Polcon 2012 – wrażenia ogólne

Ta notka powinna być pierwszą i jedyną notką z Polconu z tego roku. Jednak jak widać po blogu, nie udało się. Musiałem wykipieć bo nic tak nie boli jak wszyscy zwracają się do ciebie per ‘Pan/Pani’ i co gorsza, nie są to relacje zawodowe a i nie jest się jeszcze aż tak starym. No, dobiło mnie to.

przerwa techniczna

Zatem po bardzo długiej przerwie ponownie pojechałem na konwent. Ostatni na jakim byłem w tym roku był Pyrkon (Pyrkon, nie Prykon!). Tym razem ekipa nie była tak liczna bo w sumie jechało nas dwóch i dla odmiany nie pociągami tylko samochodem. Na wejściu wiedzieliśmy, że nie będzie gdzie spać tak też samochód stał się naszym miejscem noclegu. Muszę przyznać, że co jak co, ale Panda jest dość przestronna i dobrze nadaje się do spania.

Po tym przydługim wstępie do gęstego. Wyruszyliśmy z Łodzi w sobotę rano i na miejscu byliśmy po około 3.5h co jest sensownym wynikiem. Niestety na miejscu okazało się, że istnieje jedynie opcja zakupu wejściówki na sobotę i osobno na niedziele. Bez sensu bo wydaje mi się, że większość ludzi, pracujących normalnie, mimo wszystko chciałaby kupić wejściówkę na dwa ostatnie dni. Na moje nieszczęście godzina/dwie godziny po zakupie wejściówki na sobotę okazało się, że pełna akredytacja została przeceniona i kosztuje tyle co sobota i niedziela razem. Ehhh…

Atrakcje

Standardowo pojechałem na konwent nie wiedząc czy jest coś ciekawego. Dlatego też zabukowaliśmy się z Masterem w którejś z salek animowych w celu wyszukania czegoś co warto zobaczyć. Na miejscu miałem okazję zobaczyć jak się nie prowadzi paneli. Bo jak można mówić, że jakiś film jest słaby gdy widziało się całe 15 pierwszych minut. Albo jedzie się po produkcji dla zasady? Czyli panel o filmach Studia Ghibli w pełnej krasie.

Dalej było spotkanie z Miroslavem Zambochem. Jako, że nie znam nic z twórczości tego autora – pośmiałem się z kawałów i było po spotkaniu. I to był ten moment w którym należało przejść się po stoiskach. Jak zwykle nie planowałem nic kupować – ja to mogę co jedynie pozwiedzać co mają wystawcy do zaoferowania. Po drodze widziałem stoisko z mangowymi gadżetami Mev’a czy też stoisko na którym rządził mawete. Były też sporo promocje na gry planszowe, ale jako, że nie mam z kim grać to nawet nie zagłębiałem się w to co było dostępne.

Później, z braku laku udaliśmy się na panel o Tajemnicach III Rzeszy. Prowadzący bardzo ciekawie mówił o tajemnicach przy czym w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że odchodzimy od rzeczywistości na rzecz czystej fantastyki. Bo w niektóre teorie było naprawdę trudno uwierzyć. Ale wciąż bardzo dobrze słuchało mi się tego co ma do powiedzenia prelegent. Po spotkaniu wspólnie z Masterem ustaliliśmy, że strach się bać przebywać w lasach w południowo-zachodniej części Polski bo jeszcze jakieś nazistowskie zło może cię rozszarpać lub co gorsza, lokalni neonaziści. Trochę czasu będę potrzebował by zmienić swoje nastawienie do tych regionów.

Następnie udaliśmy się do Przybyłka by na miejscu dowiedzieć się o tym, czego nie zauważyliśmy podczas oglądania różnych produkcji kinowych. Mowa była o Avatarze, Blade runnerze oraz coś ze świata WarHammera 40k. W każdym razie wniosek jest tylko jeden – nie ma sensu oglądać filmów w wersjach kinowych bo tak naprawdę fabuła nie będzie się trzymać kupy. Trzeba czekać na wersje reżyserskie. No i trzeba pamiętać o dopiero co wydanej książce Przybyłka z uniwersum GameDeca (czy jak się pisze – w chwili pisania notki jak zwykle jestem odcięty od sieci i nie mam jak sprawdzić 😉 ).

Po tej pozytywnej dawce humoru ale też i przydatnych rzeczy zaliczyliśmy z Masterem największe nieporozumienie konwentu – Whos line is it anyway. Humor drętwy, bawili się tylko biorący udział w ‘zabawie’ oraz ich znajomi. Słowem, trzeba było się ewakuować.

Był wieczór, zaś z miejsca gdzie odbywał się Polcon w oddali widoczne było stare miasto. Lub tak przynajmniej wydawało mi się na miejscu. Jako że nie mieliśmy normalnego miejsca noclegowego –można było spokojnie opóźnić moment pójścia na spoczynek. Zatem najpierw poszliśmy na zachód, gdzie stanęliśmy nad jakąś zatęchłą odnogą Odry. Tam na moście widzieliśmy jakiś dziwny zrzut z jakiegoś świecącego punktu. Mając na uwadze to co usłyszeliśmy podczas panelu o tajemnicach z czasów wojny – czułem się nieswojo. Dalej zrobiliśmy rundkę w stronę muzeum narodowego. Bardzo podobał mi się gmach w którym mieściło się to muzeum. Dalej przeszliśmy jakąś wyspą do katedry. Po drodze wyłaziły lokalne dresy ale jak zwykle (na szczęście) nie szukały zwady z nami. Później, by dotrzeć do mobilnej bazy noclegowej musieliśmy skorzystać z google maps… Weszliśmy jeszcze do jakieś galerii (galerii grunwaldzkiej?) i jakoś nie powaliła mnie. Ani to manufaktura, ani też złote tarasy.

W niedziele mieliśmy z rana na coś iść, ale tak jakoś wyszło, że spotkałem się z agrafkiem. No i jak już tak wyszło to przy okazji zeszły nam co najmniej 2 godziny na rozmowach. Ale warto było bo co jak co, ale z agrafkiem dobrze się rozmawia – o wszystkim i o niczym. Przy czym głównie o grach 😉 To co, następnym razem spotkamy się na wschodnich rubieżach Polski, na Falconie (nie Flaconie!)? Oczywiście o ile nie pojadę służbowo do drugiej ojczyzny.

Ostatnim punktem konwentu był panel o tym jak postrzegana jest Polska przez rosyjskiego czytelnika. Powiem tylko tyle – jest źle. Nie ma to jak bycie odwiecznym wrogiem, tym krnąbrnym małym czymś na zachodzie. Ale też nie ma co się dziwić, sami też ciężko pracowaliśmy na takie postrzeganie Polaków (jako narodu) przez naszych sąsiadów zza wschodniej granicy.

I to był koniec. Jak ostatecznie wyszło?

Podsumowanie

Gdyby nie dobijało mnie zwracanie się do mnie ‘per Pan’ (nie jestem jeszcze AŻ tak STARY!) to powiedziałbym, że było fajnie. Tylko jedno ale. Nie było mnie na niczym związanym stricte z fantastyką. Tylko wszystko dookoła tego. Blok animowy jak zwykle był słaby (patrząc po zawartości), tylko na jednym konwencie póki co był bardzo dobry. Było to dość dawno temu, na Falkonie, gdzie poznałem Messera i Futona oraz s-kę.

Jak się spało? Nieźle. Później wyszło, że agrafek i jego ekipa w pobliskiej knajpie budziła nas po nocy swoimi gromkimi wybuchami. Ot taka ciekawostka.

Jedyne co bolało, to to że plan był układany tak, że ciekawsze rzeczy były w piątek zaś w sobotę było już nieco chudo. Niedziela to jak zwykle niedobitki. Mimo wszystko nie planuje brać specjalnie dnia urlopu, za mało go mam 😉

Ostatecznie, konwent oceniam na takie mocne 7/10 jeśli chodzi o merytorykę tego co widziałem.

Advertisements

~ by drzejan on September 2, 2012.

One Response to “Polcon 2012 – wrażenia ogólne”

  1. Używanie Pan/Pani, mimo że łamie fandomową zasadę, jest w gruncie rzeczy całkiem miłe. Zwłaszcza w porównaniu z pytaniami w stronie biernej, np. „Czy jest zbierane? Czy będzie robione?”, które wywołują lekką konfuzję pomieszaną z irytacją: Ale że o kogo niby chodzi?
    A od nich już tylko krok do arcysympatycznych konstrukcji typu „Niech siada, Niech przejdzie”.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: