Chiny – dzień czwarty, czyli trzeci i ostatni dzień pierwszej konferencji

Dzisiaj rano, pomimo późnego położenia się spać, wstałem w miarę żwawo. Co ważniejsze, postanowiłem wrócić do porannych ćwiczeń, by nie wylecieć z kondycji. I tak po rozgrzewce i ogarnięciu się byłem gotowy na atak na śniadanie. Jak zwykle objadłem się różnymi specjałami. Zwłaszcza jeden mi przypadł do gustu – bułeczki chyba z mąki ryżowej z nadzieniem ze słodkiego dżemu śliwkowego. Coś jak nasze pampuchy tyle, że mniejsze. Jutro postaram się zrobić zdjęcie i może umieszczę je tutaj.

Jedna uwaga. Dzisiaj w Pekinie był straszny smog – niemalże wyczuwałem pył w ustach. Nieprzyjemne uczucie.

przerwa techniczna

Po śniadaniu wraz z kolegą podjęliśmy się trudnego zadania: złapania taksówki. Niby trywialna rzecz, ale tu w Pekinie dziwnie to działa. Na szczęście udało nam się złapać relatywnie szybko (jakieś dwie dziewczyny chciały nam ją gwizdnąć, ale się nie daliśmy :D). I tak radośnie pojechaliśmy na ostatni dzień konferencji. Tym razem trafił nam się kierowca-choleryk. Dużo trąbił, dobrze kombinował i szybko nas dowiózł do celu. Zauważyłem, że w taksówkach mają ciekawie zrobiony klakson. Spokojnie kciukami można go uruchomić i to bez większego wysiłku. Ot, dostosowali samochody do lokalnych warunków 😀

O konferencji nie będę się rozpisywał, bo jak już pisałem wcześniej – byłoby to za nudne dla ludzi spoza pewnych kręgów.

Natomiast udało się ustalić, że silna polska grupa wybierze się na wycieczkę (Plac Niebiańskiego Spokoju, Zakazane Miasto, Letni Pałac Cesarski oraz Świątynia Niebios). Jako, że to była moja sugestia, tak też zająłem się komunikacją z przewodniczką/organizatorką. Ale całość wydarzyła się po lunchu, na którym ponownie degustowałem specjały chińskiej kuchni. I znowu pociekło mi na myśl o smażonych naleśnikach poćwiartowanych na kawałeczki w sosie i z warzywami, czy też smażonym makaronie również w sosie, z warzywami i kawałkami jakiegoś mięsa. Już nawet nie biorę do tego ryżu. Tyle tylko, że dzisiaj nie udało mi się dorwać żadnych ciast i nie zjadłem przepysznego chińskiego piernika. Szkoda – może jutro się uda.

Po konferencji, która zakończyła się około 16.30, dla odmiany po prostu wróciliśmy do hotelu. Po znalezieniu taksówki (co nie było łatwe) udaliśmy się w podróż. Zajęło nam to ponad godzinę ze względu na korki. Do tego jeszcze padał deszcz i była burza. Ogólnie było tak nieco szaroburo. Ale siedząc w taksówce, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy – tu w Pekinie nie ma wandali jeśli chodzi o mazanie jakiś bzdur na murach. Owszem, są obdrapane, ale nie ma graffiti. Bardzo pozytywne.

Korzystając z tego, że wróciliśmy wcześniej, kolega poszedł wypoczywać i testować darmowy internet w recepcji. Ja zaś, jako ten dziwny człowiek zrobiłem szybkie pranie, przebrałem się i wyruszyłem na miasto. Celem wyprawy było dojście do Placu Niebiańskiego Spokoju. Po drodze spokojnie sobie szedłem i oglądałem mieszkańców w trakcie wykonywania różnych czynności z ich codziennego życia. Nie było turystów, przez co wszystko wydawało się naturalne. Pomijam tłok w oficjalnym/oryginalnym sklepie Apple, w którym wielkimi literami reklamują IPad 2. Super nowość, nie?

Kiedy przechodziłem koło obiektu znajdującego się między Zakazanym Miastem/Placem Niebiańskiego Spokoju a parkiem (od strony xidan – zachodniej strony), policja i wojsko zaczęły przeganiać ludzi (nakazując szybciej przejść) ponieważ ktoś ważny właśnie miał tam wjechać. Patrząc po tym, co tam się działo, to albo ich odpowiednik naszego posła/premiera czy nawet prezydenta. Nie robiłem zdjęć z oczywistych względów.

Dalej poszedłem w stronę znanej bramy z portretem wodza. Naprzeciwko niej jakaś Chinka w średnim wieku zagadała do mnie po angielsku i pytała, czy nie potrzebuję przewodnika po Zakazanym Mieście (eee… nie), odpowiedziała mi na pytanie, kto mógł jechać i gdzie się tak naprawdę udawał. Po czym dyskretnie ją spławiłem. Zrobiłem parę zdjęć i zacząłem wracać. Droga w jedną stronę zajęła mi nieco mniej niż godzinę, ale zupełnie tego nie czułem.

Przechodząc koło obiektu, w którym pojawił się wysoko postawiony polityk, zauważyłem ciekawe drzewa. Wyglądały jakby ktoś pomalował je w moro. Profilaktycznie uwieczniłem je, a co. Podczas tego wyjazdu wyszedłem z założenia, że będę zachowywał się niczym “japoński turysta”, co nawet klopsikom nie odpuści i zrobi im zdjęcie. Będąc wielce zainteresowany tymi drzewami (naprawdę wyglądało tak jakby ktoś pomalował korę tych drzew farbą) poszukałem jakieś osoby, która odpowiedziałaby mi na pytanie, czy to jest naturalne czy rzeczywiście ktoś majstrował przy nich. No i trafiła się skądinąd ładna Chinka (co za przypadek). Zagadałem do niej najpierw z pytaniem, czy rozumie angielski i ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziała, że tak, chociaż nie za dużo. No to poleciałem z pytaniem. Popatrzyła na mnie dziwnie, po czym odpowiedziała, że te drzewa tak mają i jest to jak najbardziej naturalne. Szczerze powiem, że jestem bardzo mocno zszokowany (drzewami oraz tym, że ta dziewczyna mówiła po angielsku). Grzecznie podziękowałem jej za odpowiedź i puściłem wolno, by się więcej nie męczyła z jakimś tam obcokrajowcem.

Zatem szedłem sobie dalej drogą w stronę swojego hotelu. Co ciekawe ona też szła w tym kierunku. No ale nie będę jej przeszkadzał, wiec sobie szedłem… szedłem… szedłem i w końcu tak jakoś wyszło, że jechaliśmy niedaleko siebie na ruchomych schodach na świeżym powietrzu. Tak, zamiast wchodzić po schodach jest opcja by wjechać na kładkę nad ulicą. W każdym razie rozmowa jakoś tam dalej się potoczyła, głównie pytałem się o rzeczy związane z normalnym życiem w Pekinie (np. czy drogie jest samo życie) zaś ona, jak to przystało na mieszkańca, pytała o to, czy podoba mi się miasto. I w tym momencie popełniłem jednego z większych błędów, bo ona szła na zakupy, a ja wracałem do hotelu. Normalnie pożegnaliśmy się. Kurna, czemu nie wymieniliśmy się mailami? Ja się pytam, gdzie ja miałem głowę, kiedy z nią rozmawiałem? Chyba sobie wytatuuję na ręku “wymieniaj się mailami, durniu!”.

No, powrzucałem trochę na siebie. Jeszcze jakiś czas będę się gotował w środku z tego powodu, ale to nie jest miejsce na wbijanie sobie gwoździ w łapę czy też walenie głową w ścianę.

W hotelu, po odsapnięciu poszedłem przetestować darmowy internet w recepcji. I rzeczywiście jest taki, działa sensownie. Udało mi się sprawdzić pocztę i zabukować już piątkową wycieczkę dla naszej czwórki (za 250 zł od osoby będziemy mieli lunch, wejściówki, przewodnika oraz transport po mieście). Że tak powiem, polska grupa researcherska przyatakuje zabytki Pekinu. Jest fajnie i będzie jeszcze lepiej. Oby.

Przejrzałem korespondencję i odpisałem na kilka maili. No i udało mi się połączyć poprzez skype z Polską tak, że nie dość, iż było mnie słychać, to jeszcze puściłem video. Szpan. Jedyne 6 godzin przesunięcia.

I tak skończył się kolejny dzień wyjazdu do Pekinu. Teraz oprócz warsztatów będę czekał jeszcze na wycieczkę po mieście. Super bo i pogoda ma się polepszyć na słoneczną i tylko 28-30 stopni.

A teraz wieczorem usiądę i obejrzę sobie jeden odcinek jakiegoś anime. Tak – to już perwersja oglądać anime w Chinach.

Na komentarze, jeśli takowe się pojawią, odpowiem jak wrócę do Polski, z Chin nie mam dostępu do bloga a notki nie są wstawiane przeze mnie.

Linki do pozostłych relacji z Pekinu

Advertisements

~ by drzejan on June 15, 2012.

 
%d bloggers like this: