Chiny – dzień piąty, czyli pierwszy drugiej konferencji

Jeszcze taka jedna aktualizacja związana z bankietem, który miał miejsce w dzielnicy sztuki w Pekinie. Po zwinięciu się z imprezy musieliśmy przejść dość spory kawałek do większej ulicy w poszukiwaniu taksówki. Wiecie co tam zauważyłem podczas spaceru? W jednym budynku, w którym mieściła się na parterze spora restauracja, dostrzegłem interesujący plakat. Plakat z rozebraną kobietą. Dalsza analiza tego co widziałem doprowadziła mnie do wniosku, że był to… burdel. No tak, sztuka i rozpusta
idzie w parze.

przerwa techniczna

Natomiast wracając do tego co się działo dzisiaj? Z rana zerwałem się i na wejściu poczułem, że chyba mój żołądek nie jest w najlepszej formie. Zażyłem nieco leków, ogarnąłem się i przyatakowałem śniadanie. Z oczywistych względów zjadłem dość niewiele. Po tym wszystkim trzeba było dostać się na miejsce, w którym rozpocząć się miała nowa konferencja. Wiecie gdzie to miało być? W tym samym hotelu co poprzednia. Czyli nic się nie zmieniło, co najwyżej sama tematyka konferencji. W każdym razie ku naszemu zdziwieniu rano udało się bardzo szybko złapać taksówkę. Taksówkarz jechał spokojnie, tylko od czasu do czasu zajeżdżał drogę innym czy też trąbił. I co ciekawe dość szybko dojechał do celu naszej podróży.

Jako że zaczęła się inna konferencja, zmieniła się tematyka. Jak zwykle nie będę pisał o czym było, bo szkoda miejsca na to skoro i tak mało kto zrozumiałby to. Dlatego po tym jak przetrwałem pierwszą część (cztery wykłady), nadszedł czas na lunch. W silnej grupie polskiego researchu zajęliśmy sobie stół, do którego później dosiadł się w Amerykanin. Bardzo fajnie było porozmawiać o wszystkim i o niczym – dosłownie. Nie pierwszy raz odniosłem wrażenie, że programiści/developerzy zawsze się dogadają i rozmowa z nimi zazwyczaj trzyma sensowny poziom.

Jak już wcześniej wspomniałem – żołądek mi odmówił nieco posłuszeństwa, dlatego też niewiele zjadłem. Na szczęście nie grozi mi śmierć z głodu ;p Później poszedłem na zajęcia warsztatowe, na których dużo się dowiedziałem (tematyka była z mojej “parafii”) i które bardzo mi się podobały. Mogę teraz na wykładach mówić przybyłym ludziom, że poznałem osobę, która odpowiedzialna jest za to, o czym referuję. Szpan. W międzyczasie sfinalizowałem już tak na fest wycieczkę.

Po konferencji złapaliśmy taksówkę do hotelu. Trafił nam się taksówkarz, który nie dość, że jechał z pamięci, to jeszcze potrafił optymalizować trasę pod względem czasu przejazdu (ominął korki, w których wczoraj staliśmy). Chwila na ogarniecie się w pokoju i wybyliśmy na miasto. Celem spaceru była ulica Wangfuhing (ponoć najważniejsza ulica handlowa w Pekinie), która znajduje się na zachód od naszego hotelu, za Placem Niebiańskiego Spokoju. Pomimo tego, że już szedłem tą trasą to i tak narobiłem zdjęć okoliczności przyrody, zachowań ludzkich oraz samych ludzi. Kiedy przechodziłem koło bramy wejściowej do Zakazanego Miasta, kilka Chinek próbowało gadać z nami po angielsku i naciągnąć na wycieczki. Nie byłem zainteresowany, zwłaszcza, że jutro wejdę tam z przewodnikiem, który umie coś więcej po angielsku niż podstawowe pojęcia.

Po dotarciu do celu, czyli ulicy Wangfujing, moim oczom ukazał się wielki deptak. Co ciekawe, zdecydowanie zwiększyła się liczba obcokrajowców chociaż Chińczyków wciąż było najwięcej. Zatem póki co przejęcie władzy nad tym rejonem jeszcze nam nie grozi 😉

Przeszliśmy przez deptak – obserwowałem sklepy różnych znanych zachodnich marek, przez co ponownie czułem się jak na przykład w Warszawie. Obserwowałem też mijające mnie Chinki. Niedobrze ze mną, oj niedobrze. Jak one mi się podobają. Może niektóre z nich potrafią nawet coś powiedzieć po angielsku. Znaczy się – są w stanie kontynuować rozmowę, a nie tylko yes/no. Jedna z nich była ubrana w tradycyjny strój w kolorze czerwonym i powiem tak: kupiła mnie tym 😀

Na końcu deptaka (od strony, od której weszliśmy) były stragany z jedzeniem. Wyglądało to tak, jakby jedna restauracja/sieć obsługiwała je wszystkie, przez co całość sprawiała wrażenie czystości i porządku. Były przeróżne smakołyki jak choćby nabite na patyki kałamarnice, ośmiornice, kawałki węży, rozgwiazdy, robaki i nikumany. Niestety cena za te przysmaki była wygórowana. No ale przecież nie odpuszczę sobie spróbowania jak smakują chińskie nikumany. Za 5 klusek dałem 20 yuanów (10 zł). Drogo, ale za to były dobre, co się liczy na plus.

Po zjedzeniu tego co kupiliśmy, zdecydowaliśmy się przejść wąską uliczką, w której było pełno stoisk i straganów z jedzeniem. W momencie, gdy zobaczyłem nadziane skorpiony, które jeszcze się ruszały, stwierdziłem, że nie ma innego wyjścia jak tylko wyciągnąć kamerę i rozpocząć nagrywanie całości. I tak przeszliśmy dużą część, jak się później okazało, sieci uliczek. Jedzenia było dużo, turystów również, ale to mieszkańcy miasta stanowili zdecydowaną większość klientów punktów gastronomicznych. Co ciekawe, na jednym ze stoisk zobaczyłem kotlety z mięsa aligatorów/krokodyli – ciekawe, nie? Oprócz knajpek z kebabami czy też stoisk z kijkami z nabitymi smętnymi resztkami różnych zwierząt były też restauracyjki wyglądające na bardzo klasyczne. Podobnie wyglądające kojarzę z filmów z Jacky Chanem jak był młodszy. Dużo młodszy i w rolach w filmach z Hong-Kongu.

Po nagraniu filmu postanowiliśmy wrócić do hotelu. Oczywiście zwinność i pomysłowość ma nie zna granic i… skasowałem filmik z przejścia po straganach. Zdecydowaliśmy się więc na ponowne przejście, przy czym trwało ono krócej i na dodatek wiedziałem czego się spodziewać. Z ręką wystawioną wysoko do góry szedłem i kręciłem wszystko co widziałem. Dopiero teraz ludzie zauważyli, że jakiś obcokrajowiec idzie (wcześniej mnie ignorowali, bo chyba wyglądałem na tubylca ze względu na opaleniznę). Niektórzy chcieli zrobić sobie zdjęcia ze mną, ale niestety nagrywałem film i nie mogłem się zatrzymać ;p Jak mi przykro.

Później to już był tylko powrót do hotelu. Dość szybki ponieważ zaczęła nas gonić burza. Po drodze nagrałem jeszcze film z przejścia koło bramy do Zakazanego Miasta (to jest ten budynek, na którym wisi portret przywódcy rewolucji). W ten sposób zapełniłem całą kartę pamięci. Przy okazji zrobiłem kilka zdjęć, które są mniej lub bardziej rozmazane. Jedno muszę jednak przyznać – naprawdę ciekawie prezentuje się ta część Pekinu po zmroku, kiedy włączane są wszystkie lampy oświetlające różne elementy budynków.

Po dotarciu do kwatery głównej, czyli mojego pokoju, zdecydowałem się zrobić to, co powinienem był zrobić. Czyli poszedłem na internet 😀 Ponownie odpisałem na kilka maili, poużywałem sobie skype. I tak zeszło mi ponad 1.5h – słowem, sporo.

Odnośnie jeszcze wycieczki. Dostałem od kolegów z Gdańska informację, że im zostawiano wiadomość od ludzi z biura od wycieczki po Pekinie. Stwierdziłem, że i do mnie musieli zadzwonić. Poszedłem na recepcję i grzecznie zapytałem, czy nie było telefonu do mnie. Trochę mi zajęło tłumaczenie, że nie chcę wiedzieć, jak się dzwoni do mnie do pokoju. Również nie chciałem wiedzieć, jak się dzwoni poza hotel. Dopiero po dłużej chwili i powiedzeniu “informacja na papierze” dziewczyna zrozumiała, o co mi chodzi. I co ciekawe, taka informacja rzeczywiście się pojawiła. Nie skojarzyła, że jest coś dla mnie. Ot, po prostu te dziewczyny są zakręcone, co jest w sumie fajne. Chociaż namęczyłem się, by jednak uzyskać to co chciałem. No i tylko jedna z nich mówi po angielsku.

Na koniec zaś, już w pokoju usiadłem i zacząłem spisywać notatkę z całego dnia. I znowu poszedłem spać około północy czasu lokalnego (czyli jedynie około 18 czasu polskiego).

Na komentarze, jeśli takowe się pojawią, odpowiem jak wrócę do Polski, z Chin nie mam dostępu do bloga a notki nie są wstawiane przeze mnie.

Linki do pozostłych relacji z Pekinu

Advertisements

~ by drzejan on June 16, 2012.

 
%d bloggers like this: