Tydzień z życia osoby dojeżdżającej do pracy z Łodzi do Warszawy

Na wejściu zaznaczę, tak na wszelki wypadek, że to co napiszę w dalszej części notki składa się na opis najgorszego tygodnia jaki miałem nie przyjemność przetrwać podczas dojazdów do pracy.

przerwa techniczna

Poniedziałek

Jak zawsze kulturalnie wsiadłem rano do autobusu (99 około 5.20). Ładny solaris, który z przyczyn technicznych w pewnym momencie zaczął mieć problemy z zamykaniem drzwi. Skutkowało to tym, że zaczął się opóźniać, ale na szczęście o nie więcej niż 3 minuty. Na kaliskiej mam rezerwę 10 minut na spóźnienia – w sensie 10 min od planowanego przyjazdu autobusu do odjazdu pociągu. Przejście tego odcinka to około 90 sekund. Czyli na spokojnie.

W pociągu (Łodzianin, 6.00 z Kaliskiej), profilaktycznie temperatura w przedziałach na poziomie około 5-10 stopni więcej niż na zewnątrz. Ale człowiek twardy jest. Płaszcz powiesiłem i siedziałem w koszuli z krótkim rękawem.

Droga powrotna (Włókniarz, 18.12 z Wwy Centralnej) – spokój. Ciepło. Musiało się nagrzać przez cały dzień.

Wtorek

Nic ciekawego. Ba! Nawet grzali w pociągach w drodze do pracy (Łodzianin, 6.00 z Kaliskiej).

Droga powrotna (Włókniarz, 18.12 z Wwy Centralnej) – też bez problemów.

Środa

Jak codziennie jechałem na dworzec 99 o 5.22 z mojego przystanku. Kolejny solaris, kolejne problemy z drzwiami. Poważne problemy. Nie wiem czemu kierowcy nie wpadną na cudowny pomysł ‘kurde, po co otwierać drzwi, które się nie zamykają?’. Nie ogarniam tego. Spóźnienie 10 minut… przy rezerwie 10 minut – było źle. Na wcześniejszym przystanku (Łódź Kaliska estakada) wyleciałem jak z procy i przebiegłem od Włókniarzy na pierwszy peron w niecałą minutę. Spojrzenie ludzi – bezcenne.

Łodzianin, 6.00 z Kaliskiej. Temperatura w przedziale znowu nieco wyższa niż otoczenia. Na szczęście miałem już bluzę na sobie. Na dodatek przykryłem się płaszczem.

Droga powrotna, uwaga tu zmiana bo teraz wracam Łodzianinem o 17.10 z Wwy Centralnej. Pociąg zaliczył około 10 minutowe opóźnienie na Widzewie. Ale MPK Łódź o godzinie około 19.00 zaczyna już mieć ‘super’ połączenia przez co przełożyło się na to, że byłem 20 min później niż planowałem. Ale jednak wciąż fajnie, bo byłem około 20.00 a nie 21.15.

Czy to przypadkiem nie Zdanowska, w ulotce którą rozdawano przed zamknięciem Fabrycznej, opowiadała, iż komunikacja miejska będzie dostosowana dla ludzi dojeżdżających do Wwy do pracy (pomijam fragment o utrudnieniach i pewnych poświęceniach, bo to za przeproszeniem było pieprzenie głupot – ona się nie poświęca, tylko ‘obywatele’)? Fajnie, tylko cholera nie wiem czemu dostosowano ją pod ludzi na południu, wschodzie i zachodzie Łodzi gdzie są odpowiedni dworce: Chojny, Widzew i Kaliska. Zapomniano zupełnie o Północy – Radogoszczu i Helenówku. Że żaden decydent w MPK nie wpadł na genialny pomysł puszczenia linii autobusu, który spinałby główne dworce w Łodzi, jadąc od Włókniarzy (11 Listopada) do Kaliskiej, później Piłsudskiego do Widzewa gdzie zawracałby i jechałby Kopcińskiego do Strykowskiej, Inflancką, później potencjalnie Łagiewnicką lub Julianowską Zgierską. I tak robić objazd dookoła Łodzi. Ale widać nie jest to dobry pomysł. Lub mają gdzieś ludzi tam na północy. A pomysł wydaje się ciekawy, bo można by było dodatkowo zgarniać ludzi z zachodu Łodzi – Teofilowa. Kwestia jednej przesiadki dla nich. Byle dotrzeć do Włókniarzy.

Czwartek

Zacząłem wcześniej wracać do domu, więc więcej śpię. Autobusy zaczynają nawalać, więc trzeba wcześniej wstać i jechać wcześniejszym. Zatem zamiast jechać 99 o 5.22 pojechałem tymi o 5.08. To co mi się podobało, to to że podjechał mocarny Ikarus – czuć było od niego moc i potęgę, która jest w stanie przeciwstawić się potwornemu mrozowi. Ale co z tego, jak i on padł (tak, drzwi się nie zamykały – a był wcześniej problem z nimi, więc nie wiem czemu kierowca mimo wszystko zawsze je otwierał). Przy Struga. Stałem na mrozie ponad kwadrans, bo następny autobus (ten co normalnie nim jeździłem) przyjechał… spóźniony. Freaking awesome.

Pociąg do Wwy (Łodzianin, 6.00 z Kaliskiej) odjechał normalnie. Tyle, że ponownie temperatura powodująca, że niemalże było widać oddech. Ale miałem bluzę i płaszcz. Przeżyłem.

Pociąg z Wwy do Łodzi (Łodzianin, 17.10 z Centralnej). Tu wielkie zaskoczenie. Przyjechał 10 min przed czasem. WOW – da się, to co mi za każdą zmianą rozkładu dowalają dodatkowe minuty przy stałej cenie? W sumie nie przy stałej bo od stycznia bilety zdrożały. Czyli w PKP jest tak, że nie płaci się za przejechane kilometry, tylko za minuty w pociągach?… W każdym razie, widząc, że będę wcześniej, chciałem sprawdzić o której mam tramwaje, ale coś strona MPK nie działała (ważna informacja!).

Szczęśliwy wsiadłem w tramwaj, bodajże w 10 o 18.43. Wszystko fajnie, ale mniej więcej na wysokości Kopcińskiego zjeżdża z Piłsudskiego. Czekałem na przystanku spokojnie, bo sądziłem, że jest to ‘ta’ godzina, gdzie MPK usuwa sprzęt z miasta. Podjeżdża następny tramwaj – 8. Ona też zjeżdża w Kopcińskiego. He? Stałem już 15 minut (szlag trafiło to, że w Łodzi byłem już o 18.35). Strona MPK nadal nie odpowiadała. W międzyczasie widzę, że ze stacji przy Piłsudskiego wyjeżdża autobus z napisem ‘komunikacja zastępcza’. Kierowca widząc mnie nic nie pokazał. Tylko przejechał skrzyżowanie, zatrzymał się na pseudo przystanku i pojechał dalej.

Strona MPK wreszcie odpowiedziała. Awaria na Piłsudskiego, zatrzymany ruch tramwajów. No to idę do miejsca gdzie podjechała Zetka. Klnę już jak szewc, ludzie się na mnie dziwnie patrzą, ale miałem to już w dupie. Byłem na mrozie 25 minut. Najczęściej cytowałem Pazurę i jego ‘monolog o Łodzi’. Informacji nadal zero. Po 10 minutach podjechała następna Zetka. Gdyby nie sieć w telefonie to bym kurde stał jak ten kołek na przystanku tramwajowym, bo nie dość że motorniczy nic nie powiedział pasażerom, to jeszcze kierowca pierwszej Zetki po cichu oddali się w swoim grzanej kabinie.

Dzięki MPK spędziłem w czwartek na mrozie ponad 50 minut. Dziękuję Wam za to. Naprawdę.

Dowiedziałem się też, wieczorem, że w gazecie poseł Godson opisał jak wyglądała podróż do Łodzi pociągiem bodajże w poniedziałek. Najpewniej jechaliśmy tym samym, ‘schładzanym’, składem. Może coś się ruszy?

Piątek

Autobus o 5.09 dojechał przez przypadek na czas. Zająłem sobie miejsce w przedziale (Łodzianin, 6.00 z Kaliskiej), który kiedyś był jedynką, ale teraz służy z ośmioma miejscami za dwójkę. Był grzany tylko śmierdziało palaczami. Za Kaliską, około 200 metrów, pociąg się zatrzymał i stał… i stał.. w końcu jednak ruszył, doczołgał się do Chojnych gdzie po chwili konduktor rzucił Z powodu zerwania trakcji pociąg ominie stacje Łódź Widzew. Ok. Jak ominie, to jedzie starymi torami = opóźnienie. Dodatkowe opóźnienie. Szczęśliwie około 7.05 dojechaliśmy do Koluszek gdzie staliśmy i czekaliśmy na osobówkę w Widzewa z ludźmi jadącymi do Warszawy. Po 20 minutach oczekiwania i abordażu w końcu ruszyliśmy. Ludzie są jak te muchy, nie mogą się zdecydować na którym kawałku odchodów usiąść i jeść – niemalże jak w jednej scenie z ‘Dnia Świra’. Wchodzą, siadają, wychodzą. Na spokojnie, z 35 minutowym opóźnieniem, dojechałem do Wwy. Oznaczało to tylko tyle, że Łodzianinem (17.10 z Centralnej) już nie wrócę.

Po 17.40 wyszedłem z pracy, żwawym krokiem poszedłem na Centralną gdzie ku mojemu zdziwieniu podjechał jakiś pociąg do Kaliskiej. Jak się okazało – przed 17 padła gdzieś lokomotywa i pociągi dostały obsuwy około 50 minutowej. Więc jechałem pociągiem, który powinien odjechać z Centralnej o 17.14. Było przynajmniej ciepło. Nawet gorąco. Chcieli chyba w PKP wyrobić średnią tak za cały tydzień, by można było podać ‘u nas jest ciepło’.

Dotarłem do Łodzi. MPK działało. Zrobiłem zakupy i około 22 wszedłem do domu. Koniec tygodnia, czas iść spać.

Advertisements

~ by drzejan on February 4, 2012.

 
%d bloggers like this: