JAPANicon2 i B-XmassCon 2 – byłem, zobaczyłem, (jakiś cudem) przeżyłem i wróciłem

Teoretycznie miałem więcej nie pisać na blogu. Jednakże zmieniła się nieco sytuacja – głównie wpływ na stan rzeczy miało to, że dorobiłem się wreszcie czegoś na czym można grać/pisać/programować, a co mogę wrzucić do plecaka i nie waży kilku ton.

Dlatego też udało mi się nadgonić nieco zaległości w anime (kurcze, czy tylko ja mam wrażenie, że zawsze mam zaległości, że nigdy nie jestem na bieżąco?). A jak już mowa o anime i po części też visual novelach, to tak jak widnieje w tytule notki – wybrałem się na dwa konwenty. Tak naprawdę to na trzy, ale tym razem nie będę się rozwodził o Falkonie 2011. Po tym pięknym przejściu, koncepcyjnie zapożyczonym z Nieczystych Zagrywek z imperium gier na wp ;), przechodzę do sedna sprawy.

przerwa techniczna

JAPANicon 2

Bez większego namysłu i bez analizowania planu, zamówiłem wraz z ekipą szturmową wejściówki i radośnie, w mocarnym fordzie ‘cresta’ pojechaliśmy do Poznania na JAPANicon 2. Uwzględniając to, że mało sypiam, autorytatywnie zadecydowałem, że o ile dojazd zwisa mi i powiewa (przejechanie z Łodzi do Poznania jakimiś bocznymi drogami) tak powrót musi odbyć się poprzez płatną autostradę. Pokryłem koszt przejazdu, przez co ostatecznie wróciliśmy na tyle wcześnie, że mogłem coś jeszcze tego dnia zrobić, a nie tylko przygotować się do spania.

No dobra, nie nudzę więcej o mało istotnych detalach. Co zapamiętałem z konwentu? To, że rozłożyłem się w sleeproomie, w fajnym miejscu pod ścianą – jednak ze względu na zaciemnienie i duuuża liczba ludzi na podłodze, przez całą noc nie udało mi się dotrzeć do mojego legowiska. Z drugiej strony miało to swoje pozytywne aspekty – mianowicie przesiedziałem noc na różnych panelach, na których było relatywnie mało ludzi. Przekładało się to z automatu na lepszą komunikację pomiędzy prelegentem a słuchaczami.

I tak najlepiej zapamiętałem, z atrakcji, panel Rai o legendach miejskich w Japonii. Prawie wszystkie legendy związane były z toaletami, głównie damskimi. Biorąc pod uwagę godzinę, o której odbył się panel (w rejonach północy), zgaszone światła oraz sposób w jaki Rai opowiadała – nie można dać oceny innej niż 10/10. Jeśli na jakimś konwencie pojawi się ponownie ten panel – na pewno pójdę. O ile będę. Dodatkowo, trzeba wspomnieć o tym, że na konwentach (zazwyczaj animowo-mangowych) ludzi odnoszą się do siebie na ‘ty’ – jakakolwiek forma pan/pani może nieco wzburzyć ludzi. I tak właśnie wybuchła Rai jak jej jakiś chłopak powiedział per pani. Oj poszła ładna wiązanka życzeń. Pozytywny aspekt, bo wiem jakie to uczucie jak mówią do mnie ‘proszę Pana’ – od razu +20 do wieku.

Kolejną atrakcją, która utkwiła mi w głowie to… panel o japońskich filmach porno na podstawie anime. Miało to wdzięczną nazwę ‘Who fuck my waifu‘ (prowadził to chyba fouton oraz modrzew). W tym miejscu należało by wytłumaczyć o co chodzi z tym ‘my waifu’. Sprawa jest prosta – nie tak rzadko zdarza się, że fani zakochują się w którejś z postaci z danego anime. Niektórzy dochodzą do takiego poziomu ‘oderwania’, że nazywają tą postać swoimi ‘waifami’ lub ‘hasbantami’ (patrz Nuku i Shiki Azaka KnK). I teraz uwzględniając to, że mowa o filmach porno, to taka nazwa panelu nie powinna dziwić. Wracając jednak do meritum, czemu zapamiętałem ten panel? Bo pokazywane tam były wspomniane filmy. Na szczęście, zachowując poprawność polityczną, prelegenci wycieli sceny, pozostawiając tylko fabułę. Serio – to miało fabułę i to często wierną oryginałowi. Natomiast ja byłem bardzo zmęczony i w pewnym momencie przysnąłem. Pech sprawił, że przysnąłem w chwili, kiedy to akurat trafił się film, w którym nie dokonano cenzury. I tak absmak pozostał, że przespałem ‘najciekawsze’. Chociaż z drugiej strony – te aktorki miał straszne uzębienie – krzywe lub w niektórych wypadkach z wyraźnymi brakami. Wolę nie wiedzieć czym sobie wybiły zęby. Panel ten, tak poza konkursem, również odbył się późno w nocy.

Później wziąłem udział w dyskusji o degradacji mandomu. Niestety dyskusja była dość jednostronna ponieważ zarówno ja jak i prowadzący (Balou) mieliśmy to samo zdanie, które mogliśmy podeprzeć mocnymi argumentami. Ale dobrze, że przynajmniej nie jestem sam w tych spostrzeżeniach.

Dalej, gdzieś tam przewinął się panel o Madoce (Puella Magi Madoka Magica), która ma być nowym Evangelionem. W sensie ma zapoczątkować taką samą rewolucję, jaką przed laty rozpętał NGE. Nie wierzę. Po prostu. Seria jest dobre, zaskakuje – ale nie urywa czterech liter. Natomiast po przesiedzeniu tego panelu od razu miał miejsce konkurs wiedzy o tym anime. Jak można załamać prowadzącego, który wierzy w ten tytuł? Powiedzieć mu, po usłyszeniu pytania, by nie mówił imion postaci tylko podawał jakie miały kolory włosów. I z taką wiedzą zająłem 4 miejsce w konkursie. 3 miejsce przypadło Messerowi, który zasnął na jedną czy też dwie tury. Rozrywkowo.

Jak już pojawił się Messer to wspomnę o jego dwóch panelach. Pierwszy dotyczył gier i rynku gier w Japonii. Napiszę tylko tak – Japończycy są dziwni i mają dziwne upodobania. Macho body builderzy i inne motywy w tych klimatach to nie dla mnie. Tak samo życie w kafejce internetowej – to też nie to.

Drugim panelem, który warto opisać, a który prowadził Messer była prelekcja o imporcie rzeczy z Japonii. Dowiedziałem się sporo nowych i cennych rzeczy. I japoński amazon nie jest najlepszą opcją (nie tak jak mówiła prelegentka na panelu o tym samym tytule na Falkonie – chociaż jak zwracałem jej uwagę na to, że wprowadza ludzi w błąd to mnie ignorowała – ale ludzie wyczuli, że coś jest nie tak).

Z spraw dookoła konwentu – ponownie zasuwali po terenie ludzie z wielkimi, podłużnymi poduchami. Czemu mnie to nie dziwi. Ale nie, nie kupię sobie – nawet po tym jak został mi przedstawiony wykład o terapeutycznych własnościach tych poduszek. A poprowadził mi go Mev z Yume Hime – co miało akurat miejsce na Falkonie.

Natomiast z tego co zdecydowanie nie spodobało mi się to powrót. Choć samochód został zarejestrowany do przewozu pięciu osób, to jednak wprowadzanie tego w życie i na siłę było bardzo złym krokiem. Zwłaszcza, gdy nagle pojawia się osoba, która ma z 2 metry wzrostu. Na tyle złym pomysłem, przez następne 2-3 dni miałem problemy z kolanami. Nuku zaś ostro klął później, tył samochodu mu siadł (dodatkowi ludzie + bagaże). Chociaż i tak mniej paliwa spalił, zaś ja wróciłem przez to później do domu (wolniej jechał). Dziękuję i pozdrawiam osoby, które wymusiły na nas taki przejazd…

Na koniec wywodów o JapaniConie2 napiszę, że warto było pojechać. Spotkałem ludzi – świętą piątkę – Messer, Fouton, Shin, modrzew oraz ludek, któremu na panelu o mmorpgach powiedziałem na wejściu ‘Cześć, jestem Kaji i też grałem w gry mmo’ :>.

W tym miejscu warto też wspomnieć o dobrym towarzystwie, w którym dane było mi jechać na konwent. Szkoda, że Gosiu nie przyjęłaś nicka C-osia. Oryginalne i z historią.

Doszedłem też do wniosku, że mam dziwny wpływ na dziewczyny. Przyciągam do siebie naprawdę dziwne osobowości. I trudno mi się ustosunkować do stwierdzenia Nuku, że spotkałem dla siebie idealną partnerkę: fanka NGE, lubi dużo grać i na dodatek widać było, że była mną zainteresowana – szkoda, że zniknę zanim skombinowałem namiary do niej. Może na jakimś innym konwencie się spotkamy?…

B-xmassCon 2

Tym razem ekipa, po tym jak się zebrała, wybyła w kierunku zgoła innym niż ostatnio. Mianowicie pojechaliśmy do Krakowa. Skład w sumie był nietypowy, gdyż pojechałem ja, Nuku, C-osia oraz jej siostra. Podziwiam siostrę C-osi za to, że się z nami zabrała – bo nie siedzi w tych klimatach. A trzeba jednak lubić ‘szeroko rozumianą kulturę japońską + koreańską’ by wytrzymać wśród tylu dziwnych ludzi. Jednocześnie, jak zwykle podczas różnych konwentów, cieszę się, że mogę się przekonać o tym jak daleko mi pozostało do ‘dna’. Względnie do mistrzowskiego poziomu – wszystko rzecz jasna zależy od punktu widzenia. Jak zwykle.

Rezygnując z kolei pojechaliśmy ‘crestą’ do Krakowa. Pomimo pewnych problemów w komunikacji (Nuku zadzwoniłeś nie dość, że po czasie to jeszcze przyjechałeś za szybko, również dziewczyny zaliczyły małą obsuwę w czasie) udało nam się dojechać przed rozpoczęciem konwentu. Grzecznie stanęliśmy w kolejce i 3/4 naszej ekipy nieco spochmurniało. Po krótkim rozejrzeniu po współkonwentowiczach okazało się, że jesteśmy jednymi z starszych. Znaczy się my po prostu wyglądaliśmy na starszych (pewnie płaszcz i półbuty nie odejmowały mi lat, nie ?…). W tym momencie błyskotliwością popisał się Nuku – stwierdził, że o ile my możemy się czuć starszymi, to zauważony Balou może być przedwiecznym. Kulturalnie, jak już doszliśmy do wejścia, gdzie stał wspomniany Balou przywitałem się – wszak prowadziliśmy na JAPANiconie2 dyskusję na poziomie.

Po tym jak minął (na szczęście) etap konwentu, w którym to stoi się w kolejce przed akredytacją, rzuciliśmy się z tobołkami w celu odnalezienia dobrych miejsc na nocleg (na JAPANiconie2 może i nie spałem – ale jednak starzeje się i 24+h na nogach ewidentnie mi nie służy). Zanim udało nam się rozgryźć plan budynku, okazało się to co było do przewidzenia. Wszystkie sleeproomy zostały już dawno zapchane ludźmi. Nie mając innego wyjścia, legliśmy perfidnie na korytarzu. Po czym można poznać ludzi wygodnych i leniwych na konwentach? Po dmuchanych materacach pewnej chińskiej marki – i nie ukrywam, że i ja dołączyłem do tej zacnej grupy. Na karimacie ostatnio spałem i później mnie jakieś choróbsko dorwało – a teraz to tylko katar ;).

Jak później wyszło to dobrze się stało, że nie weszliśmy do sleeproomu przed którym spaliśmy. Jednak nie będę wyprzedzał faktów.

Pierwszą atrakcją, którą pamiętam, było śpiewanie kolęd z Rai. Trudno sobie było to wyobrazić, ale ja śpiewałem. Lub przynajmniej nuciłem. Rzecz jasna po japońsku. Fajnie było, nawet czuć było atmosferę świat, chociaż nie ukrywam, że średnio nam szło – zaś Nuku fałszował nawet bardziej niż ja. Co już samo w sobie jest wyczynem. A przyznam, że śpiewałem po raz ostatni chyba w gimnazjum…

Następnie było kilka wpadek, jeśli chodzi o atrakcje – np. panel o nawiązaniach w mandze i anime do mitologi. Panel ten tak naprawdę rozwinął się w omawianie bizonów w jakiś mało znanych mangach. Innym przykładem niech będzie panel o sadystycznych anime. Brzmiało fajnie – a skończyło się na pokazywaniu openingów do jakiś słabych tytułów. Generalnie, kilka fajnych paneli, jeśli chodzi o tytuły i zapowiedzi, przepadło z powodu słabego przygotowania prowadzących. Nie ma co się jednak mocno stresować tym – jest to po prostu konwentowa norma.

Dalej był panel Meva (z Yume Hime – tego co mi robił na Falkonie wykład o poduchach dla ronery menów) o kulturze chińskiej i podejściu Azjatów do kobiet. O ile ja przetrwałem całość, o tyle siostra C-osi wyszła w połowie. Faktycznie prowadzący przegiął z dokładnością opisów sposobów zabijania noworodków płci żeńskiej w Chinach. Ogólnie panel był dobry pod względem informacji, jakie zostały przekazane. Jednak mocno nawalał jeśli chodzi o formę przekazu. Bo nie ma co się szczypać – to o czym mówiono należy do spraw trudnych. Zaś prelegent sprowadzał to do banałów. Co gorsza, zamiast jawnie odciąć się od przedmiotowego traktowania kobiet, o którym mówił, często stosował określenia typu produkt, wadliwa sztuka produktu, przedmiot do wyrzucenia itp. W tym miejscu od razu widać było jak bardzo niedojrzali ludzie siedzieli na tym panelu. Głupie komentarze, które zdecydowanie były nie na miejscu. Doczepiłbym się jeszcze do ‘szołowości’ i tych śmiesznych pauz dla widowni, by wiedziała kiedy ma się śmiać i klaskać. Chyba się starzeję.

W międzyczasie, z braku laku i ogólnie ciekawych propozycji na spędzenie czasu, poszliśmy całą paczką do games roomu. Tego mi brakowało na konwentach animowych, a co jest powszechnością na konwentach fantastów. I tak w czwórkę ostro pocinaliśmy w różne planszówki – w grach gdzie liczyła się losowośc i kości, profilaktycznie przegrywałem. Ktoś kiedyś powiedział, że jak się nie ma szczęścia w kartach to ma się je w… ciekawe czy dotyczy to również kości. Ogólnie chętnie bym pograł w planszówki, nawet poza konwentami. Do tego MasterMedwith coś mówił o jakiś sesjach rpegowych – mniej więcej we wrześniu. To kiedy zagramy?

Inna ciekawa akcja, którą można by opisać to to, co odwalił Nuku. Przechodziliśmy akurat przez ‘targowisko’ na konwencie, gdzie stało sobie Waneko. Mieli oni na stoisku Black Lagoona, którego kiedyś może kupię. Wiedział o tym Nuku… przechodząc obok rzucił do mnie, że jest Black Lagoon i może kupiłbym go sobie. Usłyszała to osoba z wydawnictwa i od razu podchwyciła temat. I tak wywiązała się rozmowa w stylu: ‘mamy wszystkie tomy jakie wyszły! – tak? w jakim języku? – wiadomo, polskim! – a to nie chcę, wolę angielską wersję’. Ja tam chciałem uciekać, by mnie nie zapamiętali i nie wiązali z tym psychopatą. Zwłaszcza, że to chyba była żona tłumacza… No nie ma co ukrywać. Nuku nie słynie z taktowności i wyczucia atmosfery.

Późnym wieczorem dziewczyny zdecydowały, że znikają z konwentu na rzecz hostelu. Ich wybór, ja w tym czasie, jak ona docierały na miejsce zjadłem wreszcie coś ciepłego. W sensie coś ze sklepiku, bo świeżo wybebeszone wnętrzności przypadkowej ofiary nie liczą się.

I tak, pół leżąc, pół śpiąc dotrwaliśmy z Nuku do ostatniej sensownej atrakcji na konwencie. A mowa o kaligrafii prowadzonej przez Rai. Nie ukrywam, że nam dwóm szło najlepiej, zwłaszcza jak mazaliśmy razem na jednej kartce dwoma pędzlami. Konkretniej – ja małym pędzelkiem zaznaczałem którędy Nuku przejedzie wielkim pędzlem. Team work przede wszystkim.

Szkoda, że na dobrą sprawę to by było na tyle jeśli chodzi o atrakcje związane z konwentem i przygotowanymi przez orgów planami. Dalej, to co opiszę, dotyczy rzeczy już zupełnie… nieoczekiwanych i całkowicie oderwanych od pierwotnego gryplanu konwentu. A działo się.

W nocy, po tym jak zostałem już tylko ja i Nuku, kiedy to już skończyły się ciekawe atrakcje (ostatnia to kaligrafia z Rai) postanowiliśmy iść spać. Ponownie, uwzględniając mój tryb życia, każda godzina snu jest ważna. I przespalibyśmy pół nocy gdyby nie jedna akcja. Mianowicie, jak wspominałem wcześniej, nie udało się nam wbić do jednego z sleep-roomów. Leżeliśmy pod nim. Mniej więcej około 1 w nocy obudził mnie jakiś harmider dobiegający dosłownie zza drzwi. Okazało się, że banda gówniarzy, przepraszam – miało być młodzieży zerwanej spod opieki rodziców, spiła się w tym sleep-roomie. Jeden z delikwentów upił się do tego stopnia, że po pewnym czasie nie wiedząc co i jak, a odczuwając potrzebę wiadomej natury postanowił ową potrzebę uzewnętrznić. Na ludzi śpiących dookoła i na ich rzeczy. By nie było im zbyt zimno, z powodu nagłego ‘złotego deszczu’, dowalił jeszcze wymiocin. Szczerze powiedziawszy nie wiem co bym zrobił takiemu delikwentowi, gdyby coś takiego wylądowało na mnie. Jeślibym nie zamordował, to przynajmniej bym ubił. A nie wiele brakowało do tego – wszak leżeliśmy z Nuku zaraz koło drzwi. Wystarczyłoby, że będąc wciąż pod wpływem, zawodnik wyszedłby z sali z interesem w ręku. I już byłbym naznaczony. Zamordowałbym. Serio. Ogólnie upubliczniłbym na terenie konwentu jego zdjęcie i nick, by ludzie omijali taki chodzący przykład głupoty.

Ale powiedzmy, że noc jakoś przetrwaliśmy. Nuku coś wspominał, że niby chrapałem i ludzi budziłem tym chrapaniem. Cóż… spałem więc nie mogę się ustosunkować do tak postawionych zarzutów. Mogę je jedynie zdementować. Tym niemniej rano, widząc słabość programu oraz to, że Nuku odgrażał się od jakiegoś czasu, że będąc w Krakowie chce zobaczyć starówkę – wybyliśmy w stronę Wawelu.

Zamek jak zamek. Pusty był, mało ludzi – jedynie grzesznicy szli na poranną mszę (byliśmy w okolicach 7?) . Czyli jak najbardziej in plus dla mnie. Trochę zdjęć porobiłem – czego dawno nie czyniłem. Może kiedyś wrzucę na swoje martwe konto na deviancie. Na miejscu zgadaliśmy się z dziewczynami, że spotkamy się gdzieś u podnóży Wawelu. Oczywiście nie wszystko zagrało jeśli chodzi o organizację i nieco się rozminęliśmy by jednak ostatecznie wspólnie pokręcić się po starym rynku.

Tam też wyszło roztrzepanie dziewczyn. Nie będę opisywał szczegółów, ale ostatecznie w wyniku pewnych zdarzeń wróciliśmy jeszcze na teren konwentu. Nie mam za złe, bo i sam sprawdziłem swoje dokumenty, czy są wciąż na miejscu. Tak na wszelki wypadek. Chociaż takie roztrzepanie ma swój urok, zwłaszcza po pewnym czasie, to jednak na miejscu w danej chwili nie było zbyt wesoło. Zresztą na podobnej zasadzie było z opóźnieniem startu z Łodzi jak jechaliśmy na konwent. Detal, że telefony lubią leżeć w torbach innych osób.

Na koniec zaś, by nie żyło mi się zbyt dobrze, musiała mnie w drodze powrotnej złapać migrena. A połączenie mnie i bólu głowy to nic innego jak kłopoty. Zatem profilaktycznie starałem się przysnąć, by nie mordować. Najwidoczniej nie było mi to dane. Ale tak jest, jak porusza się, nawet jeśli nie świadomie, niektóre tematy.

Mam cichą nadzieję, że nie zgasiłem zbyt bezwzględnie siostrę C-osi. Dla mnie na niektóre tematy jest jeszcze za wcześniej, po 14 latach wspólnej walki dominację nad światem pół roku to za mało.

Jednak uciekając od tych przykrych, ponurych i wciąż dla mnie smutnych tematów, powrócę do konwentu. Jakbym go podsumował? Na dwa sposoby, lub nawet na trzy. Ze względu na to co było w atrakcjach, to słabiutko. Jedynie panele Rai oraz Meva były w porządku. Do tego games-room z planszówkami i spora ilość czasu spędzona nad nimi. To było na plus. Ale tak to słabo.

Jeśli zaś chodzi o spotkanych ludzi, to zdecydowanie dobrze. Stara ekipa, która może tym razem nie prowadziła całego konwentu, jak zwykle stanęła na wysokości zadania.

Na koniec zaś, imho najlepszy aspekt konwentu to ekipa, z którą jechałem. Pomijając pewne problemy w komunikacji, z przyjemnością rozmawiało mi się w samochodzie w drodze na konwent jak i podczas trwania samego konwentu. Podziękowania idą zwłaszcza dla właściciela ‘cresty’ i kierowcy, nie ocenionego choć trochę pokręconego Nuku. Tak samo fajnie było porozmawiać z C-osią oraz jej siostrą. Chociaż ciągłe podważanie mojego człowieczeństwa (w związku z dojazdami do pracy) oraz podkreślanie, że korporacyjne życie mnie pochłania brzmiało co najmniej dziwnie. Ale też nieraz C-osia przepraszała za powtarzanie takich rzeczy.

Na koniec zaś coś co mnie zdziwiło, a co zostało później oficjalnie przez C-osię zdementowane. Mianowicie to, że stała się ona fanką yaoi. Na prawdę nie rozumiem co tak dziewczyny ciągnie do facetów z drążkami uwalonymi skarbami groty nestel… w sensie duchowo-emocjonalnym rzecz jasna.

I tak kończę swój przy długi wywód na temat konwentów. Śmieszna sprawa, bo słowa te piszę w drodze powrotnej z pracy w piątek 16. grudnia. Na dzień przed kolejnym konwentem, na którym będę – Mokon 2 w Warszawie. Będę ja, Nuku oraz nizzik – trzeci wspaniały, który od momentu zamieszkania w Wwie przestał grywać z nami w L4D2. Ponoć czasu nie ma – jasssne. Takie rzeczy to ja mogę mówić.

W każdym razie, relacje z Mokon 2 zamieszczę najpewniej w osobnej notce. Planuję też opisać to, jak bardzo zmienił się mój sposób postrzegania świata od czasu jak zacząłem pracować dla małej firmy w Warszawie. Głównie sposób postrzegania kobiet. Bo nie jedną rzecz widziałem w pociągach. Niestety. Zatem do kiedyś tam w przyszłości – nie tak odległej 🙂

Advertisements

~ by drzejan on December 18, 2011.

One Response to “JAPANicon2 i B-XmassCon 2 – byłem, zobaczyłem, (jakiś cudem) przeżyłem i wróciłem”

  1. “(patrz Nuku i Shiki Azaka KnK)” nie ta postać husbancie Asuki

    My cresta!!

    Edit: Poprawiłem imię Asuki… (drzejan)

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: