Stany – dzień drugi

Po dość mocnym początku, czyli wyjściem na miasto zaraz po przybyciu na miejsce oraz wybycie na cały dzień drugiego dnia pobytu zdecydowaliśmy się na zaoszczędzić nieco siły. Na dodatek wciąż słabo czułem się po tym hamburgerze…

przerwa techniczna

Zatem spokojnie wstaliśmy, zjedliśmy ‘śniadanie’ i rozeszliśmy się do swoich pokojów. Trzeba było wypocząć. Ja na spokojnie odpaliłem sobie Torchlighte’a (trudno się gra bez myszki, ale da się :D), posiedziałem w sieci i zrobiłem redakcje poprzednich notek. Słowem, odpoczywałem przed komputerem ;).

Dzisiaj (tj. sobota 10.11.2012) rozpoczęło się wydawanie kart na konferencję. Jako, że akcja zaczynała się od 12 to profilaktycznie przyjechaliśmy na miejsce o 13. Jedno muszę przyznać – kompleks konferencyjny jest olbrzymi. Nie miałem jeszcze okazji widzieć tak dużych powierzchni wystawowych. No i mieli szybką sieć bezprzewodową. Bardzo szybką. Postaram się później dorzucić zdjęcia z kompleksu tego centrum konferencyjnego, ale i tak nie ma możliwości by te zdjęcia oddały jego ogrom.

Mając już wejściówki i po dość słaby śniadaniu (przynajmniej inni tak mówili, jap po swoich trzech zupach mlecznych byłem najedzony) poszliśmy szukać jakiejś knajpy. W tym miejscu należy zaznaczyć, że mapy jednej firmy owocowej, nie od okularów, nie działają tak rewelacyjnie. W rzeczywistości działają dość tragicznie przez co mieliśmy spore problemy już pierwszego dnia. Bo jak można nazwać to, że przeszliśmy 4 razy koło jednego lokalu inaczej niż jak problemem.

I tak krążyliśmy dookoła, aż daliśmy sobie spokój i poszliśmy do California Pizza, która wyglądała całkiem w porządku. Oczywiście wybrałem pizzę, która później okazała się być najsłabszą z tych, które zamówiliśmy. Ale to takie moje szczęście. Za to prawdziwa amerykańska lemoniada była całkiem niezła. Najpierw poczułem nieco słodyczy po czym kwas pochodzący prosto z wyciśniętych cytryn wykrzywił mi twarz. Lub jakiś czas wcześniej wyciśniętych. Jedyne co zepsuło postrzeganie tego lokalu było to, że obsługa dość szybko chciała się nas pozbyć – niby gadka szmatka, jak się macie, czy coś chcecie więcej. Jak powiedzieliśmy, że nie, to od razu rachunek i do widzenia. Średnio.

Po odhaczeniu tego miejsca udaliśmy się w poszukiwaniu sklepu z alkoholami. Tak chciała demokratyczna większość. I tak szliśmy, a śnieg wciąż padał. Ale twardo szliśmy, cel był prosty i próbowaliśmy go zrealizować. W końcu dotarliśmy do stanowego sklepu z alkoholem, gdzie koledzy kupili poszukiwane trunki. Lokalne piwa.

Dalej było już tylko szukanie taksówki i powrót do hotelu. Na miejscu koledzy spróbowali tego co nabyli, po czym wylali zawartość butelek tuż po opróżnieniu szyjek w tych butelkach. Jako, że się nie znam na piwach, mogę powiedzieć, że pachniały dość intrygująco – a to jak płyn do prania, a to jak mydło czy też jak wędzonka (to wersja kolegi). Ciekawe, nie?

Zatem, na sam koniec – nic ciekawego się nie działo.

Advertisements

~ by drzejan on November 12, 2012.

 
%d bloggers like this: