugi, pod wiatą, gdzie staruszki po prostu na bieżąco obrabiały ryby. I tak np. widziałem jak się skóruje płaszczkę czy też czyści kalmary. I co jest wkurzające – tutaj jest to tanie. U nas za stertę kałamarnic trzeba zapłacić sporo. Szkoda bo przepadam za nimi 😀

Co by nie było, że tam sprzedawali wyłącznie owoce morza to znalazłem tak jakby nasz akcent na rynku. Mianowicie – pieczone raciczki wieprzowe oraz spore golonki. Normalnie aż miałem ślinotok jak to zobaczyłem. I teraz jak piszę to też mi pociekło…

Na koniec zaś rozważań o rynku wspomnę jak ekipa, chyba z jakiejś restauracji, chciała kupić dość dużą ilość ryb. Pokazali jakie chcą i staruszka wzięła się za wykonania akcji ‘wielkie ryby’. Trochę czasu jej to zajęło, ale w końcu się udało – nie ukrywam, że ja to pewnie bym przegrał z nimi. A te ryby były naprawdę spore.

3. Busan – Plaża Haeundae

Mając już za sobą rynek rybny i poruszając się w ulewie zszedłem do podziemi. Do metra, które zabrało mnie (po około 45-50 minutach) na drugi koniec miasta, do dzielnicy Haeundae-Gu. No, może nie był to całkowity koniec miasta, ale dla mnie było to wystarczająco daleko 😉

Na szczęście, jak wyszedłem na powierzchnię (nie wiem czemu pomyślałem o Metro 2033) to moim oczom ukazał się ciekawy widok. Za plecami miałem góry, zaś przed sobą na horyzoncie widoczne było morze. Morze Japońskie. Co było dodatkowo fajne to to, że droga idąca ku głównej plaży nie była zawalona kiczem jak u nas. Były restauracje, były knajpy, ale nie było handlu badziewiem. To już pozwoliło mi odczuć, że tu można wypocząć. Zanim jednak dotarłem do celu, lekko odbiłem i wszedłem do uliczki wzdłuż której ciągnęły się stragany wypełnione po brzegi żywnością. Myślałem co by nie kupić sobie czegoś do jedzenia, ale ostatecznie rozmyśliłem się – chociaż nikumany wielkości mojej ręki wyglądały interesujące i kosztowały 1k wonów za sztukę (~3zł) oraz (chyba, nie byłem pewien) wiekowe jajko (Century Egg).

Co się rzucało w oczy, ogólnie w tym rejonie – wielkie hotele oraz wieżowce mieszkalne. Co interesujące, tu już było znacznie więcej obcokrajowców. A jak są obcokrajowcy to pewnie są też i Polacy. Tak też w rzeczy samej było, idąc wzdłuż plaży minęło mnie małżeństwo mówiące po polsku. Zagadałem do nich i chwilę porozmawiałem (to jest dziwne, że człowiek czasami chciałby porozmawiać po swojemu z drugą, żywą i będącą nie dalej niż 7000 km osobą). Od 11 lat Mieszkali już na stałe w Korei i zachwalali życie w tym kraju. Co ciekawe, jestem w stanie ich zrozumieć po tym miesiącu, który tu spędziłem. Może jednak zdecyduje się na GMP?…

Co do samej plaży. Mimo, iż pogoda była raczej słaba (pochmurno) i nie zachęcała do pozostania na plaży to mnie się tam podobało. Spokój, szum fal i te widoki. Nie będę się rozpisywał, bo słowami nie jestem w stanie tego opisać. To trzeba samemu zobaczyć i poczuć (w sensie klimat, a nie zapach morskiej wody 😉 ). Dlatego też, mimo iż nie do końca miałem wolny czas, to pochodziłem, pooddychałem i wypoczywałem. Naprawdę warto.

4. Busan – Oceanarium

Kolejną atrakcją, którą miałem w swoim planie, było oceanarium w Busan. Ważne było to, że znajduje się ono przy plaży zatem nie musiałem iść za daleko. W tym miejscu sprawdziłem jak działa moja polska karta płatnicza (raz już zadziałała przy wykupie biletu na KTX). I tu nie było problemów, ciekawe po jakim kursie euro mnie zjadą. Za samą wejściówkę dałem 21k wonow (60 zł). Jest to sporo, i po tym jak obszedłem cały kompleks to wydaje mi się, że jest to wygórowana cena za to co mieli do zaoferowania. Chociaż mój odbiór mógł być nieco zniekształcony przez tabuny dzieci latających i wrzeszczących (chyba źle trafiłem). Do tego miałem okazję zobaczyć karmienie rekinów. Tu niestety nieco się zawiodłem – spodziewałem się, że rzucą jakiś krwawy kawałek mięsa co by efekty były lepsze. A tu nic, pół rybki – rekiny zaś wyglądały na przejedzone bo i mięso niechętnie ruszały. Z drugiej strony wiem, że nie doprowadzili by do sytuacji, w której rekiny byłyby wygłodniałe. Strach byłoby je później karmić przed ludźmi, zaś inne ryb w tym zbiorniku wodnym najnormalniej w świecie przestałyby istnieć.

Ale jednak pewne rozczarowanie mnie dotknęło po oceanarium, chociaż jeśli chodzi o podejście wizualne to mieli kilka niezłych patentów. Niestety nie mam ich uwiecznionych w dobrej jakości bo odkryłem czemu mój aparat nie może startować do lustrzanek. Zdjęcia nie wychodziły i byłem zmuszony do robienia ich moim pięknym crap-phonem. Oczywiście jak to przystało na telefon na bazie pewnego popularnego systemu mobilnego – jak pochodził dłużej (patrz więcej niż 10 dni bez restartu) to system nie radził sobie z zarządzaniem pamięcią co uwidaczniało się spektakularnym wywalaniem się aplikacji do robienia zdjęć. Dziękujemy Google za tak mocne zmodyfikowanie jądra linuxa oraz wykastrowanie bibliotek systemowych (pthready…).

Zatem – doszedłem do wniosku, ze jednak wolę spokojniejsze miejsca, gdzie jest mniej ludzi i gdzie mogę bez problemu cieszyć się naturą. Czyżby oznaka starzenia się i stawania się odludkiem?

5. Busan – Park Dongbaek

Oceanarium ostatecznie zobaczyłem w 1.5h zamiast 3.5h. W międzyczasie pogoda znacznie się poprawiła (było już ciepło – 25 stopni i nawet czuć było w oddali słońce), ja zaś nie miałem co dalej robić. Opcją by wrócić do centrum i szwendać się pomiędzy budynkami. To jednak nie jest to za czym przepadam.

Zatem znów zdałem się na swój zmysł szwendania się i poszedłem boczną ścieżką wychodzącą z plaży. W auto-magiczny sposób wszedłem bocznym ‘wejściem’ do parku Dongbeak. I tu po prostu przepadłem. Widoki – przepiękne. Połączenie i bliskość zarówno morza z jednej strony jak i azjatyckiej przyrody z drugiej spowodowało, że po prostu usiadłem i podziwiałem. Kurcze, czemu widuję takie rzeczy tak daleko od domu? U nas też tak nieraz robię, ale tu to po prostu bym najchętniej wsiąkł na cały dzień i już. Słuchać grających cykad i podziwiać morze.

Tym bardziej byłem zdziwiony faktem, że relatywie mało osób było w tym parku. Może też kwestia niepewnej pogody? Ale już nie padało i niebo wypogadzało się. Zatem – czyżby nie korzystali z tego co mają zaraz koło swoich domów? Czy też dawno się im to przejadło i spowszedniało? Nie wiem jak dużo czasu potrzebowałbym by osiągnąć taki stan – na pewno nie byłby to tydzień czy miesiąc.

Obszedłem cały park dookoła, nie wszedłem na szczyt bo nogi niestety odmawiały już posłuszeństwa. Dlatego też, powoli kierując się w stronę stacji metra, szedłem spokojnie promenadą nad plażą i patrzyłem na ludzi. Były to głównie pary oraz rodziny, które wspólnie chodziły i cieszyły się weekendem i byciem razem.

Miałem jeszcze nieco czasu, a nie chciałem się tak po prostu rozstawać z tym miejscem. Znalazłem sobie kawałek muru, przycupnąłem, odbezpieczyłem kolejną butelkę (wody mineralnej 😀 ) i odpoczywałem podziwiając widoki. Coś pięknego. Niestety na zdjęciach tak już to nie wygląda –szkoda. Chyba rzeczywiście zaczynam się starzeć.

Nie mogło to trwać wiecznie, trzeba było się zbierać w kierunku stacji KTX w Busan i wracać z powrotem do Suwonu.

6. Busan – Podsumowanie

Czas podsumować wyprawę. Na dzień dobry pogoda nieźle mi dowaliła bo w Busan strasznie lało. Na szczęście na początku byłem głównie w budynkach (metro, Jagalchi) – później zaś było już dobrze. Dalej, bardzo pozytywnie odebrałem plażę, po której niewiele się spodziewałem, bo co może być na plaży jak nie piasek, morze i mewy? Tu były jeszcze latające szczury czyli gołębie, ale to nie chcę się rozwodzić nad nimi.

Rynek rybny w Jagalchi to jest jedna z tych rzeczy, które należałoby zobaczyć w Busan. Oczywiście o ile nie ma się wstrętu do owoców morza i ich zapachu. Podążając rybnym tropem, Oceanarium w Busan warto zobaczyć jak się nie było w tego typu miejscu – głównie chodzi mi o długi tunel, nad którym pływają rekiny i inne morskie stwory. I nie, nie było Krakena ;). Ale tak po za tym to max 6/10.

Na koniec zaś perełka, która zbiła mnie z nóg – czyli park nieopodal plaży Haeundae. Tak samo jak rynek rybny w Jagalchi – trzeba zobaczyć na własne oczy.

Zatem wyprawa się udała, chociaż jestem po niej piekielnie zmęczony.

Advertisements

~ by drzejan on September 8, 2013.

10 Responses to “Busan”

  1. no nie, wycieczka nad morze – aż się prosiło o fanserwis! rozumiem jednak niesprzyjającą pogodę i to, że gdyby biedny, starzejący się autor miał robić fanserwis sam, to nie wszyscy czytelnicy znieśliby rezultaty (choć fetysze bywają rozmaite). ale powiedzmy, że te morskie cudowności na targu uznaję za Krakenciątka, więc już na nic nie narzekam.

    • Za zimno było i na dodatek przez połowę dnia padało – nie było warunków by po korzystać z plaży. Po drugie fanservice w moim wykonaniu złamałby parę konwencji dotyczących praw człowieka 😉

      Te różne potwory na targu jeszcze się ruszały, później się dowiedziałem – że po zakupie można poprosić o ugotowanie na parze ‘zdobyczy’ za niewielką opłatą.

  2. tak w klimacie horrendalnie drogich importowanych azjatyckich wynalazków spożywczych oraz jesieni, to np. nashi z sukcesem przeflancowali do naszego kraju i sprzedają w cenie normalnej gruszki.

    • Fajnie, chociaż szczerze powiedziawszy nie jestem amatorem tych owoców. Zdecydowanie wolę klasyczne i lokalne gruszki 😉

      Natomiast z azjatyckich wynalazków – to mam bardzo duży deficyt kimchi we krwi i brakuje mi tej przystawki w Polsce >_>

  3. gruszka polska trudna sprawa, wieczne dyskusje pt. ta jest dojrzała vs. nie, jest na wpół zgniła vs. o, to jest gruszka jak się należy! vs. nie, jest zieluna i twarda jak kartofel.
    a poza brakiem kimchi, powrót do rozkopanego, ale pozbawionego wilgoci miasta bardzo bolesny?

    • Ja tam nie mam problemu z polskimi gruszkami – jak zielone i twarde to dobre, jak niezielone i nie twarde to też dobre 😀

      Powrót bolesny, ale nie dla tego, że na miejscu piekielnie zimno (dziwne zestawienie słów) i pogoda taka sobie. Nawet rozkopane miasto, w którym nic nie działa nie dało tak w kość jak sami Polacy. Pozytywnej energii, której nazbierałem podczas pobytu w Korei starczyło mi na dwa tygodnie – tak tu ludzie na miejscu potrafią wyssać wszystko co w człowieku pozytywne.

      Miałem napisać notkę o szoku kulturowym, ale nie mogę ogarnąć się czasowo (mam nieco zaległości w życiu 😉 ).

      A tak to… chętnie bym wrócił do Korei…

  4. e tam zaległości w życiu. poczytaj sobie “trociny” vargi. myślę, że to będzie współgrać tak ogólnie.

    • Minęły kolejne dwa tygodnie, a ja nadal nie mogę się pozbierać po powrocie. Co dopiero wziąć się za lekturę :/ A zaległości mam duże…

  5. “(…)i na dodatek mogę przejechać się koleją, która nie spóźnia się jak nasza, jest czystsza, lepiej oznakowana i przede wszystkim jeździ dużo szybciej (…)”

    No to zero przygód;), podróż taka przewidywalna…:P

    • Tam bez przygód – zawsze może jakaś ładna (a tam to większość :D) Koreanka usiąść obok.

      Co w sumie miało miejsce bo w obie strony siedziałem koło Koreanek. W Polsce z mojego doświadczenia to obok zawsze siada jakiś facet co musi się rozwalić na sąsiednie miejsca… nawet jeśli są już zajęte :/

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: