Egipt – Góra Mojżesza

Co by dużo nie mówić, ale siedzenie przez dwa tygodnie w hotelu byłoby co najmniej nudne. Wstawanie rano, śniadanie, morze, obiad, morze, kolacja i łóżko. Nuda i rutyna weszłaby już po trzecim dniu takiego ‘wypoczynku’. Dlatego by tak się nie stało udałem się na pierwszą wycieczkę – Góra Mojżesza oraz zwiedzanie Klasztoru Św. Katarzyny.

przerwa techniczna

Co by było ciekawiej w ramach wycieczki było oglądanie wschodu słońca z wierzchołka wcześniej wspomnianej góry. Zatem trzeba było zerwać się wcześniej lub nawet w ogóle się nie kłaść. I tak wieczorem po kolacji, z zapasem wody zająłem miejsce w autokarze. Wycieczkę organizowało inne biuro niż TUI, którego to rezydent delikatnie mówiąc na samym początku ‘turnusu’ okłamał przybyłych odnośnie tego jakie wycieczki są organizowane i dlaczego nie są.

Jedno muszę przyznać – pustynia nocą wygląd jak… pustkowie bez jakiegokolwiek oświetlenia. Pustkowie z górami dookoła i piekielnie krętymi drogami. Na tyle krętymi, że na dobrą sprawę nie dało się spać w autokarze bo człowiekiem rzucało niczym workiem ziemniaków podczas przeładunku między przyczepami na polu. I tak przez 3 godziny w nocy.

Na miejscu, przy klasztorze była całkiem niezła infrastruktura nastawiona na golenie turystów ze wszelkiej maści gotówki. Na przykład przechowalnia jedzenia – jedynie dolar. Toaleta – jedynie 5 funtów egipskich (czyli nieco mniej niż dolar). Oczywiście do tego jeszcze naciągacze i wszelkiej maści handlarze śmieciem z PRC (lub po polsku ChRL). Co ważne, dostałem latarkę w ramach wycieczki (oczywiście trzeba było ją później zwrócić), która mniej więcej przydała się później podczas wchodzenia na górę.

W sumie, jakby kogoś interesowało to przewodnik w rodzimym języku (patrz polskim) potrzebny jest tylko do zwiedzania klasztoru bo przy wchodzeniu na górę przewodnik zostawił nas właśnie przy klasztorze, dalej szedł z nami średnio mówiący po polsku Beduin. Zatem szła grupa polskich turystów z Alfa Star, przewodnik oraz od cholery wielbłądów ze swoimi panami którzy mówili ‘taxi!’, ‘camel?’ czy też ‘camel, good’. I to właśnie ci ostatni najbardziej przeszkadzali podczas wchodzenia na górę, bo wielbłądy zajmowały sporo miejsca na ścieżce. Czasami nawet po dwa lub trzy koło siebie. Ogólnie, w pewnym momencie szukałem niemalże kamieni by w nie rzucać by se poszły ze swoimi natrętnymi poganiaczami.

W pewnym momencie miałem ich dosyć i jedynie powstrzymywałem się by nie odpowiadać na ‘camel, good’ stwierdzeniami ‘if you say so, I have never eaten any’ albo ‘no thanks, I’m on diet’. Ogólnie miałem dość natręctwa Egipcjan. Ale spokojnie, grupa zatrzymywała się co jakiś czas w wyznaczonych punktach by wszyscy mogli dogonić. Czy to przypadek, że akurat w tych punktach były sklepiki z cenami z kosmosu? Oczywiście toaleta płatna.

Ogólnie na górę są dwie trasy. Jedyna trasa schodów (ponad 3 tysiące, zrobione przez mnicha z klasztoru) oraz droga wielbłądów. Zgadnijcie którą szedłem… Niby droga schodów była bardziej męcząca ale za to krótsza i nie było na niej wielbłądów co można zaliczyć jako spory plus.

W pewnym momencie, na jednym z ostatnich przystanków Beduin powiedział, że wyżej nie idzie i sami mamy wejść na szczyt. Kolejne 700 stopni z handlarzami śmiecia. Generalnie w oddali widoki ładne, ale nieco bliżej to śmietnik jak wszędzie w Egipcie. Na szczycie był mały kościółek, widok na Górę Św. Katarzyny (jeszcze wyższa) i pełno turystów wraz z ludnością lokalną sprzedającą kolejne super pamiątki. Określenie ‘ludność lokalna’ jest bardzo trafne, bo mieszkali w lepiankach na szczycie góry. Oczywiście nie mogło zabraknąć smrodu i śmieci.

Będąc na górze poczekałem na wschód słońca. Nic rewelacyjnego, to samo co wszędzie i jak ludzie robili zdjęcia słońcu kształtem przypominającego piłeczkę do ping-ponga ja poszedłem robić zdjęcia otaczających nas gór bo te były naprawdę piękne.

Po posiedzeniu chwili zacząłem schodzić i przy okazji podziwiałem ludzi, którzy mieli lęk wysokości a zdecydowali się wleźć na ponad 2200 m n.p.m. Dalej już po spotkaniu Beduina przewodnika zeszliśmy do klasztoru. Niestety klasztor zwiedzać można było od 9 rano a byliśmy jakoś w pół do ósmej – trzeba było czekać. I znowu stado naciągaczy. Jakiś chłopaczek się do mnie przykleił i chciał mi sprzedać pęknięty kamień z kryształem kwarcu w środku. Super, odpowiedziałem mu, że takie coś to ja u siebie w górach mogę znaleźć. Ale nie dał za wygraną i dalej truł mi dupę. Później mówił, że ma adres mailowy i czy nie chcę się wymienić. Odpowiedziałem, że nie. Pytał się czy mam konto na fb – odpowiedziałem, że nie mam konta na tym portalu społecznościowym ze swoimi danymi bo nie lubię chwalić się tymi danymi osobowymi. Jak to nie wypaliło to wprost żebrał o 10 dolarów (jaka kwota!) bo jest Ramadan, on zbiera na lepszą edukację i jakieś inne pierdoły. To mu krótko odpowiedziałem, że sam jestem studentem a student groszem nie śmierdzi. Zastanawiałem się też, czy nie powiedzieć mu, że jeśli ma dostęp do sieci to nie musi iść do szkoły – wszystko ma w zasięgu ręki tylko musi się zdecydować że chce się kształcić.

W końcu była już 9 rano. Przewodnik polskojęzyczny opowiedział historię klasztoru, wspomniał że jest to bogaty klasztor który konkretnie goli owieczki z kasy i na dodatek ma spore dotacje z Grecji (klasztor greckokatolicki). W środku widziałem ikony 4 wieku naszej ery, gorejący krzew który ‘zagorejał’ tylko raz, wnętrze cerkwi (fajnie wyglądała, dużo bogatsze wnętrze niż w cerkwiach z rejonu Bieszczad, które widziałem w zeszłe wakacje) oraz kawałek kości rzekomo należący do św. Katarzyny. W cale nie podchodziłem sceptycznie do całości. W cale. I to wszystko.

Jak się później okazało w autokarze, niektórzy chcieli coś kupić w sklepie w tym klasztorze i obsługa próbowała ich równo okraść (już nawet nie oszukać) – a to zawyżali cenę (sprzedawcy nie mieli wspólnej wersji, podawali co raz wyższą); udawali, że nie trzeba wydawać reszty; jak zaczęli wydawać resztę to błędną wartość; byli nie uprzejmi. Zatem tak bar… znaczy się owieczki, dajcie się dalej golić w imię wiary.
I to wszystko.

Wnioski

Widoki były ładne – to trzeba przyznać. Sama góra nie powala, głównie ze względu na cały śmietnik, natrętnych poganiaczy wielbłądów oraz Egipcjan żyjących na samej górze i próbujących naciągać turystów. Sam klasztor, jak klasztor – ciekawie wyglądał.

Zatem nie ma co specjalnie wyczekiwać wycieczki z polskim przewodnikiem. Może być mówiący po angielsku czy rosyjsku. Wiedzę można pobrać z wiki.

Najważniejszy zaś wniosek to odpowiednie obuwie. Trasa niby prosta, bo schody ale jest piach. Dlatego też nie ma co chrzanić głupot ‘a staruszki to w klapkach tam wchodzą’. Może i tak, ale są ostrożne przy tym i pilnują się by nie wywrócić się. Wygodne obuwie z dobrym bieżnikiem to podstawa. Tyle mam do powiedzenia w tym temacie. Sam nie ukrywam, że sobie rozwaliłem buty od wspinaczki, ale to tylko cholewka bo podeszwa spisała mi się na medal.

Na końcu widać zdjęcie z gorejącym krzewem.

Advertisements

~ by drzejan on August 1, 2012.

3 Responses to “Egipt – Góra Mojżesza”

  1. Bardzo ładne zdjęcia ^_^ Zastanawiam się, czy któregoś nie zachachmęcić na tapetkę.
    Co do lokalsów, to bierz pod uwagę, że to nie jest to co kiedyś. Teraz nie mają z czego żyć, względnie łatwiej jest żyć z turystów niż użerać się z pustynią.

    • Zdjęcia jakby co udostępnię, w normalnej jakości 🙂

      Lokalsi powinni myśleć przyszłościowo a nie by nachapać się teraz. A to, że za kilka lat będą na nowo przesypywać piasek z miejsca na miejsce to ich problem.

  2. dobrze opisane i świetne zdjecia

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: