Seul – pałace

Kolejny wolny weekend w Korei, co by się nie nudzić trzeba było coś zorganizować . Najważniejszy cel – miało to być na jeden dzień bo w niedzielę chciałbym wreszcie odpocząć. Suwon zwiedziłem już praktycznie cały – czy to na nogach czy też komunikacją miejską. Dlatego też podjąłem prostą decyzję. Czas wyruszyć w drugą podróż do Seulu, plan zakładał zwiedzenie wszystkich najważniejszych kompleksów pałacowych. A jest ich trochę.

przerwa techniczna

Tym razem nie popełniłem strategicznego błędu i w obie strony pojechałem ekspresowym autobusem. Tu nieco wyprzedzę bieg zdarzeń i napiszę, że o ile do Seulu nie było problemu z dojechaniem (patrz były miejsca siedzące) tak jak wracałem to przez chwilę obawiałem się, że będę musiał stać dłużej na przystanku. Wszystko z powodu tego, że masa ludzi wracała z Seulu (wszak sobota wieczór), kolejki obowiązują (dla większości ludzi, chociaż jedna babcia się wepchnęła…) i tylko 7 osób wysiadło z autobusu na moim przystanku. Na szczęście byłem 5. i jeszcze miałem luksus wybory jednego z kilku miejsc (z trzech).

We wstępie do notki dość enigmatycznie napisałem, że miałem ambitny plan zwiedzenia najważniejszych kompleksów pałacowych z Seulu. Jest ich aż cztery i realnie miałem po dwie godziny na każdy. W praktyce niektóre zajęły mi znacznie mniej czasu, ale też po drodze zahaczyłem o jeszcze jedno miejsce. Co jest dobre to to, że istnieje bilet, który umożliwia zwiedzenie wszystkich pałaców –jest relatywnie tani bo tylko 10k wonów (około 30-32 zł) i jest ważny przez miesiąc. Ja swój wykorzystałem niemalże w całości w jeden dzień 😉

Zatem, czas przejść do samego gęstego 😀

0. Brama Sungnyemun

Tak jakoś wyszło tym razem, że wysiadłem na nieco innym przystanku niż pierwotnie planowałem – pośpiech jest złym doradcą, czasami. Do tego jeszcze zapowiedź sugerowała, że następny przystanek będzie odpowiednim – zapowiedź była oczywiście po koreańsku. Jako, że znowu nie wiedziałem do końca gdzie jestem, a widziałem po drodze zabytkową bramę to nie pozostało nic innego jak pójść i zobaczyć ją.

Jako, że to była tylko brama, nic więcej, nic mniej, to zdecydowałem się tylko na obejście jej dookoła. Przejście przez nią niestety już kosztowało. Dookoła stały odpowiednie budki z starszymi osobami czekającymi tylko na obcokrajowców, których można by skasować. Tak – obcokrajowców, bo Koreańczycy to sobie wchodzili i wychodzili bez przeszkód.

Z tego co wyczytałem na wiki przed wyjściem – brama uległa zniszczeniu w wyniku pożaru i dopiero niedawno ją odbudowano. Dlatego też wygląda zupełnie nowo jak na kilkusetletni zabytek. Ale o moich obserwacjach będzie jeszcze nieco w dalszej części notki. Zatem jeden z głównych elementów tworzących turystyczną wizję Seulu obszedłem dookoła. Zresztą, podobnie zrobiłem z Łukiem Triumfalnym w Paryżu 😉

1. Pałac Deoksugung

Pierwszy kompleks pałacowy jaki zobaczyłem tego dnia, po nabyciu odpowiedniego biletu, o którym wspominałem już wcześniej, był pałac Deoksungung. Na wejściu uprzejmy staruszek, sprawdzający bilety, próbował mnie nauczyć poprawnej wymowy, jednak nie jestem za dobry w te klocki 😉

Co do samego pałacu, standardowo jak na koreańskie podejście do tego typu miejsc. Budynki ozdobione różnorakimi kolorami. W tym miejscu też po raz pierwszy widziałem duży/bardzo duży budynek pałacowy. Z zewnątrz wydawał się taki przeciętny – zwłaszcza w pewnej odległości. Dopiero jak ktoś stanął przy jego ścianach to widać było ogrom. Ale szczerze, to nie ten budynek był dla mnie największą atrakcją tego kompleksu.

W tle gdzieś na uboczu stał sobie średnio duże ‘coś’. Nie rzucał się w oczy za bardzo, głównie ze względu na to, że nie był pstrokato pomalowany. Wyglądał naprawdę dobrze, skromnie w porównaniu do innych, ale jednocześnie czuć było w nim coś szczególnego. Jedyne co paskudziło atmosferę tego miejsca to budynek mieszkalny wybudowany w stylu kolonialnym, który szpecił ładne widoki. Widoczne też od razu było to, jak bardzo odmienna była architektura ‘zachodu’ od tej panującej tu, na miejscu.

2. Pałac Gyeongbokgung (główny kompleks)

Po przedarciu się przez metro dotarłem do głównego kompleksu pałacowego w Seulu. Plac przed drugą bramą był ogromny, tak samo jak kolejki po bilety w kasach. Ci co byli przewidujący, kupili sobie bilety wstępu w innym miejscu 😉 Zanim jednak napiszę co mi się podobało/nie podobało w tym miejscu dodam tylko to, że stojąc na tym placu odniosłem bardzo dziwne wrażenie. Wrażenie jakbym już to gdzieś widział, tak jakby w innym kraju.

Po przejściu przez drugą bramę znalazłem się na placu gdzie przez środek przechodziła rzeczka z mostkiem. To również skądś kojarzę. Do tego potrójne bramy, gdzie środkowa zarezerwowana była tylko dla króla. Inne osoba, która skorzystała by z nich mogłaby być skrócona. O głowę.

Widoki były fajne, zwłaszcza, że tym razem znalazłem się koło jeszcze większego budynku niż wcześniej. Pech sprawił, że zwiedzałem w porze, gdy miejsce odwiedzało najwięcej osób. Ale mimo to udało mi się tak chodzić i samotnie zwiedzać, że większość zdjęć wygląda jakbym poruszał się po opuszczonym terenie. Co jest pozytywne. Z drugiej strony, poruszając się swoimi ścieżkami obszedłem cały kompleks i nie mogłem się pozbyć jeszcze jednego, innego i też dziwnego uczucia. Budynki prawie, że pachną świeżą farbą. Dlatego byłem wielce zaskoczony i wręcz skakałem z radości jak pod sam koniec, przy samym murze w najbardziej odległym zakątku, już po za budynkami znalazłem oryginalny fragment pałacu. Fundamenty bardzo starego pawilonu. Zapytałem się stojącej w pobliżu Koreanki o to czy są tu inne stare zabytki. Usłyszałem tylko, że ‘wszystko jest odnowione, bo często szalały tu pożary, katastrofy naturalne, wojny i Japończycy’.

Nie zmienia to jednak faktu, że było kilka miejsc, przy których po prostu bym usiadł i sobie siedział – cały dzień. Nie ukrywam, że były to miejsca przy oczkach wodnych, z wybudowanymi na środku pawilonami. Widoki dla mnie, nie przywykłego, były magiczne. Niestety, jak do większości budynków – nie można było wejść. Było kilka wyjątków, ale wymagały one zdjęcia butów i pozostawienie ich na zewnątrz. Jakoś nie byłem do tego przekonany i dodatkowo wizja powrotu do Suwonu na boso mnie nie cieszyła. Czy to efekt wieloletniego mieszkania w Polsce, że jestem przeczulony?…

Po mniej więcej 3-4 godzinach zwiedzania postanowiłem udać się do następnego punktu na mojej trasie. Zatem zostawiłem za sobą poczucie, że to wszystko jest kopią Zakazanego Miasta z Pekinu, mniejszą i z mniejszym rozmachem, trącącą miejscami ‘taniością’ co by nie nazwać tego inaczej.

Jeszcze z ciekawych rzeczy to po kompleksie chodziły dziewczyny przebrane w klasyczne stroje koreańskie. Nie robiłem im zdjęć, bo czułbym się nie swojo. Wyglądało na to, że nie były one związane z muzeum lecz były po prostu cosplayerkami. A jak wiadomo, najlepszy cosplay to ten z anime i gier 😉

3. Buddyjska świątynia Jogyesa

Jeszcze w ciągu tygodnia, będąc wieczorami w biurze, spytałem się kolegów, którzy byli w Seulu – co warto zobaczyć. Jeden z nich rzucił, bym przeszedł się do świątyni buddyjskiej – głównej na całą Koreę Południową. Tak też uczyniłem, zwłaszcza, że to było około 10 minut spacerem od głównego kompleksu pałacowego.

Wrażenie – olbrzymia, chociaż z oddali wygląda jak taki tam sobie średni budynek. Możliwe, że to kwestia pobliskich biurowców. Niestety, teren dookoła świątyni właśnie był odnawiany i na dobrą sprawę wpadłem tylko na chwilę. Była opcja pójścia do muzeum tradycji buddyjskich w Korei, ale szczerze powiedziawszy – nie byłem tym zainteresowany.

Wychodząc z terenu świątynnego minąłem po drodze trzy ciekawe sklepy. Jak u nas koło katedr są sklepy z dewocjonaliami tak tu również można było kupić różne różności. Od buddyjskich różańców (nie wiem jak to się nazywa) poprzez figurki i obrazki aż po mnisie ubrania. Te ostatnie wydają się najciekawszą rzeczą i teraz nieco żałuję, że nie sprawdziłem cen bo najpewniej były to ubrania dobrej jakości z odpowiednich materiałów a nie tworzywa sztuczne, których jest tu niestety pełno.

4. Pałac Chengdeokgung

Po drodze do trzeciego kompleksu pałacowego lekko się zdziwiłem gdy idąc ulicą minęła mnie trzy osoby. Co dziwniejsze, zrozumiałem co mówiły, a nie mówiły po angielsku (ani japońsku). Zatem nawet w Seulu, gdzieś na losowej ulicy można spotkać Polaków. I było to moje pierwsze spotkanie z ludźmi mówiącymi po Polsku, twarz w twarz, od prawie trzech tygodni. Ciekawe. Niestety minęli mnie zbyt szybko, a ja zaś byłem nieco zamyślony kontemplując mijane właśnie centrum kulturowe Hyundaia, przez co nie miałem okazji porozmawiać.

Wchodząc do trzeciego kompleksu pałacowego, uprzejmy starszy pan poinformował mnie, że o 14.30 koło bramy wejściowej wyruszy wycieczka z przewodnikiem mówiącym po angielsku, zaś o 15.30 będzie kolejna wycieczka dzięki której mogę zobaczyć Tajemny Ogród, który zajmował 2/3 kompleksu pałacowego. Na początku myślałem, że po prostu przejdę sobie samemu, po co mi jakieś zorganizowane wycieczki. I co gorsza, obszedłem kompleks w niecałe 20 minut. Niestety wejście do Sekretnego Ogrodu było możliwe jedynie w zorganizowanej grupie. Dlatego też tknęło mnie coś, jak mam możliwość to może pójdę i posłucham co ciekawego ma do powiedzenia przewodnik. Mając jeszcze chwilę wolnego czasu poszedłem zobaczyć ile kosztują pamiątki. Wszedłem, popatrzyłem i wyszedłem. Mimo iż było dość ciepło, to byłem blady i miałem dreszcze. Pozostawię bez komentarza to co zobaczyłem.

Ostatecznie okazało się, po tym jak już nastała odpowiednia pora, że przewodnik był przewodniczką, ubraną w tradycyjny koreański ubiór. Po drodze opowiedziała kilka rzeczy, których nie wiedziałem a były na tyle interesujące by zapamiętać. I tak na przykład te stworki co znajdują się na dachach budynków mają za zadanie odstraszać złe duchy i najprawdopodobniej pochodzą one z klasycznej chińskiej powieści – Wędrówka na Zachód. Im więcej, tym ważniejszy budynek w kompleksie. Opowiedziała również o dodatkowych zabezpieczeniach, które znajdowały się w rzece przepływającej przez kompleks (żółw oraz stwór o bliżej nieokreślonym gatunku). Tu również pojawiła się wzmianka, że realnie to większość budynków jest ‘odnowiona’ po wszelakich katastrofach jakie nawiedziły Koreę – pożarach, epidemiach, wojnach, siłach natury i Japończykach.

Po tej wycieczce poszedłem na następną, z której mogłem spokojnie skorzystać mając mój magiczny bilet. I tak poszedłem zwiedzać Sekretny Ogród. Po drodze posłuchałem o historii Korei, podziwiałem ciekawie usytuowane pagody oraz inne mniej istotne budynki. A mimo to, pomimo tego wszystkiego, odniosłem wrażenie, że to nie był ogród lecz kawałek lasu, częściowo zaniedbany i tak jakoś bez polotu. Dla mnie ogród oznacza coś zadbanego a nie pozostawionego naturze – wtedy to jest już rezerwat. Nieprzyjemne było jeszcze to, że podczas tej wycieczki były robione co chwila przerwy by ludzie mogli odpocząć. Okazało się, że należę do grupy, która bardziej się męczy stojąc niż idąc.

5. Pałac Changgyeonggung

Wycieczka po Sekretnym Ogrodzie ™ ( 😉 ) zakończyła się relatywnie późno bo chwilę przed 17, a ja miałem jeszcze jeden kompleks do zobaczenia. Na szczęście Chengdeokgung oraz Changgyeonggung stykały się ze sobą przez co wychodząc z Sekretnego Ogrodu ™ lądowało się przy wejściu do następnego kompleksu. Niestety w obu obowiązują osobne bilety co uważam za lekkie przegięcie. Nie ukrywam też, że ten kompleks widziałem ‘po łebkach’. Nie dość, że było późno, woda mi się kończyła to jeszcze byłem piekielnie zmęczony. Sam pałac wyglądał podobnie jak pozostałe i jedyne co mnie w nim przyciągnęło to ogród.

W ogrodzie znajdował się wielki staw, który z przyjemnością obszedłem a za którym znajdowała się szklarnia. Pamiątka z czasów japońskiej okupacji mieszcząca aktualnie mini ogród botaniczny. Byłby on o ciekawszy gdyby nazwy były chociażby po łacinie a nie tylko po koreańsku. Najciekawsze w nim było jednak to, że same rośliny, oprócz tego że były dla mnie egzotyczne, to tworzyły ciekawe aranżacje czy ogólniej mówiąc – małe dzieła sztuki.

Ledwo żyjąc, z kończącymi się zapasami energii, udałem się w stronę metra, później do autobusu i do Suwonu. Było już późno, autobus stał w korku przy wyjeździe z Seulu, ale na szczęście miałem Slayersów na telefonie i jakoś mi czas zleciał. Zatem zaczynam asymilować się z otoczeniem, bo tu wszyscy uciekają do telefonów byle tylko nie nawiązać bezpośredniego kontaktu z drugą osobą.

Zanim jednak wszedłem do autobusu do Suwonu, miałem najprawdopodobniej okazję zobaczyć imprezę z okazji otwarcia jakieś bramy w Seulu. Było głośno, kręciło się bardzo dużo policji i z tego co wiem to była tam nawet Pani Prezydent Korei Południowej. Ale mogę się równie dobrze mylić 😉

Wnioski

Pałace zobaczone, dużo zdjęć zrobionych (około 400), kilka filmów nakręconych. Jest tylko jedno małe ‘ale’ w tym wszystkim. Te pałace za bardzo pachniały nowością. Sposób w jaki oni wykonują renowacje przypomina raczej burzenie do zera i budowa od nowa. Co jak dla mnie psuje urok tego wszystkiego – chociażby w porównaniu do Zakazanego Miasta, które było obdrapane i podupadłe. Tyle tylko, że ono miało takie być ze względu na to, że jest to oryginał a nie kopia oryginału. Tu się niestety zawiodłem. Ale warto było zobaczyć te pałace. Planowałem jeszcze zwiedzić jeden park w Seulu – niestety nie starczyło czasu.

Kto wie, może następnym razem jak będę w tym mieście to tam zajrzę?

Advertisements

~ by drzejan on September 1, 2013.

4 Responses to “Seul – pałace”

  1. Jest i słynna brama 🙂 Niestety za mojej kadencji dopiero ją “rekonstruowali”, ale widzę, że Ty już trafiłeś na nówkę nieśmiganą 😀 Ciekawe tylko z jakim pałacem się deweloperowi pomylił ten budynek w stylu neoklasycznym (Kompleks Deoksugung) 😀

    • Ta brama to jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie nie zrobiła. Za nowa była i tak jakoś trąciło komerchą 😉 (zwłaszcza ten staruszek co już szedł mi na spotkanie).

      A budynek to tylko był ‘inspirowany’ czymś istniejącym – jak wiele rzeczy u nich 😉

  2. przynajmniej nie brali materiału na odbudowę rujnując inne części kraju… kurczę, ale coś jest na rzeczy z tą Koreą Południową, bo Tusk Vision Network też sobie o niej przypomniał i wysłał tam zwiadowcę (wpadło się zupełnym przypadkiem, bo normalnie to 24/7 arte i tvp kutura, oczywiście)

    • To fakt, nie brali materiałów z innych części kraju. Jednak po tym jak byłem w muzeum wojny w Seulu i po zdjęciach jakie widziałem – chodzę do wniosku, że nie mieli by z czego brać (wszystko praktycznie zostało zrównane z ziemią).

      Sprawdziłem odpowiednie pytanie w google i jedyne co dostałem to program dla tvN (stacji koreańskiej z historycznymi dramami-telenowelami). Nic ciekawego 😉

      I jakby co to ja nie jestem tym wysłannikiem 😀 Zaś telewizja to dla mnie przeżytek po tym jak ostatnie kanały popularno-naukowe zostały praktycznie całkowicie zeszmacone.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: