Kolejną wyprawę czas zacząć – dzień zerowy

Tak to czasem bywa, że nie ma innego wyjścia jak tylko przystać na złożoną ofertę. Tak też zrobiłem gdy dowiedziałem się o możliwości kolejnego wyjazdu służbowego – ponownie na konferencję. Tym razem jednak cel zwiedzania, choć znajdujący się w dobrym kierunek, jest ze zwrotem z goła odmienny od tego wskazującego na Chiny. Zatem szykował się przede mną wyjazd do Stanów.

przerwa techniczna

O tym jak wyglądało załatwianie wiz nie będę pisał – poszło gładko i bez problemów. Natomiast warto wspomnieć o jednej rzeczy, związanej już z wyjazdem. Przelot. Docelowe miasto nie do końca jest celem podróży turystów/obywateli Polski dlatego też musiałem lecieć przez dwa pośrednie porty lotnicze. Oznacza to ni mniej ni więcej trzy przeloty. I tak najpierw z Warszawy do Frankfurtu. Później z Frankfurtu do Denver by dalej z Denver do miasta docelowego. Dwa pierwsze loty obsługiwała Lufthansa, ostatni obsłużył lokalny przewoźnik.

Dzień wylotu zaczął się nieźle. W taksówce usłyszałem wiele ciekawych rzeczy o sondach do samochodów jednej z francuskich marek oraz tym jak bardzo owe pojazdy się psują. Ale i tak było dobrze, bo mój kupon z firmy na przejazd taksówką zadziałał. Jednemu z kolegów (a pojechało nas trzech) niestety nie chciał zadziałać. Nie mogło być jednak za dobrze. Okazało się na miejscu, że do odlotów z Lufthansy trzeba się najpierw samodzielnie z-check-in-ować (wygląda to paskudnie, ale wiadomo o co chodzi). No to hurra poszliśmy to załatwiać. Najpierw nie chciało mi odczytać danych z paszportu. Jak już z tym zawalczyłem, to pojawiły się jakieś dziwne okna. Wybrałem sobie miejsca na pierwsze dwa loty po czym pojawiło się ostatnie pytanie. Były trzy odpowiedzi – mam już wizę, jadę dalej przez stany i chyba tranzyt międzynarodowy. Była 5.30 rano, ja nie myślałem zbyt trzeźwo (teoretycznie). Dlatego też wybrałem opcję numer dwa – wszak po wylądowaniu w Stanach będę leciał dalej wewnętrznie po kraju. Koledzy wybrali opcję numer jeden. Oni dostali trzy bilety – ja dwa. Nie rozumiem czemu tak się stało, ale bagaż ode mnie przyjęli i to nawet z zaznaczeniem, że ma lecieć do docelowego miasta. Tyle tylko uprzejmy pan powiedział mi, że musze skombinować kartę pokładową na ostatni lot, jeśli nie zrobiłem tego wcześniej. Nie dało się już tego naprawić. Zatem stres – czy wyląduje w Stanach i będę miał jakieś trudności? Pan powiedział, że mogę załatwić to w Frankfurcie, najpóźniej w Denver. Ok – trzeba iść dalej, chociaż nie najlepiej to wyglądało.

Jak zawsze na bramkach bezpieczeństwa odbyła się standardowa dla mnie scena – niczym z komedii, gdzie zawodnik na bramce wyciąga pełno ekwipunku. Miałem tak samo. Ale co tam dla mnie, głowę miałem zaprzątniętą problemem z brakującą kartą pokładową i nie do końca pewną sytuację odnośnie tego co dalej stanie się ze mną w Denver.

Pierwszy lot był raczej spokojny, siedziałem od strony korytarza. Czyli wywiesiłem się przez barierkę i sobie wisiałem. Przynajmniej nogi mogłem wyciągnąć. Koledzy zaś, ambitnie, wzięli książki i o ile jeden całkiem sporo przeczytał, tak drugi odpadł z gry już po drugiej stronie prologu Władcy Pierścieni. Nie dziwię mu się. Co warto zaznaczyć – podczas lotu było jedzenie :D.

Frankfurt – bardzo duże lotnisko. Mniej więcej tak duże (jak dla mnie) jak międzynarodowe lotnisko w Pekinie. Żwawo zebraliśmy się, bo nie było za dużo czasu, wrzuciliśmy plecaki na plecy i polecieliśmy do najdalej wysuniętej bramki jaka tylko była możliwa. Tak długiego i prostego korytarza jeszcze nie widziałem. Dobrze, że były fragmenty z ruchomymi kładkami – przynajmniej można było szybciej poruszać się.

Na miejscu mieliśmy chwilę. Ja zaś dalej denerwując się odnośnie moich biletów– poszedłem do bramki. Uprzejmie zapytałem się miłych Niemek co ja właściwie mam ze sobą zrobić. Odpowiedź była prosta. Leć. W Denver dostaniesz kartę jak poprosisz. Jak widać wersje tego co mam zrobić już się różniły. Ale nie było innej opcji. Wsiałem i poleciałem.

Powtarzałem kolegom, że wyczerpałem zapas pecha na naszą podróż przez co oni będę mieli luz. Jak się jednak okazało – nie do końca była to prawda. Jeden kolega, od pierścieni i władców, trafił bardzo źle. Koło niego siedział wyjątkowo szeroki pan, który ewidentnie lubił mocną kawę oraz dużo papierosów. No i pocił się. I przy okazji zajmował 1/3 miejsca kolegi.

Nie chcę być nie uprzejmy, ale użycie dezodorantu czy też miętówek to nie problem, nie? Kolega ewidentnie był w bardzo niekomfortowej sytuacji. Co gorsza, jak się odsuwał, to ciąg powietrza dolatywał aż do mnie (siedziałem rząd wcześniej, po skosie od kolegi). Na szczęście dla niego po starcie przesiadł się. Wracając jednak do mnie i moich zapasów nieszczęścia. Mnie przypadło miejsce koło staruszki, obywatelki Stanów, która wzięła sobie za cel całej podróży siedzieć na fotelu tak by uprzykrzyć życie innym. A były trzy fotele, ja od strony przejścia, jeden chłopak od okna zaś staruszka na środku. Łokcie położyła na oparciach i siedziała szczęśliwa. I czy w tym wypadku można coś wywalczyć? Nie wydaje mi się, bo to starsza osoba itp. Tylko później męczyłem się z jedzeniem posiłków w jakiś dziwnych pozach. Na dodatek samolot był zoptymalizowany pod względem wykorzystania wolnej przestrzeni i ilości wstawionych foteli. Zatem nie było miejsca na nogi. Nie było własnych telewizorków (jak w Finnairze do Pekinu). Do tego jeszcze ta staruszka – sprawiała przez dłuższy czas wrażenie jakby w ogóle się nie ruszała. Na szczęście kilka dość gwałtownych ruchów łokciem (bo jak zwykle ludzie się o mnie opierają) wyrywało ją z tego dziwnego stanu i od razu wracała do na swoje miejsce. Wytrzymałem te 10 godzin lotu. Było trudno, ale się udało.

Co by nie było za dobrze to przed rozmową z urzędnikiem imigracyjnym i później urzędnikiem odpowiedzialnym za sprawy cła za bagaż, zaczęła mnie konkretnie boleć głowa. Zatem było mi dość obojętne to co mówiłem, byle iść do przodu i wreszcie dotrzeć do ostatniego samolotu. Jedno musze przyznać – lotnisko w Denver jest duże. Korytarze są szerokie i co ważne – pomiędzy terminalami jeździ kolejka. A biorąc pod uwagę to, że mieliśmy zaledwie dwie godziny na wszystko (ja miałem jeszcze sprawę karty pokładowej) to nie dysponowaliśmy za dużą ilością czasu.

Odnośnie karty pokładowej – po odebraniu bagażu koledzy mając już kartę na następny lot po prostu oddali bagaż. Ja zaś musiałem stanąć chwilę w kolejce. Ogólnie wszystko przeszło bez problemów – przed odprawą bezpieczeństwa wypiłem wodę, którą kupiłem jeszcze na Okęciu. Ja wypiłem, kolega zaś zostawił w plecaku przez co musiał chwilę dłużej poczekać i wytłumaczyć się czemu jej nie wypił przed skanowaniem. Ale i tak wszystko przeszło gładko, obsługa lotniska była uprzejma i co chwila żartowała. Było bardzo pozytywnie.

Wrócę jeszcze do odczuć po wylądowaniu w Stanach. Ale oni mają terenów – wszystko jest większe, widok za oknem terminala na lotnisku po prostu powalał. Praktycznie bezkresne połacie łąk porośniętych ładnie skoszoną trawą. Samochody oczywiście wielkie jak na nasze standardy.

Wracając jednak do podróży. Ostatni lot – lekkie opóźnienie, ale w końcu ruszyliśmy w samolocie z napędem śmigłowym. Za oknem rozpościerały się piękne widoki gór na których wciąż (lub już) leżał śnieg. Aż zachciało mi się pochodzenia po nich. Podróż przebiegła raczej bezproblemowo – możliwe, że zmęczenie dawało mi się już tak we znaki, że było mi po prostu wszystko obojętne. Wszak była to już moja 21 lub 22 godzina podróży.

W mieście docelowym zaś wszystko ponownie przeszło gładko – bagaże dotarły razem z nami. Pozostało jedynie dotrzeć do hotelu – oczywiście taksówką i to żółtą. Usiadłem z przodu i ku mojemu zaskoczeniu niemalże nie widziałem początku maski. Wielki samochód, sedan, w którym w bagażniku bez problemu zmieściły się nasze bagaże. Na miejscu zajęliśmy pokoje, w których brakowało niektórych udogodnień, ale ogólnie jest w porządku. Tylko tak jakoś wyszło, że jestem na zupełnie innym piętrze niż reszta.

Co dalej? Po ogarnięciu się poszliśmy na miasto. Udało mi się spróbować w nieco większych ilościach Dr Pepper (cóż, w końcu jest to napój szalonych naukowców, nie ? 😉 ) i po powrocie do hotelu położyć się spać.

Na koniec zaś, moje odczucia na miejscu. Wielkie samochody na szerokich drogach – nawet te mniej ważne ulice są szersze niż główne drogi w Polsce. Do tego tanie paliwo i tanie samochody. I nie ma się czemu dziwić, skoro przejście z jednego miejsca na drugie może zając dużo czasu ze względu na zupełnie inną skalę. Na mapie może wydawać się, że jest to krótka trasa, ale w rzeczywistości brutalnie to weryfikuje. Jedynie hamburgery wyglądały na raczej normalne jeśli chodzi o ich wielkość.

I jak pisałem – poszedłem spać po 31 godzinach na nogach. Jest dobrze, dotarłem gdzie miałem dotrzeć 😉

Advertisements

~ by drzejan on November 10, 2012.

One Response to “Kolejną wyprawę czas zacząć – dzień zerowy”

  1. -> “trzeba się najpierw samodzielnie z-check-in-ować”

    dokonać samodzielnej odprawy, samodzielnie dokonać odprawy…

    ale rozumiem problem językowy, co ta Mmmerica robi z człowiekiem 🙂

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: