Chiny – dzień trzeci, czyli drugi dzień pierwszej konferencji

Nie ukrywam, że spanie mniej niż 6 godzin może być męczące. I w rzeczywistości rano padałem na twarz. Ale trzeba być twardym i bez żadnych “ale” pójść na śniadanie. Po zapełnieniu żołądka można było myśleć o spędzeniu dnia na konferencji. Jednak zanim to nastąpiło musieliśmy tam dotrzeć.

przerwa techniczna

Ponownie pojechaliśmy taryfą, przy czym tym razem byłem przygotowany i całą drogę nagrałem dla innych, by zobaczyli jak jeździ się w Pekinie. Czyli losowo, wpychanie się, zajeżdżanie drogi i ignorowanie po części przepisów/świateł. Na filmie jest zarejestrowane jak kierowca zahacza lusterkiem pieszego stojącego pomiędzy pasami ruchu na szerokiej jezdni. Sam się pchał.

Na samej konferencji, jak zwykle już, dorwałem się do internetu. I muszę powiedzieć, że to było dobre. Wszystkie maile sprawdziłem, notkę z dnia pierwszego, czyli kontynuacji zerowego przekazałem (bo sam niestety nie mogę wstawiać ze względu na blokadę wordpressa). I tak zaczęły się wykłady/prelekcje. Na wejściu było spotkanie z człowiekiem, którego zasługi po prostu mnie przygniotły. Ale to nie jest ciekawe. Ciekawe jest to, że wyczaiłem, iż przede mną siedziało… dwóch Polaków. Po lunchu zagadaliśmy do nich w celu zapoznania się i by ustalić, czy nie są zainteresowani wycieczką, która by za jednym zamachem załatwiła Plan Niebiańskiego Spokoju, Zakazane Miasto, Cesarski Letni Pałac oraz Świątynie Niebios (chyba tak się nazywa). Po wstępnych ustaleniach mail do przewodniczki został wysłany – czekamy na odpowiedź z jej strony.

W dalszej części, po drugiej turze prelekcji postanowiliśmy z kolegą pójść w rejony stadionu olimpijskiego, czyli tak zwanego Gniazda. Wiecie, takie gniazdo. Pokręciliśmy się dookoła niego, napstrykałem sporo zdjęć. Nie weszliśmy do środka, bo chcieli za to 50 yuanów, a żadnemu z nas nie zależało na oglądaniu pustego obiektu. Nagrałem również filmik z alejką pełną chińskich frykasów z głębokiego tłuszczu (i nie mówię tu o sałacie ;)).

Co ciekawe, później jak już chcieliśmy sobie zrobić zdjęcia z wielkim logo Olimpiady w Pekinie z 2008 roku, to dopadła nas chińska rodzina i chciała zrobić sobie z nami zdjęcia. Ja na szczęście byłem tylko na jednym z nich. Koledze się nie udało, był na większej liczbie. Chociaż jakbym miał być otoczonym ładnymi Chinkami, to nie mam nic przeciwko temu. Generalnie dochodzę do wniosku, że nie powinienem jeździć do Azji, bo jeszcze przywiózłbym jedną ze sobą. I nie piszę tu z uśmieszkiem.

Chyba powinienem się już leczyć.

Tak Marcin. Wziąłbym ją dla siebie, a nie dla ciebie, jak mi pisałeś w smsie 😛

Po powrocie na teren konferencji, dorwałem się do sieci. Jednak nie zabawiłem za długo ponieważ bateria mi się rozładowała. Natomiast spotkałem kolejnego Polaka. Tym razem mieszkającego na stałe w USA. Wraz z wcześniej poznanym doktorem z Politechniki Poznańskiej porozmawialiśmy o tym, co można zwiedzić w Pekinie/Chinach. Było to możliwe, ponieważ dopiero co poznany kolega spędził już w Chinach dwa tygodnie i to tylko na samym zwiedzaniu. I tak radośnie spędziliśmy cały pozostały czas, jaki mieliśmy do wyjazdu na teren bankietu.

Jak zwykle wzbudziliśmy wielkie zainteresowanie mieszkańców Pekinu. Wszak trzy autokary nie-Chińczyków nie są czymś typowym na ich ulicach. A co dopiero się działo, jak taka chmara ludzi rzuciła się na dzielnicę sztuki w Pekinie? Byliśmy jedynymi obcokrajowcami na tym obszarze. A że było nas więcej niż Chińczyków, to już inna historia. Ogólnie szliśmy koło odnowionych budynków, po czym zatrzymaliśmy się koło kawałka sztuki nazwanego przez jednego z organizatorów “Fat Man”. I rzeczywiście była to rzeźba przykościstego mężczyzny. Takiego na 3 metry wzrostu. Sama dzielnica sztuki nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. Po prostu nie przepadam za takimi miejscami. Chociaż chińska lokomotywa fajnie wyglądała, niestety nie mam jej zdjęcia. Nie będzie dla Mateusza :/

W każdym razie udało nam się dotrzeć do tej galerii sztuki. Na miejsce – ku zaskoczeniu wszystkich – dotarliśmy o 7 wieczorem, a mowa była o tym, że będziemy o 7 wieczorem. Oznaczało to tylko jedno – nie wszystko było gotowe. Nie pytajcie w tym o logikę. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się w środku elementów z azjatyckiej sztuki lub co najwyżej z wpływami zachodniej cywilizacji. Ale to co ujrzałem było żywcem wzięte z zachodu. Szkoda, bo ja nie przepadam za takim czymś.

Natomiast w środku było to co wszyscy lubią, a zwłaszcza jeśli jest to bankiet, to musi być. Czyli jedzenie. Zanim jednak się pojawiło, zdążyłem się napić odpowiedniej ilości soku. Później zaś pojawiły się pierożki, przekąski z czegoś z czymś na wierzchu (mój ulubiony opis na jedzenie w Pekinie), koszyczki z “chińskim jedzeniem na wynos”, chiński placek a’la hamburger, szaszłyki oraz potrawa z kaczką po pekińsku w roli głównej. Przy tej ostatniej potrawie, widząc jak przynoszą kaczki, rzuciłem się na kamerę i nagrałem cały proces krojenia kaczki przed podaniem jej. Dodatkowo uprzejmy Chińczyk, który był uczestnikiem konferencji, wytłumaczył mi kilka ważnych rzeczy związanych z całym procesem przygotowywania potrawy. Wyszło na to, że jeśli coś nie wyjdzie przy krojeniu, to mięso nabierze nieprzyjemnego smaku i jedyne co można będzie z tym zrobić, to wywalić do kosza. Ponownie jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jak Chińczycy starają się pomóc innym i to niezależnie od tego, czy potrafią mówić po angielsku (jak w przypadku dnia pierwszego, czyli kontynuacji zerowego jak jechaliśmy do Badaling). Po prostu super. W Polsce czegoś takiego raczej bym nie uświadczył. Niestety.

Zaś sama prawdziwa kaczka po pekińsku… Mniam Mniam, że tak się wyrażę :> I ten ociekający tłuszczyk pełen aromatu dymu. No i znowu mi pociekło.

W każdym razie, spróbowałem większość z dostępnych potraw, po czym porozmawiałem z kolegami z Gdańska na różne tematy, w tym głównie o sensie doktoratu w Polsce, systemie edukacji w Australii i jak bardzo środowisko stricte akademickie odpływa od rzeczywistości oraz o praktycznym zastosowaniu tego, co robimy. Generalnie obraz nie przedstawiał się w przypadku ostatniego elementu najlepiej.

Po tym jak się najedliśmy, postanowiliśmy wrócić do hotelu. Chociaż były autobusy to jednak zawiozłyby nas na teren konferencji, gdzie większość uczestników nocowała w hotelach. My zaś jako wyjątkowi mieliśmy 15 kilometrów do hotelu od samego miejsca konferencji. Dlatego udało się wcześniej trafić do domu. Jednak nie bez przygód.

Mianowicie trafił nam się nieco chory taksówkarz. Co chwila kaszlał. Jednak nie to było najważniejsze. Jadąc do hotelu poczułem się jak pasażer porwanej przeze mnie taryfy w GTA. Jechał konkretnie – leciał zdecydowanie szybciej niż inni, wyprzedzał z prawej, czy też jechał jako ten trzeci na środku przy dwóch pasach. Do tego ciekawie trzymał kierownicę, tak od niechcenia. Za to jednak jechał płynnie. Pełen respekt dla umiejętności. Jakby co, po chwili wyciągnąłem kamerę i nagrałem to jak jechał.

Natomiast jak wyglądał sam wieczór? Tak samo jak zwykle. Czyli dopisałem nowy dzień do notatek z konferencji oraz spisałem zdecydowaną większość tej notki. Resztę zostawiłem sobie na następny dzień.

Na komentarze, jeśli takowe się pojawią, odpowiem jak wrócę do Polski, z Chin nie mam dostępu do bloga a notki nie są wstawiane przeze mnie.

Linki do pozostłych relacji z Pekinu

Advertisements

~ by drzejan on June 14, 2012.

4 Responses to “Chiny – dzień trzeci, czyli drugi dzień pierwszej konferencji”

  1. @Chyba powinienem się już leczyć.

    Azjatki potrafią być bardzo ładne, więc nie widzę powodu.

    • Owszem, potrafią. Ale w momencie, gdy co druga… co trzecia mi się podobała to już nie dobrze, nie ? 😉

  2. “No i znowu mi pociekło.”

    hyhy :]

    • No a jak inaczej opisałbyś cieknącą ślinkę na myśl o czymś wyjątkowo smacznym? No dajesz :>

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: