Suwon – pałac królewski

Nadszedł mój pierwszy weekend w Korei. Jet-lag powoli już odpuszcza, dodatkowo siedzenie w pokoju hotelowym przez cały dzień raczej nie przystaje do mojej wizji spędzania wolnego czasu. Dlatego też, po wstępnym przygotowaniu (akumulatorki naładowane, karty pamięci gotowe na dodatkowe godziny nagrań i setki zdjęć, śniadanie skonsumowane) wyruszyłem na wyprawę. Tak, wyruszyłem – czyli ambitnie chciałem tam dojść na piechotę. Jaki był tego wynik? Przekonacie się w dalszej części notki 😀 (piękny cliff-hanger, nie ? :D)

przerwa techniczna

Plan był prosty – najpierw pójść drogą, którą znam, a która prowadzi do centralnej bramy Cyfrowego Miasta (Digital City in Suwon). Minąć rzeczkę i odbić w prawo zamiast w lewo. Dojść do drogi krajowej numer 42 i później cały czas na zachód. Mijając skrzyżowanie z drogą krajową numer 1 miałem iść dalej, aż do kolejnej rzeczki, która znajdowała się za dwoma parkami. Tam już powinien być widoczny kompleks twierdz Hwaseong. Taka jest teoria.

A teraz praktyka. O ile pierwszy odcinek poszedł dość żwawo (czyli to co już znałem) tak dalej to szedłem i zastanawiałem się – gdzie ja właściwie jestem 😀 Na szczęście na koreańskich mapach od googlarki zaznaczone są różnego rodzaju przybytki kultury jak choćby kościoły. Dzięki temu po chwili było mi już nieco łatwiej zorientować się, gdzie jestem. Wzdłuż drogi krajowej numer 42, na obrzeżach Suwonu miałem okazję przechodzić koło nowopowstającego osiedla mieszkalnego. Widok kosmiczny bo to wszystko wyglądało jak termitiery, kilka stało koło siebie. Każda miała po 31 pięter.

Dalej minąłem kilka kościołów, niektóre mniej, inne bardziej rzucały się w oczy. Jednak wśród tych kościołów jeden wyróżniał się mocno na tle pozostałych. Na jego bazie można stwierdzić, że w każdym kraju ludzie chcą mieć swoją świątynie opatrzności czy też twierdzę a’la Licheń. Tak jest właśnie w kontekście największego kościoła w Suwonie – Suwon First Church (Suwon Jeil /Gyohoe). Mimo iż widziałem go z oddali to jednak robi wrażenie budowla na 10 pięter. Otwartą kwestią pozostaje tylko to czy pozytywne czy negatywne wrażenie. Może jak będę miał ochotę (bo czas spokojnie znajdzie się w któryś weekend), to podskoczę do tego molocha? Ponoć w nocy świeci…

Po drodze miałem też okazję zobaczyć buddyjskiego mnicha, który dość głośno modlił się na wysepce na przejściu dla pieszych pomiędzy dwoma pasami ruchu ruchliwej drogi. Raczej nie wypadało robić mu zdjęcia. Dlatego też dopiero jak się oddaliłem to postanowiłem go uchwycić. Niestety zdjęcie, jak się później okazało, nie wyszło. Ale jedno trzeba było mu przyznać, potrafił zwrócić na siebie uwagę.

Dalej, jakoś tak powędrowałem za ostatnią rzeczką, że wylądowałem na lokalnym rynku. Było wszystko i zarazem nic. Różne warzywa, kawałki zwierząt – zarówno te ruszające się jak i te wyglądające na martwe. Zapachy były na tyle mocne, że całkowicie ode chciało mi się jeść. Na szczęście po wyjściu z ryneczku wylądowałem praktycznie na wprost wejścia do kompleksu pałacowego w Suwonie.

Jak zwykle skorzystałem ze swojego szczęścia. Chwilę po tym jak podszedłem do bram muzeum miały się rozpocząć pokazy tradycyjnych sposoby walki żołnierzy koreańskich. Zatem udało mi się nagrać i porobić zdjęcia mężczyznom przebranym w stroje z epoki. Oni zaś strzelali z kusz, łuków, walczyli mieczami, włóczniami, halabardami i małymi sosnami. Całość zwieńczył pokaz cięcia bronią różnych przeszkód. Nie ukrywam, że to ostatnie było najciekawsze chociaż obserwując sposób w jaki walczą odniosłem wrażenie, że niektóre kata kojarzę mi się jeszcze z czasów jak ćwiczyłem karate. Ale to mogło być tylko moje wrażenie.

Fajne w tym wszystkim było to, że dziewczyna, która tłumaczyła widowni co właściwie widzą, przedstawiała to w czterech językach: koreańskim, angielskim, japońskim i chińskim. Coś czego u nas raczej się nie uświadczy, gdzie maksimum to polski i angielski. Ja zaś cieszyłem się, że oprócz angielskiego jeszcze łapałem całkiem sporo z tego co mówiła po japońsku – oglądanie anime jednak ma swoje plusy 😀

Dalej to już był zwiedzanie kompleksu pałacowego. Szczerze – nie powalił mnie. Już bardziej podobał mi się ogród znajdujący się za pałacem, ale jestem świadom tego, że mnie budynki pałacowe nie ruszają. Zwłaszcza, kiedy przypomnę sobie zakazane miasto w Pekinie. Co warto zaznaczyć w tym miejscu to to, że wejściówka – ta nieco bardziej rozbudowana – kosztowała mnie 3500 wonów (około 10 zł) i dzięki niej mogłem oglądać sobie pałac i później kompleks murów obronnych rozciągających się dookoła starego Suwonu. Nie był on jakiś strasznie rozległy te 300-350 lat temu 😉

Jak już wspomniałem, pałace to nie to. Dlatego też w miarę sprawnym krokiem (na tyle na ile było to możliwe przy tej pogodzie…) udałem się na wzniesienia znajdujące się za kompleksem pałacowym. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, bo biały chodzi na piechotę po uliczkach gdzie lokalni siedzieli w swoich klimatyzowanych samochodach. No cóż, nie moja wina, że samochody ich rodzimych producentów są tanie w porównaniu do tego co my musimy płacić u nas. Tym niemniej, przechodząc koło wielkiego pomnika Koreańskiego króla (zdjęcie) dotarłem w końcu na szczyt wzniesienia gdzie moim oczom ukazała się strażnica. Chyba strażnica, bo jak dla mnie to powinno być coś mocno obronnego, a to wyglądało jak zwykła pagoda. Tam też miałem okazje spotkać Austriaka, który przyjechał do Korei na dwa dni i akurat zwiedzał zabytki Suwonu. Wspólnie ponarzekaliśmy na pogodę w Korei, która jest trudna do zniesienia dla Europejczyków.

Dalej przeszedłem się murami – co widać na zdjęciach. Ten odcinek miło wspominam, głównie ze względu na przyjemny wiatr, który chłodził bo niestety wilgotność mocno dawała się we znaki. Po drodze, co ciekawe, zostałem na chwilę zatrzymany w celu sprawdzenia biletu – na szczęście miałem przyklejone do koszuli takie śmieszne coś co pozwoliło mi zwiedzać dalej. Innym interesującym zdarzeniem było spotkanie dziewczyny, ewidentnie nie Koreanka. Normalnie człowiek by koło człowieka po prostu przeszedł, ale ze względu na pobyt w Azji, przywitaliśmy się. Ciekawe i pozytywne zachowanie.

Dalej już tylko poszedłem do południowo-zachodniej baszty, gdzie teoretycznie nikogo nie było. Nie wiem czemu nikt tam nie chciał iść, bo widoki były wspaniałe. Pomijam to, że jak robiłem zdjęcia i nagrywałem film to chyba przez przypadek obudziłem emerytów, którzy drzemali sobie w strażnicy. Ogólnie trzeba było miejscami uważać, bo tu nagle ludzie pojawiali się zza krzaków – emeryci znajdywali sobie zacienione miejsca i tam sobie przesiadywali upalne okresy dnia.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o zwiedzanie południowej części fortecy. Niestety nie czułem się najlepiej co bezpośrednio przełożyło się na to, że wróciłem wcześniej niż powinienem z tej wyprawy. Ale spokojnie, jak ogarnę komunikację miejską to jeszcze tam wrócę – zobaczę północną część. Czyli pewnie w następny weekend o ile pogoda dopisze i nie będzie lało. Bo pieszo to już tam nie pójdę…

W drodze powrotnej przeszedłem koło sklepu rybnego. Ryby radośnie leżały sobie w lodzie na słońcu, na którym ja prawie, że ducha wyzionąłem. Całość widać na ostatnim zdjęciu (ryby, nie mnie zionącego swoim duchem). Ceny nie tak straszne, owoce są dużo droższe (arbuz sztuka za 60 zł ?!?!?!).

Advertisements

~ by drzejan on August 18, 2013.

5 Responses to “Suwon – pałac królewski”

  1. to jest takie zabawne w Azji: niby-średnioweczna katedra jakich w Europie miljon szejset, ale podbita o jakieś 5 lvl.
    ale ciekawe, ile zamuje wjazd windą na samą górę takiej termitiery. i w ogóle ile jest wind w jednej.

    • Podbite o 5 poziomów, ale co najważniejsze – świeci w nocy 😉

      Z tego co sprawdzałem jak lokalnie działają windy to wjazd może trwać z 30-40 sekund. Chociaż nie wjeżdżam na 30 piętro, tylko na 23. A wind jest tyle co klatek schodowych – czyli w tych krótkich termitierach zaledwie dwie. Czyli trzeba się solidnie nastać co by zjechać na dół z samej góry.

  2. Musiało być wykańczająco o_O Ja męczę się tu, a tam to pewnie nie da się oddychać.
    Liczę, że jednak poznasz tamtejszy zbiorkom i będziesz mógł poszaleć zwiedzająco ^_^

    • Jak pisałem – w Polsce czegoś takiego nie miałem okazji odczuć. Wrażenie jakby człowiek wszedł pod wielką suszarkę.

      A to czy pozwiedzam to inna historia 😉

  3. […] się do centrum. Nie będę się rozpisywał więcej o tym, ponieważ już to zrobiłem. Dwa razy (pierwsze starcie i dogrywka […]

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: