Chiny – dzień szósty, wycieczka

Ponownie tak jakoś wyszło, że noc była zdecydowanie za krótka dla mnie. Zwłaszcza jak się rozmawia na skype przez dłuższy czas po czym pisze się jeszcze notatkę. Ale trzeba być twardym a nie miękkim. Być może dopadła mnie lekka odmiana klątwy Cesarza, schorzenia analogicznego klątwy Faraonów? Możliwe. Tak więc wstałem, zaaplikowane dzień wcześniej medykamenty pomogły i czułem się dużo lepiej. Z takim podejściem zrobiłem poranną rozgrzewkę i udałem się w stronę stołówki.

przerwa techniczna

Profilaktycznie więcej piłem niż jadłem. Dlatego też dość mocno napoiłem się sokiem pomarańczowym. Jakoś nie czuję się na siłach by pić grejpfrutowy. Zresztą i tak nic nie przebije lekkiego śniadania z dobrze wypieczonego bekonu, pływającego w tłuszczu makaronu oraz… kimchi 😀 Niestety nie było dzisiaj bardzo smacznych bułeczek z nadzieniem. A tak to to trzeba odżywiać się zdrowo, nie? 😉

Po śniadanku trzeba było nieco gotówki rozmienić – i tu mi się udało jako, że wstępnie miałem wymienić yuany przy pewnym przeliczniku po czym obsługująca mnie Chinka sprawdziła kurs i nagle dorobiłem się dodatkowych 10 yuanów. Fajnie – takie rzeczy to ja lubię :).

Przewodnik miał się po nas pojawić pomiędzy 8.30 a 8.45. Tak brzmiała informacja, którą otrzymałem wczoraj pośrednio telefonicznie (akcja z dziewczynami z recepcji i ich lekkim zakręceniu :D). O 8.45 puściłem smsa do kolegi z Gdańska z pytaniem czy zostali odebrani i czy jadą do nas. Odpowiedź brzmiała, że tak i niestety z powodu korków będą nieco później. Komunikacja kosztowała jedyne 1.5 zł za każdy sms. Tak więc ostatecznie przewodnik wszedł po nas na recepcję o 9.10. Lekkie opóźnienie związane z korkami.

Na dole pod hotelem czekał na nas duży i ładny, produkcji rodzimej, van z kolegami z Gdańska w środku. Co najważniejsze – pojazd był klimatyzowany. Chociaż patrząc na to jakimi pojazdami jeździłem do tej pory to chyba jest to standard. Natomiast w Polsce to z klimatyzowanymi pojazdami może być różnie. Do tego kierowcy bardzo niechętnie włączają to udogodnienie jeśli jest nawet dostępne.

Wsiedliśmy.

Przewodnik zainkasował kwotę i ruszyliśmy do pierwszego celu. Był nim plac Tienanmen oraz Zakazane Miasto. Po drodze przewodnik przedstawił się – Dawson – i powiedział iż pierwotnie pochodzi z północno-wschodnich Chin. Opowiedział też, że Pekin jako miasto liczy sobie ponad 20 milionów mieszkańców przy czym dochodzi jeszcze 5 milionów dojeżdżających do pracy. Normalnie czułem się jakby mówił o mnie – tylko skala jest mniejsza. Muszę przyznać, że mówił on po angielsku naprawdę dobrze i mogę spokojnie popadać w kompleksy porównując się z jego poziomem angielskiego. Chyba nadszedł czas by pouczyć się dodatkowych słówek. I to nie tych z mojej dziedziny nauki (bo je znam już bardzo dobrze 😉 ).

Natomiast pojazd, którym się poruszaliśmy pochodził z korporacji taksówkarskiej. Przy okazji dowiedziałem się jak wygląda sprawa taksówek w Pekinie. Zatem korporacja taksówkarska wypożycza swoje pojazdy zazwyczaj dwóm kierowcom na raz na okres od roku do trzech lat. Później oni płacą po 6 tysięcy yuanów miesięcznie. Do tego koszty eksploatacyjne oraz potencjalne koszty naprawy pojazdu po wypadku. Taksówkarze raczej niechętnie chcą jeździć w trakcie godzin szczytu (samochód spala paliwo, za to stawka za korki jest zdecydowanie dla nich za niska). Dzień wcześniej kolegom przytrafił się kierowca co sztukę jazdy ekologicznej opanował do perfekcji – na światłach przy czerwonym gasił silnik. Nie wiem tylko czy takie działanie mimo wszystko nie wpłynie negatywnie na stan samochodu (ciągłe zapalanie na pewno odbije się żywotności akumulatora, tak dla przykładu).

Zanim dotarliśmy do pierwszego punktu wycieczki przejechaliśmy koło Teatru w Pekinie nazwanego oficjalnie ‘Perłą w wodzie’. Jak wygląda? Jak sfera zakopana do połowy w ziemi. Do tego jeszcze to co wystawało było niczym znak jing-jang – czarno białe. Dookoła zaś były płytkie baseny. Nie jestem specjalistą od architektury więc się nie wypowiem o tym. Osobiście było budynek wydał mi się całkowicie obojętnym. Natomiast przewodnik podał jeszcze jedną nazwę tego przybytku kultury: ‘jajko w wodzie’.

Plac Tienanmen

Natomiast jeśli chodzi o samą wycieczkę to pierwszym celem był Plac Tienanmen. Widziałem go wcześniej z dwa razy więc byłem oswojony z widokiem 😉 Ale jednak własny przewodnik to jest to – opowiedział nam o tym co tam się znajduje: wielkie muzeum, mauzoleum, monument oraz parlament mieszczący w sobie 10 000 parlamentarzystów całych Chin. Przy okazji wyjaśnił znaczenie flagi: duża gwiazda to partia komunistyczna, mniejsze to odpowiadają rolnikom, pracownikom (w domyśle fizycznym), intelektualistom oraz innym. Do tego flaga jest wciągana i zdejmowana o świecie i zachodzie – zawsze dokładnie 2 minuty 7 sekund. Na samym placu zmieścić się może 1 milion ludzi (kalkulacja prosta, na jednej płycie z której wyłożony jest plac mogą stanąć dwie osoby). Napiszę tylko tyle, że ten plac jest wielki.

Zakazane Miasto

Dalej było Zakazane Miasto. Zanim weszliśmy to przewodnik zrobił nam pamiątkowe z południową bramą do Imperialnego Miasta. Dlaczego imperialnego a nie Zakazanego? Ponieważ stary Pekin był podzielony murami na cztery miasta: Zakazane Miasto gdzie żył cesarz i tylko wybrani mogli wejść za zgodą cesarza, Imperialne Miasto gdzie była świta cesarza (tu chodzi o ministrów i generałów), wewnętrzne miasto oraz ostatnie – zewnętrzne miasto. Zatem Zakazane Miasto jest jeszcze głębiej w środku. Natomiast teraz, wykorzystując tradycje, zamiast murów są ulice i przez to w Pekinie jest 6 pierścieni (nth Ring Road jak to napisane na znakach na ulicach).

W środku Imperialnego Miasta Przewodnik opowiedział nam o znaczeniu cyfr, tego kto przez jaką bramę może przechodzić (ta największa to tylko dla cesarza, jeśli ktoś innych odważyłby się nią przejść to by został stracony). Dalej opowiedział o tym, że przez środek Zakazanego Miasta przechodzi południk do którego wszystko było równane. I tak stadion z 2008 roku leży centralnie nad tym południkiem. Jak już mowa o stadionie to przewodnik wspomniał, iż po wypadku z rozwijanymi dachami nad innym stadionem (coś się zawaliło) tego typu dach został usunięty z nad stadionu olimpijskiego. Tak przynajmniej zrozumiałem.

Z kolejnych ciekawostek warto wspomnieć, iż place w Zakazanym Mieście wyłożone są cegłami/płytami. Pod spodem, pod widoczną warstwą znajduje się jeszcze 15 innych warstw. Całość na wpadek tego jakby ktoś wpadł na pomysł podkopywania się i próbował zagrozić życiu cesarza.

Po tym jak już weszliśmy do Zakazanego Miasta w Imperialnym Mieście przewodnik opowiedział nam o życiu cesarza. I tak jako, że był on jedynym prawdziwym mężczyzną w kompleksie (reszta to albo kobiety albo eunuchowie) miał swoje obowiązki. Wiązały się one z konkubinami, których mogło być nawet ponad trzy tysiące (mnie by wystarczyło 3-5, że tak skromnie napiszę 😉 ). I tak co noc. Każdy ma swoje obowiązki i musi je wypełniać, a to był jeden z najważniejszych obowiązków cesarza.

Natomiast ci eunuchowie nie brali się znikąd. Byli to zazwyczaj chłopcy sprzedawani przez biedne rodziny, którym następnie za pomocą ostrych narzędzi odcinano członki. Lub też inne części ciała, w zależności od tego co było potrzebne (nawet tak, że dana osoba umierała). Wierzenie było takie, że po amputacji, część ciała która uzyskała niezależność była zakonserwowana w pojemniku i wstawiana w budynkach. Miało to przynosić szczęście osobom przebywającym w budynku. Oczywiście cena za osobę wzrastała wraz z wiekiem. Zatem głównie kupowano małych chłopców. Ale dzięki temu rodzina mogła przeżyć.

Wracając jednak do zwiedzania, robienia zdjęć i kręcenia filmów to jak zwykle robiono sobie zdjęcia z nami. Dalej będzie opowieść z morałem. Kręcąc film wydawało mi się, że plecak mi się poruszył niezgodnie z tym jak szedłem (czyli potencjalnie jakiś amator penetracji własności innych się próbował się dorwać do mojego plecaka) – chciałem się obrócić co też uczyniłem. W wyniku tego działania kadr zszedł mi na bok. Jak się od-odwróciłem to zobaczyłem co mi się nagrało. A nagrało mi się… Nie napiszę tu tego, bo nie wypada. W każdym razie morał tylko taki – jak bierze się relatywnie krótką sukienkę to lepiej również założyć bieliznę, zwłaszcza jak zapowiadają wietrzny dzień.

Dalej w Zakazanym Mieście miałem okazję zobaczyć bratanka ostatniego cesarza. Zajmował się on kaligrafią i dwa dni w tygodniu przebywał w Zakazanym Mieście, gdzie tworzył i sprzedawał swoje dzieła. Cały dochód z tego miał być przekazywany na rzecz odnawiania Zakazanego Miasta. Jednak w momencie jak usłyszałem to i jak dowiedziałem się, że kaligrafuje na jedwabiu to doszedłem do wniosku, że spokojnie nie stać mnie. Zresztą inni tak samo podeszli do sprawy.

Kończąc wywód o Zakazanym Mieście to muszę przyznać, że robi wrażenie. Nawet jeśli przeszedłem tylko jedną i chyba jedyną ścieżkę zwiedzania i nie miałem okazji zajrzeć do chociaż jednego z około 10 000 pokojów w kompleksie. Sam zaś ogród cesarski sprawiał wrażenie klepiska z drzewami i chodnikiem. Zatem kompleks, jak pisałem, robi wrażenie. Jedynie miejscami jest zaniedbany czy też aktualnie wyłączony do zwiedzania ze względu na prowadzone remonty. Ale za to widoki są piękne – zwłaszcza jak świeci słońce, niebo jest czyste i nie ma smogu.

Z większości miejsc w kompleksie widoczne było wzgórze z trzeba pagodami (na północ od Zakazanego Miasta). Pomiędzy tą górą a murami znajdowała się fosa, której ziemia po jej wykopaniu posłużyła do uformowania nowego wzgórza gdzie właśnie znajdowały się te trzy świątynie. Niestety nie weszliśmy na nie. Wątpię by chciałoby mi się iść samemu w tamte rejony. Zresztą czasu może nie być i nieco pieniędzy już przepuściłem w Pekinie.

Fabryka jedwabnej odzieży

Kolejnym punktem, o którym nie wiedziałem i którego nie było w planie, była manufaktura/fabryka jedwabiu i jednocześnie produktów bazujących na tym materiale. Obejrzałem cały proces produkcyjny po czym miałem okazję kupić pościel z wnętrzem z jedwabiu (2.2 x 2.4 m za 380 yaunów, około 190 zł). Nie zdecydowałem się. Ogólnie było jeszcze sporo ciuchów z jedwabiu dla kobiet. Śmiesznie wyglądało tylko to, że wszyscy moi współtowarzysze wycieczki w pewnym momencie dotarli do półek z jedwabną damską bielizną. Jakoś mnie to nie dziwi 😉

Świątynia Nieba

Po przejściu przez fabrykę/manufakturę jedwabiu udaliśmy się do świątyni Nieba. Ta na szczęście nie znajdowała się zbyt daleko od ostatniego punktu wycieczki. Jak już dojechaliśmy, przewodnik kupił nam bilety i od razu wyjaśnił co za niebieska linia ciągnie się równolegle do ścieżki do świątyni. Było to oznaczenie trasy jaką musieli pokonać w 2008 roku maratończycy podczas Olimpiady. Trzeba przyznać, że mieli okazję biec przez naprawdę piękny ogród w którym rosło ponad 15 tysięcy cyprysów. Ciekawą informacją było to, że każde z drzew było skatalogowane i odpowiednio oznaczone. I tak drzewa z czerwonymi plakietkami liczyły sobie ponad 300 lat zaś z zielonymi ‘zaledwie’ 100. Nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo odpowiada mi ich zapach. Jeśli rzeczywiście to co czułem pochodziło od drzew a nie od straganów z różnego typu ręcznymi wyrobami. A było tu tego sporo.

Sama świątynia, jak twierdził przewodnik, została ukończona w podobnym czasie co Zakazane Miasto. Wtedy też był to najwyższy punkt obserwacyjny w Pekinie. Teraz niestety ale biurowce są wyższe i nieco szpecą krajobraz rozciągający się z podwyższenia na którym stoi świątynia. Jednak wciąż jest to piękny widok z taką ilością drzew dookoła. Choć wrażenie jakie wywarła sama budowla nie zaspokoiło oczekiwań jakie miałem po zobaczeniu kilku jej zdjęć. Ale i tak fajnie było zobaczyć to osobiście.

Do tego miejsca przychodzą często nowożeńcy, którzy chcą zrobić sobie sesję zdjęciową. Jak byliśmy (piątek, około południa) to były dwie pary. Młodzi panowie (to be) wyglądali raczej zwyczajnie – garnitury. Natomiast Panny młode (to be) dla odmiany miały na sobie tradycyjne stroje. Mhrrr że tak się wyrażę. Suknie były w kolorze czerwonym, który oznacza w chińskiej symbolice szczęście/powodzenie. Tak przynajmniej twierdził przewodnik.

Tradycyjny chiński posiłek

Po obfotografowaniu wszystkiego i wszystkich (głównie budynków, drzew oraz panien młodych) oraz nagraniu kilku filmów udaliśmy się na tradycyjny chiński posiłek (w ramach wycieczki). Lokal znajdował się dość daleko od świątyni Nieba, więc jechaliśmy… jechaliśmy… i jechaliśmy. W tym czasie rozmawialiśmy z naszym przewodnikiem.

I tak opowiedział nam anegdotę o tym jak Chińczycy interpretują nazwy marek samochodów. Dla przykładu FIAT rozwinął jako ‘fix it again, Tony’ zaś dla BMW miał dwa rozwinięcia. Pierwszym było ‘be my wife’ zaś drugie opisywało codzienny dojazd do pracy: ‘bus, metro, walk’. Ciekawe, nie?

Dalej opowiedział nam o tym, jak z Gniazda (stadion olimpijski) po wypadku związanym z dachem, do którego doszło w podobnym budynku zdecydowano się na modyfikacje konstrukcji. I tak teraz dach nie zwija się i nie rozwija. Nie do końca jestem pewien czy całkowicie nie usunęli dachu i zrobili otwartą przestrzeń. Jak mowa o stadionie to też wspomniał o budowanej wielkiej konstrukcji nieopodal stadionu, która w przyszłości ma posłużyć turystom do podziwiania z bardzo dużej wysokości panoramę całego miasta.

Inną historie, która opowiedział nam przewodnik, były normy społeczne jakim powinien sprostać pan młody by wziąć sobie kobietę za żonę. I tak w latach 70 XX wieku wystarczyło mieć zegarek, rower i coś jeszcze – ale nie pamiętam już co. W latach 80 XX wieku trzeba było mieć telewizję, lodówkę i coś (tego też nie pamiętam). W latach 90 XX wieku wymagania ustawione były na trzy ‘c’ – samochód, mieszkanie (acommodation nie bardzo jest na c, ale niech będzie) oraz karta kredytowa. Skromnie, nie? A co w XXI wieku? W tym okresie rządzi litera ‘h’ – wykształcenie wyższe, wysokie zarobki i wysokie ciśnienie krwi. Zatem łapie się na XXI wieku ze względu na wykształcenie i krew. Jeszcze tylko te zarobki i Chinki mogą się już bać 😉
Po dotarciu do restauracji ukazało nam się coś podobnego do przydrożnego baru. Ale jedzenie było dobre – paseczki ziemniaków (tradycyjne chińskie… tylko z 42 ząbkami), słodko-kwaśna wieprzowina, kurczak w warzywach, warzywa na parze oraz zupa warzywno-jajeczna. Do tego herbata oraz… sprite lub cola. Rzecz jasna była też miska ryżu. To co było tradycyjne to smakowało jak tradycyjne i przede wszystkim smaczne oraz sycące. I to jest najważniejsze.

Po obiedzie ponownie zajęliśmy miejsca bojowe w naszym vanie. Zanim jednak do niego dotarliśmy od drzwi restauracji do drzwi tego pojazdu to proponowano nam zakup oryginalnych Rolexów oraz torebek. Tak, rozumiem, jak zwykle wyleciało z TIRa.

Letni Pałac Cesarski

Następnym i planowym (tak – później zobaczyliśmy jeszcze jedną rzecz, spoza oryginalnego programu) punktem wycieczki był Letni Pałac Cesarski. Ku naszej ogólnej radości okazało się, że miejsce w którym jedliśmy było niedaleko tej atrakcji turystycznej. Pierwsze wrażenie jak weszliśmy na teren kompleksu – jakaś wieża w tle, trochę drzew, coś tam w tle wystawało (pagoda) z relatywnie wysokiej góry. Jednak jak tylko przeszliśmy kawałek i ostatecznie dotarliśmy do wejścia do kompleksu doznałem momentalnego opadu szczęki. Na szczęście stałem na tyle daleko wody, że to co mi odpadło na dobre nie przepadło w odmętach jeziora.

Co zobaczyłem? Wielkie jezioro, pełno rzeźb przy jego brzegu, w oddali świątynia buddyjska stojąca na wzniesieniu, wiele egzotycznych mostów/pomostów oraz wyspę z kamiennym mostem bogatym w ozdoby z pawilonem na środku. Widok wydawałoby się nie możliwy do zaobserwowania na powierzchni ziemi. A jednak. Na wejściu napiszę, iż niestety nie poszliśmy na tą wyspę. Bez problemu można by spędzić w tym kompleksie cały dzień – chociażby na obejście całego jeziora dookoła.

Po sesji zdjęciowej przeszliśmy się wzdłuż brzegu, obejrzeliśmy sypialnie Smoczej Pani (pierwszy zelektryfikowany budynek w Chinach) oraz dotarliśmy do najdłuższego przejścia/tunelu. Liczył sobie ponad 7000 metrów, jak się w nim stało to odnosiło się wrażenie, że obserwuje się fraktal – ale nie do końca. Po bokach były ozdoby, malowidła, z których każde było unikatowe i było ich w sumie ponad 14 tysięcy. To wszystko po prostu było przepiękne i nie ukrywam, że zrobiło na mnie duże wrażenie.

Dalej, kierując się niestety ku wyjściu, zobaczyliśmy Marmurowy Statek któremu z czasem dodano po bokach koła, które miały symulować zachodnie statki napędzane parą. Ciekawie wyglądał, chociaż sprawiał wrażenie raczej opuszczonego. Ale i tak ciekawie wpasował się w krajobraz na brzegu jeziora.

Jeszcze raz to napiszę – na kompleks Letniego Pałacu Cesarskiego trzeba byłoby spędzić zapewne cały dzień. Tu zaś byliśmy tylko przez 3-4h. Ale dużo filmów nagrałem i jeszcze więcej zdjęć zostało zrobionych przez naszą ekipę (oczywiście później planowaliśmy się wymienić zdjęciami).

Pokaz chińskiej sztuki parzenia herbaty

Opuszczając kompleks przewodnik zadał nam proste pytanie – czy chcemy jechać do herbaciarni na pokaz chińskiej ceremonii picia herbaty. Oczywiście od razu powiedział, że można tam coś kupić, że ceny są ‘różne’ – ale demokratycznie zdecydowaliśmy się pojechać. I to był kolejny punkt programu poza oryginalnymi planami. Jak się później okazało, herbaciarnia znajdowała się niedaleko kompleksu olimpijskiego czyli koledzy z Gdańska mieli bliżej do hotelu.

Zanim jednak dojechaliśmy, a zajęło to dłuższą chwilę, kolega zadał przewodnikowi pytanie, którego samemu bym nie zadał. Uważałbym to zdecydowanie niestosowne. Mianowicie – czy Chińczycy jedzą psy i koty. Tak, pytanie nieco poniżej pewnych norm grzeczności. Na szczęście przewodnik wykazał się błyskotliwością i inteligencją. Odpowiedział po prostu, że Chińczycy jedzą wszystko – niezależnie od tego czy to coś chodzi, skacze, pełza, pływa czy lata. Jedyne czego nie jedzą to: dwunożne – ludzi, czteronożne – mebli i ze skrzydłami – samolotów. Proste i piękne, nie?

Na miejscu prezentacje przeprowadziła ponownie młoda i bardzo ładna Chinka, która mówiła bardzo dobrze po angielsku. Niczym japoński turysta postanowiłem nagrać całą prezentację. Wszystko szłoby dobrze, gdyby nie to, że w pewnym momencie urocza Chinka postanowiła zaprezentować nam jak działa taka śmieszna figurka chłopca. Zalała go gorącą wodą po czym… zaczął sikać wodą pod dużym ciśnieniem. Kamera dostała nieco wody po obudowie, przez co postanowiłem na chwilę przerwać nagrywanie prezentacji. Po całości, jak już spróbowałem cztery różne typy herbat (oolong, peur, owocowa i jedna, której teraz nazwy nie pamiętam) zdecydowaliśmy się na spółkę kupić jeden zestaw (ja dwa opakowania, koledzy z gdańska po jednym). Nie pytajcie się ile kosztowały te herbaty. Sporo, ale będę pił pooooowooooli, by delektować się smakiem 😉

I to był praktycznie koniec wycieczki. Przynajmniej dla kolegów z Gdańska ponieważ ich hotel znajdował się relatywnie niedaleko. My zaś musieliśmy przejechać przez całe miasto. I tak zajęło nam to dodatkową godzinę.

Na koniec podziękowaliśmy Dawsonowi za wycieczkę i rozstaliśmy się. Niestety nie mam biletów do atrakcji ponieważ przewodnik potrzebował ich by się rozliczyć z swoją szefową. Jeszcze przed hotelem zdecydowaliśmy się wybrać na pocztę celu zakupu pocztówek/znaczków. Po konfrontacji z obsługą poczty stwierdziliśmy, że można teraz spokojnie odpocząć po całym dniu wrażeń. Prawie, bo oczywiście ja po szybkim odsapnięciu, zrobieniu kopii wszystkich materiałów z dnia oraz napiciu się czegoś wyruszyłem na miasto w celu nabycia jednej herbaty (puer), którą ostatecznie kupiłem w lokalnej herbaciarni.

Jako, że już byłem na zewnątrz poszedłem w stronę placu w celu zrobienia zdjęcia oficjalnemu sklepowi Apple w Pekinie. I tu zdarzyło się coś nie fajnego. Po zrobieniu zdjęcia… aparat się zawiesił i to tak permanentnie. Chwile kombinowałem z nim po czym wróciłem do hotelu by sprawdzić czy da się coś z tym zrobić. Okazało się, po serii testów, że aparat wariuje z kartą pamięci w środku. Bez niej działa normalnie. Trzeba będzie sprawdzić działanie sprzętu na innych kartach. Szkoda, aparat ma swoje lata, ale za to wygodnie się z niego korzysta i jakość zdjęć jest bardzo dobra.

A co później? W sumie niewiele – spisałem punkty odnośnie tego dnia. Notatek wyszło na dwie strony przez co ostatecznie notka ma mniej więcej 8 stron. Rozpusta.

Na komentarze, jeśli takowe się pojawią, odpowiem jak wrócę do Polski, z Chin nie mam dostępu do bloga a notki nie są wstawiane przeze mnie.

Linki do pozostłych relacji z Pekinu

Advertisements

~ by drzejan on June 18, 2012.

 
%d bloggers like this: