I pięć dni minęło…

Ten wyjazd był swego rodzaju zaskoczeniem – ot dostałem propozycję, zdecydowałem się i pojechałem. Szkoda tylko, że te pięć pełnych dni w Korei było pomiędzy poniedziałkiem a piątkiem więc praktycznie nic nie widziałem oprócz drogi do pracy i później do hotelu.

przerwa techniczna

Chociaż udało mi się mimo wszystko coś zobaczyć. Pierwszego dnia poszedłem na nogach do biura i widziałem żyjące miasto, o czym już pisałem. W środę zaś, jak udało mi się wyrwać nieco wcześniej (około 17.00), to inaczej się nie dało jak tylko wziąć ze sobą aparat i pójść w miasto. Niestety miałem ograniczony czas na sesję – głównie ze względu na późną porę i powiedzmy sobie to wprost – sprzęt, który miałem do dyspozycji nie nadaje się do robienia zdjęć wieczorem/w nocy. Miałem mało czasu i wiedziałem, że niestety nie zdążę dojść do jednego fajnego miejsca. A była nim okolica dookoła potoku obsadzonego z obydwu stron wiśniami. Kwitnącymi wiśniami. Ważne, że widziałem to na własne oczy i to się liczy lub przynajmniej tak próbuję sobie to tłumaczyć…

Oznacza to jedno – jakieś zdjęcia z pobytu mam.

W między czasie trafiła mi się okazja uczestniczenia w czymś co moglibyśmy nazwać imprezą integracyjną. Zdaje sobie sprawę z tego, że jak ktoś słyszy określenie ‘impreza integracyjna’ to w głowie widzi obraz pola bitwy spływającego alkoholem. A jak jeszcze połączy się to z Koreą – to już w grę wchodzą te niemalże mityczne zakrapiane imprezy.

Ale tu pojawia się pierwsze zaskoczenie. Poszliśmy na klasyczny koreański grill (korean barbecue jak tłumaczyli mi koledzy). Ciekawa sprawa, lokal w sumie był niewielki. Było kilka stołów, dość niskich i w pierwszej chwili myślałem, że trzeba będzie siedzieć na podłodze – tak dosłownie. Na szczęście pod spodem były zagłębienia przez co siedziało się tak jakby na ławkach dookoła stołu. Ot po prostu nieco niżej. Jedna uwaga na wejściu – jako, że był to klasyczny lokal to trzeba było w przedsionku zostawić buty.

Jak wyglądał grill? Na środku stołu była dmuchawa i na niej stało palenisko z ładnie zwęglonymi kawałkami drewna. Powyżej znajdował się wyciąg służący zarówno, co oczywiste, odciąganiu dymu ale też widziałem jak był wykorzystywany do czyszczenia paleniska. Sprytna sprawa 😀

Co rzuciło mi się w oczy to to, że u nas jak jest robiony grill to zawsze szuka się tego przysłowiowego frajera co będzie pilnował żaru oraz tych smętnych resztek zwierząt na ruszcie by nie spaliły się za mocno. W razie przypalenia od razu wiadomo czyja to wina. Tam zaś było o tyle ciekawie, że osoba, która zajmowała się grillem była mistrz ceremonii. Nakładała nowe kawałki mięsa, doglądała ich i w odpowiednim momencie kroiła wielkimi nożycami na mniejsze kawałki, kawałki które spokojnie można było złapać pałeczkami. Ogólnie tego typu nożyce dość często pojawiały się przy okazji posiłków. Jak raz wziąłem na obiad ‘zupę z zimnym makaronem’ to też musiałem go sobie pociąć bo bym nie dał rady wciągnąć całych nitek. Makaron był gryczany i był… pyszny 😀 Dziwne było tylko to, że w zupie pływały mi kawałki lodu.

Wracając jednak do grilla. Jak już mięso się upiekło to można było złapać pałeczkami, zamoczyć w sosie paprykowym i od razu zjeść. Inną i ciekawszą według mnie opcją było zrobienie czegoś na podobieństwo kanapki tyle że nie z pieczywa lecz z liścia sałaty, marynowanej rzepy, zdrowej ilości kimchi (pycha~~) oraz mięsa. Całość zwijało się i jadło. To była kwestia jedzenia.

Co do picia to gorzej dla mnie – z zasady nie pijam. Ale jak mi nalewają soju z piwem (mocne było, ale aromatem a nie procentami) to trudno było odmówić. Tak samo było później, jak kolega, który spędził w tamtym roku kilka miesięcy z nami w Polsce, wyciągnął nalewkę z orzechów laskowych pewnej polskiej marki. Na szczęście dostałem już tylko opary z butelki – miało to fajny smak, ale tych 36% to ja nie czułem. Za to reakcja osób przybyłych na imprezę na tak mocny trunek była niezła. Powąchali (ładnie pachniało), wzięli łyk i było po sprawie. Więcej nie dotknęli, tylko pokasływali i mieli łzy w oczach.

Inny fajny patentem było to, że jak usiedliśmy na początku to po jakimś czasie dochodziło do rotacji miejsc. W ten sposób wszyscy mogli porozmawiać ze sobą. Ciekawa koncepcja. Oczywiście jako, że byłem ciałem obcym to wolałem się nie ruszać by nie sprawiać problemów innym. Nie ma co ukrywać, że Koreańczycy wstydzą się mówić po angielsku mimo, iż całkiem nieźle mówią.

I tak mniej więcej minął mi wieczór. Fajnie było, pogadałem nieco z siedzącymi dookoła mnie ludźmi zaś jedzenie jak dla mnie to dokładnie 10/10.

Jak mówiłem, pięć dni minęło i czas wracać do domu. Jedyna rzecz, która mnie przeraża to fakt, że będę podróżował przez około 26h. Liczę od drzwi hotelu Landmark w Suwonie do wjechania na Łódź Kaliską. Chociaż i to pewnie się nie uda, zaś podróż potrwa dłużej.

Co ciekawe. Tą notkę piszę siedząc na lotnisku w Doha w Katarze. Jedno muszę stwierdzić, lepiej się nie przyznawać do tego, że jest się Polakiem bo jednak rodacy za granicą zachowują się tak, że można jedynie się wstydzić :/

Poniżej znajdują się zdjęcia.

Advertisements

~ by drzejan on April 27, 2013.

2 Responses to “I pięć dni minęło…”

  1. po gościnnych występach w cyberpunkowym świecie witamy z powrotem w post-apo!
    ale jednak to miło, że są miejsca na świecie, gdzie uczestniczenie w imprezie pod nazwą “gryl” nie musi się wiązać z traumą.

    • Traumy nie miałem tam na miejscu. W Polsce też mi się nie zdarzało podczas tego typu aktywności jakim jest grillowanie na świeżym powietrzu.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: