22 godziny w domu

Jak widać wróciłem z Korei po dość długim i męczącym tygodniu pracy. Jednak co to dla mnie, skoro zaraz po powrocie rozpoczęła się kolejna podróż.

przerwa techniczna

A zatem spędziłem tytułowe 22 godziny w domu po czym wyruszyłem dalej. Tym razem jest bliżej niż do Korei i jest na dodatek w tej samej strefie czasowej. Mianowicie – wybyłem w kierunku Paryża.

Po ostatniej podróży mam mieszane uczucia co do Katarskich linii lotniczych. Jednak to nic w porównaniu do tego co odczuwam po przelocie tego krótkiego odcinak między Warszawą a Paryżem samolotem Air France. Nie dość, że śniadanie w ich wykonaniu to by rogalik (suchy) to jeszcze nie mieli soków. Jedynie herbata, kawa i woda mineralna. To nie jest to co Andrzej lubi >_>

Wylądowałem z kolegą na lotnisku Charles De Gaulle, które uważane jest wśród znanych mi osób za jedne z najmniej przyjemnych dla pasażera. I coś w tym jest ponieważ miałem nie miałem problemy ze zrozumieniem znaków kierujących do stacji kolejki regionalnej (RER, linia B). Co gorsza na miejscu okazało się, iż kolejka do kas była gigantyczna, ale tu do akcji weszły służby i zaczęli przekierowywać ludzi do innego punktu w lotnisku. I tak przeszliśmy z terminala 2f do terminala 3 gdzie w końcu udało się kupić odpowiednie bilety.

Tym razem moja karta nie odmówiła posłuszeństwa i udało mi się za wszystko zapłacić kawałkiem plastiku. Jest to dużo bardziej pozytywne niż to co miało miejsce w Incheon…

Dalej już było tylko dojechanie kolejką podmiejską do centrum miasta i przedostanie się do hotelu. I co najciekawsze, jadąc do celu przyglądałem się okolicy. Nasunął mi się jeden prosty wniosek – wygląda dokładnie tak samo jak u naszego rodzimego przewoźnika. Opuszczone wagony, porzucone boczne tory oraz ogólnie wyglądało jak rozkład w pełnej formie. Z kolegą doszliśmy do wniosku, że gdyby nie język to byłoby jak u nas w domu. Tego typu stwierdzenia jak się później okazało to dość często padały podczas tego wyjazdu.

Co się rzuca w oczy – lokalni ignorują światła i chodzą jak chcą. Jest zielone – idzie, jest czerwone – też idzie. Może jak jest czerwone i coś jedzie to na chwile powstrzymują się. Dla mnie jest to dziwne.

Warto by też dorzucić parę słów o tym jak wygląda sprawa hotelu. Powiedzmy, że jestem przyzwyczajony do jako takich warunków – najważniejsze by była toalety i łazienka, internet, sejf i uchwyt by przypiąć linką laptopa. W tym wypadku był sejf w którym mój netbook mieścił się w całości. To co było nie tak tym razem? Wielkość pokoju. Bo jak stoję na środku pokoju, rozciągam ręce i dotykam przeciwległych ścian to ewidentnie coś jest nie tak.

Natomiast jak fajnie poznaje się nieznane obszary? Odpowiedź jest prosta – losowo/przypadkowo. Po pierwszym dniu konferencji wracaliśmy do hotelu na nogach (około 15-20 min spaceru). Po drodze mijaliśmy park, który widzieliśmy gdzieś tam z oddali. Zaproponowałem byśmy podeszli, bo drzewa są fajnie przycięte. No to podeszliśmy. Tam też była ciekawa fontanna i zdecydowaliśmy się podążać wzdłuż alejek parku. W oddali pojawił się jakiś dziwny budynek. Mieliśmy chwilę więc poszliśmy w jego stronę. Od dla poprawienia humoru rzuciłem, że pewnie tak dojdziemy do parlamentu i co jest najciekawsze to to, że okazało się, iż to nie był parlament. Tylko senat. Niewiele się pomyliłem. Sporo zdjęć zrobiliśmy po drodze. Miałem deficyt po ostatnim wyjeździe 😉

Wracając z powrotem też szliśmy dziwną trasą przez co poobserwowaliśmy zaciszne fragmenty Paryskiej starówki. Ciekawie to wyszło, zwłaszcza, że później postanowiliśmy pójść w stronę pewnej znanej metalowej konstrukcji z wierzą w nazwie. Niby prosta droga od hotelu, ale jakimś cudem zeszliśmy z niej i zwiedziliśmy kilka istotnych punktów miasta. Miejsc, których pewnie bym nie odwiedził gdybym planował – głównie ze względu na brak wolnego czasu.

Trzeba jednak przyznać, że łażenie po mieście, choć jest interesujące i zdrowe, uwzględniając jeszcze poranny lot, nie mogło się skończyć inaczej jak tylko wykorzystaniem rozbudowanej infrastruktury paryskiego metra. Dużo tego i dobrze rozłożone po mieście. Jedyne co mnie dziwi to to, że ich metro nie jeździ tak jak normalna kolej – metalowe szyny i metalowe koła. Tu metro jeździ na innych kołach. Gumowych jak w tirach.

Przy okazji wyszła ciekawa rzecz, bo dyskutowałem na ten temat z kolegą i zastanawialiśmy się jakie plusy ma aktualne rozwiązania z gumowymi kołami i czemu nie wybrano klasycznego podejście z metalem. Poszło o bezpieczeństwo – teoretycznie jak stalowe koło na stalowych szynach przejedzie przez ciało to będą dwa ciała – gumowe zmiażdży, ale wciąż będzie jedno ciało. Podczas argumentacji użyłem słowa gilotyna. Zdziwienie ludzi dookoła, że obcokrajowcy użyli takiego słowa – bezcenne. Słowo tabu?

Co jest pozytywne – mogę robić zdjęcia. I jest ich sporo 😀 Powinny się jakieś znaleźć pod tym wpisem (prędzej czy później).

Advertisements

~ by drzejan on May 1, 2013.

One Response to “22 godziny w domu”

  1. […] Uwaga nr 2 – dodałem zdjęcia do poprzedniej notki dotyczącej wyjazdu do Paryża (link). […]

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: