Dzień drugi – zdobywamy Paryż w mniej niż 4h

Wiem, tytuł notki jest prowokacyjny. I tak miało być w zamyśle. Dlaczego? Ponieważ będąc w jakimś miejscu, wiedząc że jest dużo zabytków i praktycznie nie będzie się w stanie nic zwiedzić w 100% z mocą demokracji doszedłem z kolegą do wniosku, że musimy sobie jakoś sensownie z tym poradzić. I tak powstał plan zjeżdżenia wszystkiego za pomocą metra. Nie wchodziliśmy do muzeów, gdyż zajęło by to za dużo czasu, nie zobaczylibyśmy wszystkiego zaś i tak pewnie większość byśmy zapomnieli.

przerwa techniczna

Zatem – podjeżdżaliśmy do danej atrakcji, oglądaliśmy zazwyczaj z pewnej odległości (tu się pojawia problem związany Łukiem Triumfalnym, który opiszę dalej). Całość zwieńczyła sesja zdjęciowa i lecieliśmy dalej. W tym miejscu muszę podkreślić, że konferencja trwała do mniej więcej w pół do 5. Do tego trzeba doliczyć czas potrzebny na dotarcie i ogarnięcie się w hotelu by w końcu uzyskać godzinę o której wybyliśmy zwiedzać.

Jak już wcześniej napisałem – pojechaliśmy najpierw na zachód w stronę Łuku Triumfalnego. Czemu akurat tam? Bo linia metra spod naszego hotelu dojeżdżała tam i była to jej ostatnia stacja. Zatem zapakowaliśmy się, przetrwaliśmy tłum i pilnowaliśmy się by nasze przedmioty nie uległy przeniesieniu praw własności na osoby trzecie. A byłem ostrzegany przed tym kilkukrotnie. Na szczęście nic się nie wydarzyło, chociaż typki w metrze nie wyglądały na przykłady praworządności (głównie arabscy imigranci, którzy zupełnie się nie integrowali ze społeczeństwem francuskim).

Dobra, Łuk Triumfalny. Wylądowaliśmy koło ronda dookoła tego zabytku. Pełno autokarów i jeszcze więcej turystów z różnych stron świata. W tym i z Polski – zatem trzeba było powstrzymywać mowę 😉 Obfotografowaliśmy całość z odległości po czym chcieliśmy podejść do niego. Zeszliśmy grzecznie w podziemia i skierowaliśmy się ku centralnej części placu. W tym momencie coś mi już nie pasowało. Jak zobaczyłem kolejkę to już wiedziałem. Zatem, by obejrzeć Łuk z bliska trzeba było zapłacić. Skromne 10€, coś co ja widziałem z 20 metrów – zaś będąc w środku bym nie ogarną całości.

Z kolegą doszliśmy do wniosku, że mamy ten element atrakcji za sobą. Nie będziemy płacić takiej kwoty, za popatrzenie z bliska na ten zabytek. Udaliśmy się dalej, na wschód metrem.

W poprzedniej notce wspominałem o kreatywnym podejściu do zwiedzania. Że albo się coś odkryje, albo znajdzie przypadkiem – niekoniecznie zaplanuje z góry. I tak było z następnym punktem atrakcji. Jechaliśmy metrem, ja spojrzałem na rozpiskę stacji i zobaczyłem, że przy jednej (na której nie planowaliśmy wysiadać) widnieje podpis w stylu ‘grande palace’. Myślę – może będzie co tam zobaczyć. Pytam się kolegi czy atakujemy – poszło zielone światło. Metro zatrzymuje się na tej stacji i głos odczytuję nazwę. Chwila refleksji, dłuższa chwila refleksji. Wysiedliśmy na stacji przy polach elizejskich 😀

Oczywiście całość obfotografowaliśmy, przynajmniej na tyle na ile się dało. Bo w tym miejscu muszę wspomnieć, że pogoda się załamała. O ile dzień wcześniej było pięknie i słonecznie tak drugiego dnia lało i było chłodno. Zatem staraliśmy się nie zmoknąć, obejrzeliśmy pałace (z zewnątrz, a jak). Weszliśmy do obszaru opisanego jako Pola Elizejskie i wycofaliśmy się do metra.

Zdaję sobie sprawę, że wielu by się załamało naszym podejściem. I nie dziwię się – ale czasu było nie wiele, bilety są za drogie a do tego byliśmy zmęczeni. Dlatego też, jak ktoś ma słabsze nerwy to niech pominie następny akapit :>

Następnym postojem, który mieliśmy w planie był Luwr. I tak wydostaliśmy się z metra do jakiegoś pasażu handlowego – w większości zamkniętego. Co ciekawe był tam Apple Store, ale to taki detal. Wyszliśmy na powierzchnię i stanęliśmy na wprost do wejścia do Luwru. Zrobiliśmy zdjęcia, podeszliśmy do tej szklanej piramidy i to by było na tyle. Nie wchodziliśmy do środka bo cena biletu pewnie by nas zdziwiła (patrząc po Łuku pewnie sporo, chociaż po weryfikacji z internetem to by było około 15€). Zatem, tajemniczo uśmiechająca się słynna Pani w Luwrze – może innym razem staniemy oko w oko. A tak to kolejny kompleks pałacowy, nic nowego 😉

Kolejnym elementem na liście do odhaczenia była Katedra Notre Dame. Przeszliśmy się na nogach z Luwru w stronę tej atrakcji, bo mieliśmy mały problem z ogarnięciem gdzie jest metro. I co znaleźliśmy na miejscu? Kościół, a konkretniej katedrę która nie wydała się tak olbrzymia. Na dodatek pamiętam z różnych bajek (tak Disney, twój twór mam głównie w pamięci), że katedra była gdzieś w mieście. A tu guzik, stoi na wyspie i woda z jednej strony opływa. Oczywiście była obowiązkowa sesja zdjęciowa, zarówno samej budowli, nas z budowlą jak i gargulców stojących na wieżach.

Co ciekawe, katedra była jedyną trakcja za którą nie trzeba było zapłacić. Problem w tym, że albo byliśmy za późno albo zaczęła się msza przez co nie udało się wejść i zwiedzić wnętrza. Ale zdjęcia mamy 😀

Natomiast będę pamiętał z katedry jedno – jeszcze mocniej lało :/

Jako, że pogoda się psuła i kończyły się nam atrakcje do zobaczenia musieliśmy podjąć decyzję co dalej – czy wracamy do hotelu i idziemy spać? Czy może udamy się w rejony Bastylii i spróbujemy ją na nowo zdobyć? Lub też, będąc już w Paryżu udamy się na cmentarz na którym pochowany jest Chopin?

Problem z Bastylią polega na tym, że chyba jej już nie ma. To znaczy jest plac, na którym niegdyś stał ten zamek/barbakan. Miałem chwilę by sprawdzić to w sieci. Ogólnie było to niepewne więc pomysł padł.

Powrót do hotelu też nie wchodził jeszcze w grę, chociaż byłem już cały mokry i było chłodno. To był nasz ostatni wieczór w Paryżu.

Zatem postanowiliśmy udać się na cmentarz. Wiedzieliśmy gdzie to, znaliśmy linie, którymi mieliśmy dojechać. Wystarczyło tylko dobrze wsiąść, raz się przesiąść i już. Nie… Pierwszym problemem było znalezienie stacji metra. Jakiejkolwiek w pobliżu katedry Notre Dame. Z pomocą przyszła nam kolej regionalna (RER) z dokładną mapą bo to co dają z biletami to niewiele nam mówiło. Udało się, jechaliśmy na północ, do punktu przerzutowego na inną linię metra.

Profilaktycznie pochrzaniły nam się stacje i wysiedliśmy o jedną za daleko. Zatem wróciliśmy się, by na miejscu okazało się, iż linia prowadząca wprost na cmentarz (do niej mieliśmy się przesiąść) nie zatrzymywała się na tej konkretnej stacji. Wszystko przez remonty. W tym momencie nastała konsternacja i dalsza refleksja przed wielką mapą – co robimy.

Jedziemy dalej! Pojechaliśmy gdzieś daleko na północ, przesiedliśmy się z podziemnej stacji na napowietrzną i polecieliśmy na południowy wschód. Minęliśmy Stalingrad (wcześniej przejechaliśmy przez stację opisaną jako Sewastopol) i w końcu dotarliśmy do murów celu naszej podróży.

Cmentarza na którym spoczywa Fryderyk Chopin.

Czułem w kościach, że coś będzie nie tak. Pewnie dlatego, że sprawdziłem godzinę – była 20. Małe szanse, by cmentarz był jeszcze otwarty. I tak w rzeczy samej było a raczej nie było. Wszystko pozamykane, ale my – jako twardzi podróżnicy – postanowiliśmy uwiecznić fakt, że próbowaliśmy. I tak mam zdjęcie bramy wejściowej na cmentarz.

Zatem sporo kilometrów nabiliśmy, było fajnie. Dalej już tylko powrót do hotelu i odpoczynek.

A jak o odpoczynku mowa. Odpoczynek często wiąże się z jedzeniem. W tym miejscu powinno pojawić się hasło ‘śniadanie w hotelu’. Trzy rogaliki z ciasta francuskiego, masełko, dżemik, kawałek bagietki, sok z pomarańczy i herbata. I ja miałem się najeść z rana czymś takim? To by się nadawało jako preludium do śniadania. Największa tragedia to była cena takiego zestawu (my mieliśmy ‘na szczęście’ w cenie). Słowem, żywność jest tam piekielnie droga :/

I tak mniej więcej skończył się ostatni dzień pobytu w Paryżu. Wiem jak poruszać się po tym mieście, co ważniejsze zabytki widziałem z zewnątrz. Wiem również, że w przyszłości trzeba wziąć swoje jedzenie na podróż…

Ale i tak fajnie było zobaczyć to wszystko 🙂

Uwaga techniczna – wszystkie notki związane z wyjazdem do Paryża są uporządkowane i przypisane do osobnej kategorii (Paryż – EuroLLVM 2013). Tak samo jest z wyjazdem do Korei (Korea – Suwon 2013). Piszę o tym ponieważ nie mam za bardzo ochoty wklejać ‘spisu treści’ każdego wyjazdu do każdej z notek.

Uwaga nr 2 – dodałem zdjęcia do poprzedniej notki dotyczącej wyjazdu do Paryża (link).

Advertisements

~ by drzejan on May 3, 2013.

2 Responses to “Dzień drugi – zdobywamy Paryż w mniej niż 4h”

  1. 4h wcale nie krótko, raczej taki standard amerykańskich wycieczek pt. “Europa w tydzień”.

    • 4h wyszło w sumie dlatego, że zaplątaliśmy się w paryskiej komunikacji. Zaś szczerze powiedziawszy, niewiele bym wyniósł z np. Luwru gdybym miał tam spędzić te 2-3h.

      A tak rekonesans zrobiony, w przyszłości, jakbym przez przypadek trafił do Paryża, to będę wiedział mniej więcej co gdzie jest 🙂

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: