Egipt – Kair oraz Giza

Kontynuując wątek o rzucaniu w ludzi kamieniami z nudów w hotelu w przypadku braku jakichkolwiek atrakcji, wspomnę o kolejnej wycieczce. Tym razem, po tym jak rezydent z TUI mnie okłamał na dzień dobry, zaraz po przybyciu do Egiptu, zamiast do Petry poleciałem do Kairu. Poleciałem – słowo klucz. Czy na dobre mi to wyszło? Postaram się odpowiedzieć na końcu notki. Po co mam na początku napisać wnioski. W takim wypadku nikt by nawet nie przeczytał całości 😛

przerwa techniczna

Po pewnych problemach technicznych (nie mogła zebrać się odpowiednia liczba ludzi) udało się w końcu wybrać na wycieczkę. Wymarsz z hotelu – 4.45, do busa, dalej na lotnisko i samolotem EgiptianAir (czy jakoś tak) wprost do Kairu. Można byłoby się w tym miejscu czepiać, że poleciałem samolotem a nie jechałem autokarem. Ale z perspektywy czasu (patrz, trzy dni) to była dobra decyzja. Wycieczka autokarem kosztowała 60$, samolotem – 250$. Przejazd autokarem – 8h, samolotem – 55 minut. A wiedząc jak wyglądają drogi w Egipcie po wycieczce na Górę Mojżesza wiem, że autokarze nie miałbym szans na sen. Do tego opcja z samolotem wiązała się z tym, że w samym Kairze było się dłużej. Dlatego warto było dać ponad 4x więcej.

W sumie moja grupa liczyła 10 osób (sami Polacy). Oczywiście wszyscy siedzieli w różnych miejscach w samolocie. Może i niektórym wyszło to na dobre bo ja niestety miałem pecha z miejscówką. Obok mnie usiadł facet co miał wałówki na 3-4 osoby a jako, że lecieliśmy normalny samolotem rejsowym, to jeszcze jedzeni nam dali (batonik i soczek) i na dodatek przelot był krótki to mój sąsiad klął pod nosem, jak dopiero zjadł połowę prowiantu a już lądowaliśmy w Kairze. Pytanie tylko jak mu się jadło, skoro państwo przede mną mieli ewidentne problemy żołądkowe i co jakiś czas przechodziła fala aromatów biegunkowych. By tego nie było za mało, to jeszcze zaraz obok jeden chłopak poczuł nagle potrzebę uzewnętrznienia zawartości żołądka i pomimo tego, że zdążył do toalety to jednak wrócił z koszulą z dość mało apetycznymi plamkami…

Może przydatna informacja. O ile u nas nie wolno wnosić płynów przez bramki tak w Egipcie jakoś nie robili z tym problemów. Fajnie, przydałoby się o tym wiedzieć wcześniej bo byłem przygotowany na to, że tutaj są podobne przepisy co u nas. Zatem nie miałem nic do picia ze sobą a muszę przyznać, że ciepło było. Ale spokojnie, woda do picia (bo nie mineralna) 1,5 l za 15 funtów (około 9 zł) egipskich w razie nagłej potrzeby zgaszenia pragnienia jest do przeżycia.

Wylądowaliśmy. Na miejscu przejęli nas ludzie TUI, doprowadzili do busa i zawieźli do pierwszej atrakcji. A była nią cytadela. Po drodze przejechaliśmy koło miasta zmarłych, gdzie doprowadzono już prąd i wodę (miasto zmarłych – dzielnica w Kairze, w której jest cmentarz na którym normalnie mieszkają ludzie, dzielnica biedy) a na szczytach wielkich grobowców sterczały anteny satelitarne. Super.

Na miejscu w cytadeli spotkaliśmy przewodnika, który nieźle mówił po Polsku i okazał się być naprawdę dobrym przewodnikiem. Głównie ze względu na to, że dużo mówił o tym co widzieliśmy a nie tylko tyle co samemu można znaleźć na wiki. I nie mówił tylko o zabytkach ale również o życiu codzienny. I tak w cytadeli zobaczyliśmy duży meczet, który miał ponad 150 lat, posiedziałem sobie w jego wnętrzu (niby duży, ale nie sprawiał wrażenie wielkiego – ale to pewnie tylko takie odczucie). Dalej przewodnik dał nam instrukcję jak odganiać się od natrętnych handlarzy, bo wiadomo – tubylcy widząc białego myślą ‘rozbita skarbonka i kto pierwszy ten lepszy’.

Co ciekawe, przewodnik powiedział nam, że „bycie w Kairze i nie zobaczenie Muzeum Narodowego to tak jakby się nie było w Kairze”. A jako, że nie było tego w punkcie wycieczki to mówi się trudno. Wszak kto by przywiązywał uwagę do muzeum, w którym jest maska Tutenchamona z czystego złota, wszystkie jego cztery pozłacane drewniane trumny, praktycznie całej jedno piętro ze skarbami z jego grobowca, jedyny pomnik faraona z wąsem pod nosem czy też świeżo odkryte/wykopane statki, którymi jeden z faraonów miał odpłynąć do nieba według ich wierzeń. Do tego też złote łóżko żony jednego z Faraonów oraz jej wielkiej miski na jedzenie. I to wszystko oczywiście bez możliwości zabrania ze sobą jakiegokolwiek aparatu czy kamery, bo te trzeba by było zostawić przed wejściu do muzeum. A jakiekolwiek wyciągnięcie telefonu skończyłoby się przybyciem ochroniarza, który by zarekwirował sprzęt. Słowem, kto by tam chciał iść, zwłaszcza że stary budynek nie miał klimatyzacji i jedynie pomieszczenie z biżuterią byłoby chłodzone. Zresztą, wejście na dwie godziny nic by nie dało, bo jeśli wierzyć słowom przewodnika – można by spokojnie tydzień oglądać wszystkie eksponaty (a jest ich ponad 140 tysięcy).

Jadąc przez miasto, standardowo, nawiązała się rozmowa z przewodnikiem. A wszystko zaczęło się od widoku malucha, który miał ponad 25 lat i kosztuje obecnie zaledwie 3 tysiące dolarów. Polonez w podobnym wieku to też zaledwie 4 tysiące dolarów. Samochód to wszak towar luksusowy. Nie to co paliwo bo tu np. litr oleju napędowego to nasza złotówka. Etylina (92 lub 95, nie pamiętam już dokładnie) to całe dwa złote. Słowem, paliwo tanie, samochody drogie i tak naprawdę nie opłaca się kupować nowych wozów, bo po roku byłby już stary i przede wszystkim obity patrząc na to jak się jeździ samochodem po Kairze.

Dalej, nie mogąc się powstrzymać zadałem swoje standardowe pytanie – ile kosztuje metr mieszkania w dobrym miejscu w Kairze. I tak apartament (80 metrów) na wyspie Al Jazira (czy jakoś tak się pisze) na Nilu kosztuje około 450 tysięcy $. Jak za tak duże mieszkanie w reprezentatywnym miejscu Kairu to nie tak dużo. Natomiast normalne mieszkanie w dobrym miejscu można spokojnie kupić za mniej więcej tysiąc dolarów od metra. Czyli pi razy drzwi ceny jak w Łodzi. Tyle, że to Egipt. Przy średniej pensji na poziomie 300 dolarów miesięcznie w Kairze to ceny rzeczywiście mogą być delikatnie mówiąc wygórowane. Co gorsza, taka pensja nie starcza na przeżycie w Kairze i często jest tak, że mąć pracuje w dwóch miejscach na raz, żona zaś w jednym – i tak jakoś udaje im się przetrwać. Zatem u nas niby jest trochę lepiej.

Usłyszałem też nieco o systemie oświaty, który wydał mi się wyjątkowo skrócony w porównaniu do tego co my mamy. Ale nie wypowiem się dokładnie, bo nie do końca usłyszałem wszystko z detalami a nie chcę wprowadzać w błąd.

Kontynuując naszą podróż trafiliśmy na punkt ‘przepłynięcie statkiem po Nilu’. Wielki statek, z jeszcze większymi głośnikami = głośno. Porobiłem nieco zdjęć siedząc w takiej pozycji by nie ogłuchnąć. Reszta jakoś się bawiła, ja wolałem jednak porobić zdjęcia chociażby wyspy o której wcześniej wspominałem i apartamentach na niej. Jak później powiedział przewodnik, na tej wyspie znajduje się również polska ambasada w Egipcie. Fajnie.

Dalej standardowy posiłek – czyli nieco wołowiny z ryżem. Nie powiem, ale ich wersja mielonych z wołowiny przypominała mi kształtem i kolorem stolce. Na szczęście było to mięso. Nie mam zdjęć na potwierdzenie tego, ale można w tym wypadku uwierzyć mi na słowo 😉

Następny punkt – Giza, a co jest w Gizie? Jeśli w głowie pojawiła się wizja Piramid to napisze tylko, że blisko, ale to nie to. Muzeum papirusu oraz warsztaty grawerskie, bo jak wszędzie takie miejsca musza być na szlaku każdej wycieczki. Wydziałem jak się robi papirus, posłuchałem o historii i nic nie kupiłem. W przeciwieństwie do zdecydowanej części mojej wycieczki, która zostawiła najpierw w muzeum sporo zielonych by później jeszcze u grawerów dodatkowo odchudzić portfele. Przewodnik ze zrozumieniem przyjmował moje odpowiedzi, jak uprzejmie dziękowałem i mówiłem, że nie potrzebuję takich pamiątek z Egiptu. Trochę czas nam na to zeszło. Ale było dobrze, na horyzoncie widziałem już dwa wystające i jasno żółte obiekty. Jeśli ktoś pomyślał o czymś innym niż piramidy… to jego problem 😛

Ponoć wejście na teren ‘piramid’ mocno się zmieniło i teraz jak podjechaliśmy busem to musieliśmy wyjść, przejść przez bramki i za bramą wejść z powrotem do busa. Oczywiście przejście bus-bramka-bus było idealnym miejscem dla naciągaczy którzy rzucili się na nas jak stado much na wiadomo co. Zanim jednak to się stało, znowu była instrukcja od przewodnika by z uśmiechem odmawiać, machając rękoma, nie brać prezentów ‘za darmo’ itp. Mnie się udało przejść, ale jednego z naszej grupy dorwali. W końcu jednak udało mu się oswobodzić. W tym miejscu zastanawiam się, czy oni są na tyle głupi, tubylcy, że myślą iż turyści będą do nich w nieskończoność przyjeżdżać? Bo ja np. już nie wrócę do Egiptu i to głównie z powodu zachowania samych Egipcjan. Zrazili mnie do siebie i to bardzo mocno. Z tego co słyszałem na ulicach mijając Polaków to też głównie słyszałem przekleństwa pod adresem ludności lokalnej ze względu na ich zachowanie. A później co, zaczną piasek przesypywać z górki na górkę, kamienie przesuwać w poszukiwaniu zieleni do jedzenia jak turystów nie będzie? Nie ukrywam, to co mnie spotkało pod piramidami bardzo negatywnie mnie nastawiło do Egipcjan. Nie to bym wcześniej miał dobrą opinię o nich bo niestety miałem już okazję być ‘atakowany’ przez nich na ulicy.

Jako, że byłem twardy ( i jednocześnie skąpy) nie dałem się na mówić na przejazd na wielbłądzie czy też bryczką do której zaprzęgnięto konie. Na moje nieszczęście reszta ekipy dała się skusić na ‘tą niebywałą atrakcję’ co bezpośrednio przełożyło się na to, że czekałem na nich pod jedną z piramid. Ciepło było, nie ukrywam. No i teraz radosny smrodek wydobywający się o dziwo nie z miejsca postoju zwierząt tylko tam gdzie siedzieli ich poganiacze.

Następnym punktem w rejonie piramid było zajrzenie do mniejszej piramidy, gdzie można było wykonywać zdjęcia i kręcić filmy. I szczerze powiem, nic szczególnego. Co gorsza, ludność lokalna najwyraźniej postanowiła zrobić sobie latrynę z czyjegoś grobu bo śmierdział strasznie. Do tego było gorąco (co jest dość oczywiste) i na dodatek było bardzo wilgotno we wnętrzu. Natomiast co mi się podobało to to, jak wyglądało wejście. Było mocno klaustrofobiczne.

Co by było ciekawiej to nie bardzo pilnowane było wejście od piramidy przez co ludzie jak się pojawili przednią to od razu pchali się do środka. A w środku byli już ludzie. No i tak po nas zaczęło robić się co raz gęściej przy jednocześnie zaczynającym się deficycie powietrza. I słyszę biadolenie ludzi dookoła mnie, że ludzie się pchają, że trzeba coś powiedzieć, że trzeba coś zrobić. Oczywiście nie było komu to zrobić, więc jak nie ryknąłem to od razu miejsce się zrobiło – tak, że mogliśmy z dołu wyjść na powierzchnię. Czyli niezależnie od narodowości, wystarczy ryknąć na człowieka a ten się przesunie.

Dalej widzieliśmy grobowiec lekarza jak i architekta piramidy Tutenchamona (chyba). Małe, niskie, nieco głębokie ale za to była bardzo duża wilgotność. Po tym jak się zrobiło zdjęcia, można było spokojnie wyjść na powierzchnię by nieco odsapnąć i się schłodzić. Dziwne, nie?

Na zakończenie już kręcenia się po ruinach pozostał mi ostatni element – Sfinks. I szczerzenie to nie zrobił on na mnie pozytywnego wrażenia. Jak zwykle dookoła pełno śmiecia i handlarzy. Przed samym monumentem był jakiś mur z kamieni. Do tego był Ramadan przez co o 15 wszystko zamykali więc i nie udało mi się nawet podejść do niego. Rzecz jasna, zdjęcia jakie widuje się w książkach/atlasach są wykonywane z takich miejsc, by wszystko ładnie wyglądało. A jak się już przyjedzie i zobaczy jak to wygląda na miejscu to delikatnie mówiąc – zawodzi.

Zatem na zakończenie wizyty w Gizie, oglądania piramid i Sfinksa – niby wszystko fajne, ale syf dookoła nich, miasto/slumsy w oddali i namolni handlarze zdecydowanie psują odbiór wszystkiego. Co by było śmieszniej, nawet policja czy też ochrona próbowała naciągać turystów. Super, nie?

Z tym pożegnaniem Gizy to się nieco pośpieszyłem. Wszak na wycieczce zorganizowanej musiał być punkt pod tytułem ‘perfumeria’. Najważniejsze było to, że dali nam do wypicia wywar z hibiskusa, który zdecydowanie lubię. Dalej przeszliśmy przez pokaz dostępnego asortymentu – powąchałem przygotowane zapachy. Większość z nich nawet znałem tylko nie kojarzyłem nazwy co jest raczej normalne u mnie. Tyle tylko ceny zabijały, nawet takiego laika ja. Wydanie 30 USD za 60 ml uważam za pewną przesadę. I tak szczerze to podeszła mi jedynie bardzo mocna mięta (dzika afrykańska mięta z jakiejś oazy) mi podeszła oraz lawenda. Ale to nie perfumy tylko medykamenty.

Po tym jak nie dałem się oskubać w perfumerii nie pozostało nam nic innego jak tylko zaczekać na przybycie busa, który miał nas zabrać na lotnisko. Oznaczało to definitywne zakończenie wyprawy d Kairu.

Jak już pojawił się nasz kierowca zapakowaliśmy się do środku i ruszyliśmy w drogę. W drodze do lotniska przejechaliśmy mostem nad nilem. Miłem wtedy raczej wątpliwej jakości przyjemność widzieć podejście Egipcjan do ‘odpadków’. Mianowicie na moście, na chodniku leżał zdechły koń. Kopyta miał już wyciągnięte, płyny wypływały mu z wszelkich możliwych otworów. Wszystko zostawione, niech sobie leży. Dalej można było obserwować wszechobecny syf, śmieci, paląca się woda bo pływały na niej kolejna dawka śmieci i do tego gryzący smród. Słowem burdel. Nigdy więcej.

Gdy już miało być dobrze, gdy byliśmy na lotnisku w Kairze, terminalu dla odlotów krajowych zobaczyliśmy chaos w najczystszej postaci. Jedna bramka, dużo ludzi, nie działająca infrastruktura przeznaczona do przedstawiania pasażerom komunikatów. W małym pomieszczeniu było zgromadziła się wręcz ogromna liczba osób. I jak była propagowana wiadomość o locie, który aktualnie był obsługiwany? Pasażerowie wykrzykiwali do siebie, bo obsługa nawet nie raczyła poinformować jakoś tak konkretniej, by do wszystkich dotarło. Ale trzeba być twardym, odczekałem swoje i gdy już załadowałem się do odpowiedniego samolotu poczułem, że ja to jednak mam pecha. Niedaleko mnie usiadła rodzinka, której podczas porannego lotu synek puścił pawia. Do tej pory miał plamki na koszuli. Mimo wszystko to nie było najgorsze. Obok mnie usiadła klasyczna business woman. Z tego co pamiętam była to Włoszka z dość aroganckim podejściem do motłochu w mojej postaci. Cóż z tego, skoro zaraz po rozpoczęciu procedury kołowania Wielka Pani sięgnęła po torebkę w kieszeni zawieszonej w fotelu przed nią. I zaczęła ą napełniać. Zastanawiałem się tylko czy zje swój batonik i wypije soczek. A dali nam soczki mandarynkowe, dziwny smak. By spotęgować emocje, pani sięgnęła również po torebkę podczas lądowania. Miałem tylko cichą nadzieję, że nie uleje jej się. Wracając jednak do rzygającego chłopaka. Tu rodzice pojechali po bandzie i naszprycowali go lekami przed wylotem więc padł i się nie ruszał. No i na koniec – też waliło biegunką.

Wioski

Kair wraz z Gizą pod względem zabytku podobał mi się – same piramidy wyglądały fajnie. Nil robił wrażeni, tak samo budynek muzeum narodowego. Dodatkowo widok spalonego budynku rządowego po ‘egipskiej wiośnie’ w centrum miasta też można zaliczyć jako atrakcję. Trafił mi się również bardzo dobry przewodnik, tak samo kierowca. Natomiast wszystko inne zdecydowanie mi się nie spodobało – ludność lokalna, jej zachowanie, próby naciągania turystów, smród, śmieci i niedbanie o jakiekolwiek walory estetyczne. Niech za przykład posłuży piramida do której wszedłem i w której śmierdziało jak w latrynie.

Słowem, byłem, zobaczyłem i zdecydowanie nie planuję wrócić.

Advertisements

~ by drzejan on August 6, 2012.

3 Responses to “Egipt – Kair oraz Giza”

  1. Srogo :/

  2. “Mało charme’u w Sharm, czyli dlaczego już nigdy więcej nie pojadę do Egiptu.”

    • Zgadzam się w pełni z tą wypowiedzią. Zdecydowanie nie planuje tam jechać ponownie – w przyszłym roku będę kierował się na polskie góry, Bieszczady konkretniej.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: