Stany – dzień pierwszy

Pobudka była dość drastyczna, bo już o 4 czasu lokalnego (12 czasu polskiego). Dookoła było ciemno, za oknem zaś jeździły samochody po autostradzie. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że jeździły wyjątkowo głośno. Padał śnieg. Nie fajnie.

przerwa techniczna

O dziwo, około 8 czasu lokalnego zgadałem się z kolegami odnośnie wspólnego wyjścia na śniadanie. To co zastaliśmy w bufecie delikatnie mówiąc nieco nas rozczarowało. Jajecznica, tosty, bekon, jakieś placki (chyba) oraz płatki kukurydziane oraz mleko w dwóch wariantach – z zredukowaną ilością tłuszczu oraz całkowicie beztłuszczowe. Zatem posiłek raczej mało treściwy i najpewniej od następnego dnia przejdę zupełnie na zupy mleczne, ale o tym napiszę za chwilę.

Jako, że mamy nieco czasu na przestawienie zegarów biologicznych – mieliśmy wolny dzień. Zatem trzeba wyskoczyć na zakupy do miasta. Zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy zwiedzać BestBuy. Na miejsce zawiózł nas Słowak, którego dość przyjemnie się słuchało jak opowiadał o życiu w Stanach. W samym sklepie, jak się okazało, nie było nic ciekawego dla mnie. A szukałem w sumie jednej ważnej rzeczy. Jadąc na ten wyjazd, nauczony tym co widziałem w Pekinie i później w Sharm el Sheik, założyłem że w pokoju będzie co najmniej jedno gniazdko zgodne z wtyczkami z Polski. Było to błędne założenie – na szczęście kolega wziął jedną taką przejściówkę i w ten sposób w ogóle jestem w stanie cokolwiek robić z laptopem.

Przechodząc się po mieście doszedłem z kolegami do wniosku, że w Stanach, w tym mieście, chodniki są najwidoczniej zbędne bo przy bardzo szerokich ulicach po prostu ich nie było. Wszyscy najwyraźniej poruszają się samochodami i praktycznie wszystko było przygotowane dla zmotoryzowanych. Na przykład restauracje, co jest oczywiste, czy też banki (to jest już mniej oczywiste) i nawet bankomaty. Bardzo dziwne.

Po drodze zaszliśmy do restauracji w której zamówiliśmy sobie jedzenie – zestaw hamburgerów. I jedno musze przyznać. To co wybrałem najwidoczniej mnie pokonało gdyż nie byłem w stanie już nic więcej włożyć do końca dnia. Chociaż może to i lepiej. W każdym razie posiedzieliśmy nieco i pogadaliśmy o pierdołach. Analogicznie było w następnym punkcie, w którym zatrzymaliśmy się na dłuższy postój – StarBucks ze względu na potencjalny dostęp do lepszego łącza niż w hotelu. Ponownie było to złe założenie. Połączenie nie było lepsze.

Jak już krążyliśmy to nie można było nie spróbować dotrzeć do miejsca, w którym odbędzie się konferencja. Duży teren i duży budynek – z rozmachem. Podobnie wyglądały dwa centra handlowe do których zajrzeliśmy i w których popatrzyłem za ciuchami. Ceny mnie nie powaliły na kolana, ale możliwe, że było to związane z tym, iż były to sklepy w samym centrum miasta stanowego.

Co dalej? Przejście się do knajpy, by tam posiedzieć i pogadać. Padło na miejsce, w którym ponoć warzone jest piwo. Koledzy pili, ja sobie siedziałem i popijałem wodę. Nie byłem nawet zainteresowany jedzeniem pizzy, głównie ze względu na ciążący w żołądku kawałek mięsa wcześniej znany jako hamburger. Ale trzeba być twardym i to przecierpieć. Ostatecznie to nie ja wymiękłem tylko jeden kolega padł ze zmęczenia i musieliśmy wrócić do hotelu taksówką. Taksówkach był Meksykaninem i po drodze opowiadał różne kawały. Słowem, było śmiesznie.

Uwaga na koniec: jedzenie jako taki jest dość drogie w Stanach – przynajmniej dla mnie. Inni uważają inaczej. Widać jestem dobrym poznaniakiem 😉

A śnieg dalej pada i to pomimo tego, że jest dodatnia temperatura. Ciekawe.

Advertisements

~ by drzejan on November 11, 2012.

 
%d bloggers like this: