Chiny – dzień drugi, czyli pierwszy dzień pierwszej konferencji

Chociaż poszedłem spać relatywnie wcześnie jak na czas polski, bo już około 16, to jednak pobudka o 00.45 była męcząca. Ale nie ma co się nad sobą użalać, trzeba wstawać i zasuwać na śniadanie, gdzie mogłem ze spokojem (głównie żołądka) zjeść smakołyki chińskiej kuchni. I to jeszcze jako stół szwedzki – było dobrze.

przerwa techniczna

Po najedzeniu się i wypiciu dużej ilości soku pomarańczowego udaliśmy się z kolegą w stronę centrum konferencyjnego. Po drodze widzieliśmy żyjący już Pekin, niekoniecznie od strony jaką widzą turyści. Dodatkowo minęliśmy “Ptasie Gniazdo”, które nie zrobiło jakoś szczególnego wrażenia na mnie. Ale przecież nie musiało robić pozytywnego wrażenia (ale i tak planujemy któregoś dnia pokręcić się dookoła i porobić zdjęć/nagrać filmy).

Na miejscu standardowo – odebrałem akredytację, po czym zasiadłem na odpowiednim miejscu i zacząłem słuchać, co mają do powiedzenia mądre głowy. O tym o czym była mowa tego dnia nie będę się rozpisywał, bo to nie jest coś, co by ludzi pociągało (wirtualizacja w VMWare, dodawanie wsparcia dla wysokopoziomowego języka programowania dla GPU czy też zabawy z FPGA). Co najważniejsze, wreszcie dorwałem się do internetu. Niestety wordpress jest blokowany, ale za to porobiłem korespondencję mailową
ze wszystkimi.

Wspomnę tylko, że ja to mam szczęście. Najpierw zagadałem do jednego prelegenta i okazało się, że nie był to Chińczyk tylko Koreańczyk (powinienem już ich rozpoznawać), to później przy wodopoju podczas lunchu spotkałem… Polaka, chyba jedynego prelegenta na tej konferencji. Chwilę porozmawialiśmy, po czym każdy udał się w stronę swojego kawałka miejsca, gdzie mógł jeść. A jedzenie było przednie chociaż krewetki z warzywami na parze były takie sobie. Za to grillowane chili, podsmażany makaron
czy kawałki kurczaka oraz kaczki robiły swoje. No i co warto odnotować, chińskie banany (chyba ich) są słodsze oraz bardziej aromatyczne, przy czym są mniejsze i bardziej pękate. Do tego arbuzy oraz melony są słodkie, bardzo słodkie.

Po oficjalnej części na konferencji zostaliśmy zabrani do siedziby Microsoftu w Pekinie. Robi wrażenie, trzeba przyznać. Do tego znowu bufet oraz dużo rozmów. Najlepiej mi się jednak rozmawiało z starszym inżynierem z Qualcomu chociaż i tu nie wiem czy miłe oraz (co będę ukrywał) bardzo ładne Chinki nie były lepszymi towarzyszami do rozmów. Jedyny problem to to, że chciały mnie zwerbować do pracy w dziale badawczym u nich, w Microsofcie w Pekinie.

Po tym wszystkim, a głównie opiciu się sokiem pomarańczowym, postanowiliśmy z kolegą urwać się z imprezy i wrócić do naszego hotelu. Przy okazji obfotografowałem chyba jedną z ważniejszych dzielnic handlowych Pekinu (pełno ludzi, dużo sklepów, centrów handlowych i innych tego typu udogodnień). Jedyne co mnie bolało to to, że w Pekinie równa się z ziemią starą zabudowę, by zrobić miejsce dla centrów handlowych, centrów konferencyjnych czy po prostu hoteli. Ale mimo wszystko widziałem w centrum
miasta pola z pszenicą (nie pytajcie, ze wszystkich stron praktycznie otoczone trzypasmowymi drogami).

Wiecie jaki był problem ze złapaniem taksówki po południu w Pekinie? Ostatecznie zanim udało nam się coś złapać to przeszliśmy kawałek miasta z kolegą. Po drodze spotkaliśmy naciągaczy, co chcieli nas zawieść do hotelu za 80 yuanów (40zł) gdzie w normalnej taryfie wychodziło 30 (~15zł). Na szczęście nie daliśmy się i skutecznie wycofaliśmy się na bezpieczną odległość.

Powrót do hotelu odbył się już bez większych problemów. Pomijam duże korki o tej godzinie, natłok samochodów jako taki oraz bardzo duże zapotrzebowanie na taksówki ze strony mieszkańców miasta. Jak tak obserwuję, to taksówkarze mają dużo pracy w Pekinie, bo nie raz nie da się złapać taksówki skoro wszystkie są już w wkładką mięsną w środku.

W końcu wypadałoby przejść się do jakiegoś marketu. Jako że jeszcze w domu szukałem, gdzie jest w pobliżu hotelu coś sensownego, to udaliśmy się do Walmartu. Miały być tylko dwa kilometry. A po drodze widzieliśmy dużo rzecz. Za przykład niech posłuży oficjalny salon Apple w Pekinie, bezdomnych śpiących na środku chodnika (i nikomu nie przeszkadzali, po prostu spali) czy też obwoźnych artystów jak jedna dziewczyna, która śpiewała z playbacku jeden utwór i tylko się przemieszczała co jakiś czas z
miejsca na miejsce. Ale ogólnie pomimo relatywnie wczesnej godziny (około 21) to życie tętniło. Co więcej, nie było ludzi pijanych lub po prostu nie byli widoczni. Nie to co u nas.

Dodatkowo zrozumiałem wreszcie o co chodzi z komunikacją na ulicach. Zasada jest prosta – im jesteś większy, tym więcej możesz. Zatem najpierw jadą samochody, później skutery i rowery, po czym mogą iść piesi. Trąbienie służy tylko i wyłącznie temu, by dać znać innym, że się właśnie ich mija. Ciekawa filozofia.

Co jeszcze warto zaznaczyć? Darmowe toalety da się znaleźć z daleka. Nie dlatego, że są tak dobrze oznakowane tylko dlatego, że czuć je na odległość. Co jak co, ale ekskrementy plus wysoka wilgotność oraz temperatura robią swoje.

Żeby nie było zbyt fajnie, to znalezienie Walmartu było dla nas problemem. Ostatecznie udało się, ale to tylko dzięki przypadkowi, bo nie widać było żadnej reklamy na zewnątrz. A w środku chaos. Naszukałem się miejsca, gdzie są herbaty, po czym szczęśliwie kupiłem jeszcze inne rzeczy na prezenty z dalekiej wyprawy . Jakąś drogą herbatę kupiłem (35zł za torebkę 200g). Ma być dobra i tyle. Inna wersja mnie nie interesuje. Ale zanim znalazłem to miejsce z herbatami, to lekko zrozpaczony, że nie mogę ich znaleźć postanowiłem się spytać gdzie mogę je znaleźć… spytać starsze państwo z Wielkiej Brytanii. Bo na obsługę nie miałem co liczyć, niestety. Oni też stwierdzili, że głównie na migi porozumiewają się z mieszkańcami miasta.

Oczywiście na opakowaniu nie było informacji o tym, że jest to herbata… Więc TO MA BYĆ herbata. Koniec.

By dalej nie było za dobrze, to przy kasie okazało się, że czytniki kart nie działają. Co gorsza, większość Chińczyków płaciła kartą. Zatem po uroczych 30 minutach udało nam się opuścić kasy. Ale podczas tego postoju zdarzyło się coś, co mnie całkowicie rozbiło na kawałki. Mała dziewczynka, po tym jak czytniki padły, odezwała się do nas po angielsku, że powinniśmy iść do innej kasy. WOW. Choć to była łamana angielszczyzna to jednak liczy się. Prawie się wzruszyłem.

Droga powrotna to nic innego jak przejście się tym samym szlakiem, którym dotarliśmy do sklepu. Jednak po drodze ukazało się naszym oczom coś, czego się nie spodziewaliśmy. Przynajmniej teoretycznie, bo ja jak zwykle czułem w kościach, że to zobaczę. Otóż w ogródku piwnym na ulicy, grupka Chińczyków sącząc napój przypominający mocz oglądała… transmisję meczu z Euro, z Polski. Prawie się wzruszyłem – zwłaszcza jak zobaczyłem studio i w nim maskotki na Euro. Super.

W samym hotelu to padłem na twarz ze zmęczenia. A nie, wróć – jeszcze napisałem większość tej notki, podsumowanie dnia konferencji i dopiero wtedy padłem. O 18.30 czasu Polskiego (w Pekinie +6h).

Na komentarze, jeśli takowe się pojawią, odpowiem jak wrócę do Polski, z Chin nie mam dostępu do bloga a notki nie są wstawiane przeze mnie.

Linki do pozostłych relacji z Pekinu

Advertisements

~ by drzejan on June 13, 2012.

2 Responses to “Chiny – dzień drugi, czyli pierwszy dzień pierwszej konferencji”

  1. bardzo niepokojące jest to ostatnie zdanie.
    pozostaje tylko mieć nadzieję, że notki nie są autorstwa komisarzy z chińskiego UB (perfekcyjna podróbka!) lub że nie są pisane pod przymusem (odebrany paszport itd.).

    • To było standardowe zdanie, które dodałem na wszelki wypadek by było wiadomo, że nie odpowiem na komentarze zbyt szybko. W Chinach po prostu adres do mojego bloga nie działał – tak jakby strona nie istniała.

      A problemu z służbami tam na miejscu nie miałem. Najpewniej pracowali gdzieś dookoła mnie, ale na tyle przezroczyście, że nawet nie zauważyłem.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: