Chiny – dzień pierwszy, czyli kontynuacja zerowego

Jak już wspomniałem wcześniej – szczęśliwie dotarłem do hotelu (Xixi Friendship) położonego naprawdę w centrum Pekinu. Po odebraniu karty do pokoju udaliśmy się w celu sprawdzenia warunków zakwaterowania. I powiem jedno – jest nieźle. Mnie tam najbardziej doskwiera płatny dostęp do internetu. Czyli nici ze skype. Do tego obsługa słabo porozumiewa się po angielsku, ale jednak porozumiewa. Bo z angielskim w Pekinie jest problem. I to duży. Ale o tym później.

przerwa techniczna

Jak to na turystów przystało, wzięliśmy co najważniejsze… wróć, zanim się wybraliśmy to oczywiście musiałem mieć najpierw problemy z sejfem (a bo jak!) a później zatrzasnąłem w pokoju kartę wejściową (wziąłem nie tą – w pokoju została wejściowa, zaś u mnie była ta od prądu). Na szczęście sprzątaczka kręcąca się w pobliżu szybko pomogła mi, po tym jak nagimnastykowałem się z tym, by mi otworzyła drzwi (bo oczywiście nie rozumiała angielskiego ;).

Wybyliśmy w końcu na miasto. Mając w ręku zdobyczną darmową mapę dla turystów oraz mapę Pekinu z google maps w pamięci podręcznej (cache z czasów darmowego wifi na lotnisku w Helsinkach, gdzie siedziałem i czekałem dwie godziny pod bramką). I tak błądziliśmy. Kolega postanowił kupić jakieś lokalne śniadanie prosto z wózka, ja się nie odważyłem. Wytłumaczyłem się, że spróbuję za kilka dni, jak zobaczę że nic mu się nie stało po zjedzeniu tego specjału. Tak, jestem okrutny. Taki placek z ciasta i dwoma jajkami po bokach placka i z parówką w środku kosztował 4 yuany (czyli coś około 2 zł).

Generalnie poszliśmy obszarami, gdzie zwykli turyści się nie kręcą i muszę przyznać jedno. Pekin po przylocie sprawiał wrażenie naprawdę zwykłego dużego miasta (tylko 13 mln mieszkańców). Nie czuć było klimatu innego niż znanego z europejskich miast (patrz Łódź i Warszawa XD) aż do momentu zejścia z oficjalnych szlaków. Mieszkania po 4×4 metry, warsztaty samochodowe czy też obwoźne rowerowe – postaram się zrobić zdjęcie by i Szymon zobaczył jak się naprawia rowery w Pekinie i ogólniej wszystko co jest na dwóch kółkach. I tam było dopiero czuć klimat miasta. Dzieci bawiące się na ulicy w, uwaga, gumę czy klasy. Jak ja dawno nie widziałem tego u nas, w Polsce, w Łodzi chociażby. Widać było, że nie żyje się tym ludziom najdostatniej, ale jednak byli szczęśliwi i żyli każdym dniem. To było po nich widać. Do tego zawsze uśmiechnięci.

Uśmiechnięci o ile nie zauważyli, że idzie obcokrajowiec z naprzeciwka, bo wtedy schodzili na bok, patrzyli na ściany lub na buty. Generalnie unikali przeciwnika. Zwłaszcza mnie, bo do kolegi jeden zaczął się nawet modlić O_o.

Do picia musiałem niestety nabyć coś, bo szykował się gorący dzień. I tak 1.5L wody kosztowało mnie 4 yuany, czyli w przybliżeniu 2 zł. Nie jest źle. Dalej poszliśmy w stronę dużej stacji autobusowej i zaczęliśmy polować na autobus 819 czy 919, który miał nas zabrać do Badaling, gdzie jest fragment Wielkiego Muru. Niestety brak znajomości języka angielskiego u kierowcy/kasjerki trochę nam przeszkodził, ale za to uczynna młoda Chinka bezinteresownie zaprowadziła nas do odpowiedniego miejsca (gdzie była już spora kolejka). Owa Chinka, jak reszta spotkanych przez nas przedstawicieli tej narodowości, nie potrafiła nic powiedzieć po angielsku, ale i tak bardzo jej dziękuję za pomoc (chociaż na pewno tego nie zobaczy). I tak za całe 12 yanów (około 6 zł) pojechaliśmy do Badaling, co zajęło nam około 1h jeżdżenia po autostradach.

Ale zanim odjechaliśmy, to miało miejsce coś, co mnie rozbiło na kawałki. Najpierw kasjerki (bo było ich dwie) sprzedały bilety, po czym zaczęły je sprawdzać. Profilaktycznie nie mówiły po angielsku, bo w cale nie było w autobusie istotnej części obcokrajowców. Jak już minęła połowa godziny i kasjerki w końcu wyszły, miła Chinka zaczęła opowiadać o historii tego fragmentu muru. Chyba, ponieważ niestety mówiła jedynie po… chińsku.

Co ciekawe w autobusie oprócz nas dwóch jechała jeszcze czwórka Polaków. Jak się później okazało polski można bardzo często usłyszeć na Wielkim Murze. Ale nie będę uprzedzał faktów i notorycznego spotykania emerytów z Polski na wycieczce, matki z synem czy też wspomnianej grupki. Autobus był klimatyzowany (to o Polakach to była dygresja, czas wracać do głównego wątku) i o ile taksówkarz, który słuchał chińskich kabaretów (dziwnie brzmiały i nic nie rozumiałem) jeździł kulturalnie i spokojnie o 8 rano w niedzielę, tak kierowcy autobusów cały czas trąbili. Zresztą wszyscy kierowcy na ulicy trąbią, włącznie z rowerzystami i użytkownikami motorowerów na prąd. Ogólnie to co widziałem na ulicach Pekinu przypomina mi całkowicie losowe zdarzenia. Czerwone nie przeszkadza, by przechodzić przez przejście, rowery jeżdżą gdzie chcą i nieważne, że pod prąd. Samochody najeżdżają na ludzi i zaczynają trąbić. Istny chaos w najczystszej postaci, dlatego my dwaj stoimy na czerwonym i czekamy na zmiany świateł.

No dobra. Dojechaliśmy w końcu do Badaling. Skorzystanie z darmowego kibelka, lekka wspinaczka i oczom ukazuje się wartownia, z której wychodzą dwa szlaki. Oraz punkt pobierania opłat za wejście na zabytek. Całe 45 yuanów za dorosłego, czyli 23 zł. Tanio, nie? W sumie cała impreza z samodzielnym przebiciem się przez obsługę mówiącą jedynie po chińsku kosztowała mnie 69 yuanów – 35 zł. Fajnie.

Po murze pochodziłem i muszę powiedzieć że jest piekielnie stromy. Niby są schody, ale na trzy rzędy cegieł jeden stopień (czyli z 30-35 cm), wypłaszczenia podchodziły nieraz do magicznych kątów nachyleń typu 45-50 stopni. W sandałach czułem jak kilka razy bym zjechał. Ale twardy byłem – nie chciałem zepsuć sprzętu jaki miałem ze sobą. Zatem tak, Wielki Mur robi wrażenie i to nawet jeśli idzie się w pielgrzymce, w której słychać czasami polski czy niemiecki.

Co ciekawe, obcokrajowcy prosili obcokrajowców o zrobienie im zdjęć. Wiecie czemu? Bo poproszenie Chińczyka czy Chinki o zrobienie zdjęcia by się może i udało, ale wymagałoby sporego namachania się rękoma, bo oczywiście nikt nie posługuje się angielskim. A jak już mowa o Chinkach to muszę przyznać, że większość z nich jest bardzo ładna lub po prostu piękna (tak, moje skrzywienie). Wszystko byłoby fajnie, gdyby jednak nie to, że nie ma jak się z nimi nawet skomunikować, bo pomimo młodego wieku w ogóle nie mówią po angielsku. Szkoda.

Natomiast zrobiłem coś dobrego, chyba. Idąc i nagrywając poświęcenie z jakim zdobywałem kolejne segmenty muru zauważyłem dwie Chinki kierujące się w tym samym kierunku co ja z jedynie przeciwnym zwrotem. No i “wyczułem” spojrzenie jednej z nich w moim kierunku. Nie pozostało mi nic innego jak tylko uśmiechnąć się do niej (w żadnym wypadku w sposób zdrożny czy coś, normalnie). Reakcja tej dziewczyny była wręcz nieprawdopodobna, niemalże zaczęła błyszczeć. Tak prostym gestem spowodowałem, że najpewniej do końca dnia ta dziewczyna miała dobry nastrój. I to było fajne uczucie.

Powrót do Pekinu z Badaling zajął nam sporo czasu ponieważ akurat przypadał na godziny szczytu (w niedzielę?). I nawet pomimo czteropasmowych dróg wjazdowych wszystko było zakorkowane. Wróć, nie zakorkowane, przynajmniej nie tak jak my to znamy – stanie w miejscu. Tu wszystko jechało, tylko wolniej. Do tego minęło moje przekonanie, że Chińczycy jeżdżą ostrożnie i spokojnie (na podstawie tego jak jechał kierowca z lotniska). Oni non stop trąbią, coś tam się drą. Zresztą, to co się dzieje u nich na drogach to chaos. Po prostu chaos.

Jako, że wróciliśmy do miasta i byliśmy już nieco wygłodniali, zaczęliśmy szukać czegoś do jedzenia. Zdecydowanie odradzałem koledze pójście do knajpy, gdzie za drzwi służyły kawałki twardej folii (jak nieraz są np. u rzeźników). Tak sobie szliśmy, zupełnie spokojnie, gdy akurat zdarzyło nam się mijać sklep, w którym mieli zdjęcia jedzenia wraz z cenami. Na chwilę tylko się zatrzymaliśmy, a tu kelnerki wybiegły w naszą stronę i nas zagoniły. Cóż, na miejscu było mało ludzi – nam dano menu z częściowo przetłumaczonymi potrawami (google translate 😉 oraz iPada z aplikacją z potrawami. Bardzo proste rozwiązanie, po prostu wrzucone zdjęcia i przesuwanie paluchem po nich, by zmienić na następną potrawę. Ja zapobiegawczo wziąłem pierogi z mięsnym nadzieniem oraz cebulką, kolega zaś planował wziąć smażone mięso z warzywami, ale ostatecznie wyczułem w jego jedzeniu grzyby a nie mięso. Do tego dobry sok śliwkowy z limonką (serio, pycha :D). Całość kosztowała nas około 15zł na łebka. Co ciekawe, później okazało się, że jest to restauracja, gdzie przychodzą ludzie całymi rodzinami, czyli dobrze trafiliśmy. Po całym zamieszaniu, jakie wywołaliśmy, postanowiliśmy dać napiwek kelnerkom. Wiece co się stało? Po wyjściu, kawałek od restauracji usłyszeliśmy, że ktoś biegnie za nami. Kelnerka nie chciała napiwku. Dziwne, chociaż czułem w kościach, że tak zrobią.

W każdym razie, dotarliśmy do hotelu. Czyli koniec dnia pierwszego.

Na komentarze, jeśli takowe się pojawią, odpowiem jak wrócę do Polski, z Chin nie mam dostępu do bloga, a notki nie są wstawiane przeze mnie.

Linki do pozostłych relacji z Pekinu

Advertisements

~ by drzejan on June 12, 2012.

 
%d bloggers like this: