Seul – muzeum poświęcone wojnie koreańskiej

Drugi weekend w Korei – trzeba coś zorganizować co by się nie zanudzić w hotelu. Suwon jako tak poznałem, chociaż do pałacu królewskiego jeszcze wrócę (konkretniej – do oglądania twierdzy dookoła pałacu) zaś Seul jest już tak blisko, że wstyd byłoby nie pojechać i nie zobaczyć czegoś na miejscu.

przerwa techniczna

Może zacznę od tego, że Google dało ciała i to tak po całości. Niestety nie mogę na moim sprytno-fonie zapisać sobie map chociażby Seulu w trybie bez dostępu do sieci. Po prostu nie mogę, natomiast Koreańczycy mogą. Dziwna polityka. Zatem stare dobre zrzuty ekranu posłużyły mi za mapy podczas tej wyprawy.

Najpierw może zacznę od samego transportu. Niestety nie mam takiego luksusu jak w Paryżu, że mogłem sobie wsiąść w cokolwiek. Ale nie jest tak źle, kolega który był wcześniej w Korei w ostatnim dniu swojego pobytu dał mi swoją kartę komunikacyjną (T-money). Ja ją lekko podrasowałem o te 15k wonów i mogłem ruszać w drogę. Wolałem doładować o taką kwotę, bo wiedząc ile kosztuje przejazd luksusową limuzyną-autobusem z lotniska Incheon do Suwonu (12k wonów) spodziewałem się, że sporo zapłacę za taki wypad do stolicy.

Szczęśliwie mój hotel zlokalizowany jest w na tyle dobrym miejscu, że niemalże spodniego jadą ekspresowe autobusy do Seulu (linia M5107). Co ważne, zaraz obok mam też stację lokalnej kolejki (korail, stacja w Yontoung) więc mam dwa sposoby dostania się do Seulu. Jest jeszcze trzeci, nieco przegięty – dojechać do stacji kolejowej w Suwonie i dalej koleją. Ja skorzystałem z pierwszych dwóch opcji.

Do Seulu pojechałem autobusem (około 45-50 minut z Suwonu). Już na początku miałem ‘szczęście’ i musiałem biec do niego bo nigdzie nie mogłem znaleźć rozkładu jazdy, a akurat podjeżdżał jak szedłem na przystanek. Nie ukrywam, że wychodząc z hotelu wszystko mi się nieco opóźniło. Spotkałem kolegę z pracy, siedział w tym samym hotelu co ja, tyle że tylko tydzień. Akurat szedł już z walizkami – wracał do Polski.

Jako formę transportu z Seulu wybrałem kolejkę. Teraz już wiem, że nie warto, bo nie dość, że naskakałem się po stacjach metra w Seulu to na dodatek podróż trwała 1,5 godziny. Do tego całą drogę przestałem gdzie w autobusie spokojnie sobie siedziałem. Słowem, używać jako ostateczności – tak to lepiej autobusem. Cenowo wychodzi podobnie, i tu będzie szok. Bo za całą tą eskapadę zapłaciłem około 4,5k wonów. Na nasze to będzie może coś około 13-14 zł. Jak oni to robią, że komunikacja jeździ tak dobrze (szybko i o czasie) zaś ceny są tak niskie gdzie u nas koleje wydłużaj czasy oraz po zmianach rozkładów nic nie trzyma się tych rozkładów. Zaś o cenach biletów nawet się nie wypowiem.

W tym miejscu jeszcze pojadę nieco po Google. Trasę do Seulu obrałem z ich systemu map, zaproponowało mi przejazd autobusem – ja zaś zrobiłem sobie zrzuty ekranu z koreańskimi nazwami. Zatem, miałem dojechać autobusem do przystanku nazywającego się ‘Seul Station’. Popatrzyłem na mapie gdzie to mniej więcej jest, obmyśliłem jak przejść z tego przystanku na odpowiednią stację metra. A tu zonk! Wysiadam z autobusu i ni grzyba nie wiem gdzie jestem. Nazwy ulic mi się nie zgadzają z tym co miałem na telefonie – słowem duży problem. No ale trzeba być twardym i nie poddawać się. Poszedłem szukać metra bo tam musi być mapa (i cywilizacja). Zatem – Google się myli.

Mając już za sobą zmagania z transportem dotarłem do ostatecznego celu mojej podróży. Wielkie muzeum poświęcone wojnie koreańskiej. Na początku przywitał mnie pomnik żołnierzy, który podziwiałem przy akompaniamencie cykad. Dalej zaś, mając w głowie ogólny plan tego sporego kompleksu, udałem się w stronę eksponatów stojących na zewnątrz. A było co oglądać bo oprócz sporej gamy samolotów, w tym latającej fortecy, stało kilkanaście czołgów, amfibii oraz pojazdów opancerzonych i transporterów. W dalszym planie widoczne były rakiety, działka okrętowe oraz imponująca liczba amerykańskich śmigłowców. W tle, oprócz wspomnianej już latającej fortecy, górował okręt. Słowem, raj dla wszystkich pasjonatów sprzętu wojskowego, którego było pełno. Nie ukrywam, że samemu straciłem głowę w tym wszystkim na mniej więcej 2 godziny.

Później, po tym jak już nacieszyłem się eksponatami na zewnątrz (no tak mniej więcej, jeszcze bym sobie polatał po nich :D) , zacząłem zwiedzać samo muzeum, w którym również stało sporo sprzętu wojskowego (np. T-34-84 na pierwszym piętrze). Samo muzeum było ciekawie zrobione – tak pomiędzy klasycznym, gdzie eksponaty stoją za szybą i nowoczesnym podejściem z interaktywnością. Było to na tyle wyważone, że nie kuło w oczy jak np. przekombinowane dla mnie muzeum Powstania Warszawskiego. Tyle tylko, że w tym wszystkim jedna rzecz mnie delikatnie mówiąc – zniesmaczyła. Po większości eksponatów latała dzieciarnia, ja wiem że to wielka atrakcja dla dzieciaków poskakać po czołgach czy posiedzieć sobie w gazikach, ale to był sprzęt z ‘północy’. Raczej nie kupili go sobie za pieniądze lecz był to sprzęt zdobyczny, w którym najprawdopodobniej ktoś zginął podczas walk. Ot taka moja mała refleksja.

Ogólnie bardzo mocno kładziono nacisk w muzeum na podziękowaniach dla UN oraz USA za pomoc w walkach z ‘północą’. Ja zaś samemu sporo dowiedziałem się o tej wojnie, bo z lekcji historii w szkole to było tylko wspomniane, że był takich konflikt i walczył zachód z wschodem (ale Imperium Rzymskie to ja z 3 razy przerabiałem, jeśli nie więcej).

W tym wszystkim miałem też inną refleksję. Dla mnie czołgi typu T-34 kojarzy się pozytywnie, sprzęt na którym polscy jak i radzieccy żołnierze walczyli z nazistowskimi Niemcami podczas Drugiej Wojny Światowej (nie chcę się bawić w polityczno-historyczne dywagacje o tym co wydarzyło się później, chodzi o sam fakt, że walczyli). Do tego jeszcze „Czterej Pancerni i Pies” z Rudym 102 oraz pomniki z tymi czołgami w różnych miastach Polski, w których miały miejsce bitwy z udziałem wojsk pancernych. Natomiast dla mieszkańców Korei Południowej ten sprzęt kojarzy się z wszystkim co najgorsze, bo to na nim w 1950 roku Północ zaatakowała ich i na nim dokonała strasznych zniszczeń.

Podsumowując, bo notka robi się długa. Bardzo podobało mi się muzeum, eksponaty oraz makiety (np. pojazdy opancerzone wyprodukowane przez Kia, Daewoo czy Samsunga). Co ciekawe, wejście było za darmo. Jeśli kiedykolwiek czytający będzie miał okazję być w Seulu – warto tam zajrzeć.

Ja dodam też na koniec, że z moim ‘szczęściem’ zawsze musiałem biec do środków komunikacji, czy to do autobusu rano, czy też do metra czy już na sam koniec do kolejki. Ale zdążyłem! Podczas przesiadki podczas przejazdu kolejką zobaczyłem kogoś, kogo się nie spodziewałem… Świadków Jehowy. Już prawie chcieli mnie nawracać, ale chyba wyglądałem na zbyt zmęczonego i niezainteresowanego słowami Pana, że odpuścili sobie w pewnym momencie.

Advertisements

~ by drzejan on August 25, 2013.

One Response to “Seul – muzeum poświęcone wojnie koreańskiej”

  1. Robi wrażenie. Zajrzę tam, jak będę przelotem 😉

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: