Magnificon IX – tym razem szturmowaliśmy Kraków

Może nieco znienacka, bez chwalenia się w różnych miejscach, wybyłem na mój pierwszy konwent stricte mangowo-animowy. Rzecz jasna nie byłem sam. Tym razem też doznałem tego luksusu i dotarłem na miejsce samochodem. Uwaga – relacja jest dość długa 😉

przerwa techniczna

Konwent – na czym byłem i jak tam było

Plan był prosty – jedziemy, podbijamy, wracamy. Zatem pierwszym krokiem było zebranie się i ruszenie naszym niezwyciężonym pojazdem w kierunku Karkowa. Jakże wielkie było moje zdziwienie kiedy to Nuku (właściciel naszego środka transportu) stojąc już pod moim blokiem w nocy powiedział mi, iż zamiast trzech osób jadą cztery. Ale jakoś się zmieściliśmy z tobołkami. Formalnie ruszyliśmy około 3 nad ranem, nie formalnie – z Łodzi wyjechaliśmy chwilę przed 4 w rytmie dalekowschodniej muzyki z wyjątkiem kilku kawałków. Kawałków, które osobiście wrzuciłem nie patrząc się na innych 😉

Na wejściu (i później na wyjściu) trzeba zaznaczyć, iż wjazd do Krakowa to katastrofa – wszystko rozkopane na maksa i słabo oznaczone, a już największymi jajami były ustawienia pachołków przy wyjeździe. Wyglądało to jak labirynt. Słowem – pozdrowienia dla urzędników, którzy zrobili taki Sajgon, zwłaszcza dla przyjezdnych.

No dobrze, to teraz przydałoby się nieco napisać o konwencie, nie? Zatem dotarliśmy na miejsce relatywnie wcześnie, bo przed 8. Pierwsze atrakcje zaczynały się o 10, więc mieliśmy sporo czasu na ogarnięcie tak trywialnych rzeczy jak choćby zdobycie akredytacji (dziwne bo takie określenie jest powszechnie stosowane przy konwentach fantastów, a tu nikt w ten sposób nie nazywał czynności odebranie wcześniej zakupionej wejściówki) czy też upolowanie dobrego miejsca na dużej sali gimnastycznej. A miejsce było genialne, w rogu, przy ścianie z ‘lukiem bagażowym’ obok pod postacią ustawionych bramek do unihokeja.

Mając zaklepane tak przyziemne sprawy, poszliśmy wreszcie w stronę szkoły z głównymi atrakcjami – wszak gryplan mieliśmy już opracowany – podczas czekania na resztę ekipy w main sleep roomie. I wszystko poszło by zgodnie z planem, gdyby nie to że… idąc na pierwszy panel przeszedłem koło otwartych drzwi w sali z konkursami. Zobaczyłem w niej ludzi, których poznałem na zeszłorocznym Falkonie (ci sami co ‘zatruli’ mnie VNkami :D). Nie było innego wyjścia jak tylko przywitać się – a jak już pogadaliśmy chwile to nie wypadało nie wziąć udziału w ich konkursie, który miał wdzięcznie brzmiącą nazwę Anime w dwóch słowach. Prowadzili go Messer i Fouton. W międzyczasie z rozmowy wynikło, iż mieli prowadzić też panel o Visual Novelach, ale coś nie wyszło i nie wszedł do planu. Szkoda, bardzo szkoda.

Wracając jednak do tego konkursu. Zasady były proste i teoretycznie nie powinno być problemu z wygraną: standardowo, losowało się numer pytania po czym wybierało się, który z prowadzących miał dać podpowiedź odnośnie danego anime. Pierwsza podpowiedź – ok, nie zgadło się – nie traciło się punkt. Jak pierwsza podpowiedź nie wystarczyło, to można było wziąć drugą podpowiedź (drugiego prowadzącego), ale jeśli nie odgadło się anime to już -1 punkt. Proste zasady. Jak zwykle diabeł tkwił w szczegółach.

Podpowiedzi. Były prawie zawsze całkowicie abstrakcyjne ponieważ to były niejako podsumowania lub zwykłe skojarzenia prowadzących z danym anime. I dam tu kilka przykładów takich podpowiedzi (profilaktycznie nie podam jakie to było anime, może prowadzący będą chcieli użyć ich ponownie w kolejnej edycji :>). Podam te pytania, na które wpadłem z moim współpracownikiem do spraw trolowania – Nuku (jak jest jedna podpowiedź, to tyle mi/nam starczyło do odgadnięcia tytułu):

  • podpowiedź 1: ‘Vagina bones’, podpowiedź 2: ‘morze drzew’
  • podpowiedź 1: ‘get on the bus’,
  • podpowiedź 1: ‘dobra reporterka powinna być zawsze gotowa na uchwycenie panty shotów’
  • podpowiedź 1: ‘chińskie buty’, podpowiedź 2: ‘francuski reverse trap’

Jak widać, czysta abstrakcja. Ale to było właśnie piękne, bo nie była wymagana wiedza w stylu jaka jest liczba atomowa Lutetu? tylko szybkiego kojarzenia i myślenia abstrakcyjnego.

Ostatecznie zajęliśmy drugie miejsce, chociaż mieliśmy dobrych przeciwników tyle, że ich było 3 a nas dwóch (bo jeden od nas zwiał…). I wybiegnę nieco do przodu, ale tak – to był najlepszy konkurs na którym byłem podczas całego konwentu. A byłem jeszcze na kilku :>

Następnym konkursem na którym byłem, to coś co ludzie z Falkonu 2010 kojarzyli – i to niezbyt pozytywnie. Tak, wraz z Messerem i Foutonem czuliśmy, iż Konkurs Autorski prowadzi osoba, której zasady konkursu zachęcały do jak najmniejszej aktywności w konkursie. Nie myliliśmy się. Ponownie było sto artów, na podstawie których należało odgadnąć ich autora. Ponownie domyślną odpowiedzą był George (nawiązanie do Seitokai Yakuindomo i marynarza imieniem George, marynarza z kitką i różową wstążką 😉 ). Jednak tym razem to nie przeszło – i jak był George to trzeba było podać jego nazwisko. Ostatecznie po tej setce pytań trzy osoby biorące udział w konkursie odpowiedziały na może 6-7 pytań. Pomijam też to, że Messer nie miał soczewek i nie widział co było jego pytaniami – a bez obejrzenia artu nie dało się odgadnąć artysty. Do tego były akcje, że podchodzili co poniektórzy do tego co dał rzutnik i odczytywali w kanji/katakanie autora. Ostro 😀 Rzecz jasna nie czułem się na siłach by startować w tym konkursie.

Kolejnym konkursem na który się wbiliśmy było Rozpoznaj anime po screenie prowadzone przez Cobre. Nie mieliśmy zbyt wiele szczęścia w tym konkursie i odpadliśmy jako drużyna przy pierwszym ‘odrzucie’. Ale mieliśmy honorowy punkt :D.

Nieco wymęczeni poprzednim konkursem ze screenami, gdzie w małej sali było od cholery ludzi, poszliśmy na konkurs o Black Lagoon. Szedłem z wiedzą ‘świeżą’, dokładnie taką jaką się ma po roku od obejrzenia anime. Zatem zerową, dla czystej zabawy. I był zabawa, miałem honorowy jeden punkt. Czego chcieć więcej? Może mniejszej ilości pytań z najgłębszych czeluści (_!_) ;). Bo przytoczone pytanie o masę atomową jakiegoś pierwiastka, które dostałem w konkursie, zdecydowanie wybiło mnie z równowagi. Tak samo jak podanie pełnego imienia i nazwiska Bałałajki (szefowej Hotelu Moskwa w Black Lagoon, rosyjskiej mafii). Imienia i nazwiska występującego ponoć (tak powiedział prowadzący po tym jak strzeliłem Olga Gurlukovich) tylko na japońskiej stronie. I owszem, poczułem się ztrolowany.

Inna sprawa to ludzie, którzy mieli encyklopedyczną wiedzę o Black Lagoon. Z jednej strony to fajnie, że ich to tak pasjonuje, ale z trzeciej strony kucie się na pamięć wiedzy ‘encyklopedycznej’ zwanej potocznie ‘krzyżówkowej’ jest bezcelowe. Ale cóż, ja miałem frajdę choćby z trolowania. Kiedy to ktoś nie odpowiedział na pytanie, można było przejąć, wiele rąk znalazło się w górze, a ja jakoś byłem pierwszy. Wszyscy znali dobrą odpowiedź, oprócz mnie 😀 Pytanie przepadło.

Kolejnym konkursem (no patrzcie, same konkursy 😉 ) była wiedzówka Gainaxowa. Zgłosiły się aż dwie osoby do udział (ja i nie ja). Wszystko było fajne dopóki nie doszła do uczestników informacja o tym… że nie będzie pytań z Neon Genesis Evangelion. Ale co tam, drugie miejsce miałem gwarantowane – i takie ostatecznie uzyskałem. Niech pocieszeniem będzie fakt, iż walczyłem tak naprawdę jeden kontra 4-5 zawodników (bo adwersarz był ze znajomymi). Przegrałem połówką punktu 😀 Me rulz de world~~

Dalej w formie relaksu poszedłem na pierwszy panel, który już nieco trwał, a był to Panel o Type-Moonie. Wszedłem, usiadłem, cieszyłem się, że nie muszę molestować swojej nieco już przyrdzewiałej pamięci w celu wygrzebania jakiś szczegółowych informacji o jakimś anime, które widziałem wiele miesięcy/lat temu. Tylko słuchałem i odpoczywałem. Dodam tylko, że nic nie rozumiałem co do mnie mówili prowadzący (mocno hermetyczna grupka, która używała swój slang), ale nie przeszkadzało mi to w niczym. Nuku, mimo iż siedział w tematyce – też pod koniec stracił kontakt z tym o czym mówili na tym panelu. Czyli nie było tak źle, nie byłem jedyny.

Kolejną atrakcją, którą mieliśmy zobaczyć, a na którą daliśmy się z Nuku namówić był cosplay. Potężne tłumy, ścisk oraz opóźnienia zdecydowanie zniechęciły mnie do czekania w kolejce, by zająć miejsca na sali. Doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie i przeszedłem się na trwający już wtedy panel o generacjach konsol. Prowadził go CELL767, którego kojarzyłem z Falkonu – dyskutowałem z nim o RPGach zachodnich i azjatyckich. Czyli spoko – mogłem siedzieć. Materiał może się powtarzał z tym co miałem normalnie na studiach, ale zawsze fajnie posłuchać.

Tak gdzieś tam w międzyczasie kręciłem się po stoiskach z różnymi śmiesznymi rzeczami. Naprawdę różnymi. Nabyłem kilka plakatów oraz myślałem nad fajną szklanką z Asuką, ale tylko myślałem (sknera ze mnie…). Tam też widziałem naśladowców ronery mana. Bardzo dobrze, że ich widziałem – teraz wiem gdzie jest mhroczne dno całego tego interesu i jak wiele mi do niego jeszcze brakuje 😉

Dalej, kręcąc się po terenie widziałem fragmenty pokazów cosplay’ów. Popatrzyłem, popatrzyłem i doszedłem do okrutnego wniosku, że przypomina mi to scenki dzieci w przedszkolach. Z tą małą różnicą, że tu zdecydowanie uwypuklano w niektórych przypadkach wdzięki dziewczyn na scenie ;). Od strony merytorycznej, jak najbardziej ten sam poziom. Widocznie nie jestem fanem tego i tyle, chociaż dobrze zrobiony kostium pokojówki czy też mundurek szkolny nie jest zły :>. Hatsun Miku było nieco za dużo, więc nie robiły tak pozytywnego wrażenia.

Złapawszy Nuku przy wyjściu z zatłoczonej sali z coplay’em podążyłem za nim na konkurs, w którym tym razem tylko on brał udział. Ja nie poczuwałem się do tego, by walczyć o tytuł The Grand No-Life Master na konkursie z wiedzy o Lineage II. Ale szacunek dla Nuku, jest wicemistrzem no-lifeów 😉

Po zakończeniu konkursu podjęliśmy decyzję, że nastał odpowiedni momenty, by pójść przespać. Mieliśmy w nocy iść na kilka atrakcji, ale jednak zmęczenie zwyciężyło. Może to i lepiej, bo z późniejszych relacji takie Silent Library było słabe i bez polotu. Co gorsza dla pewnego konwentu, prowadzący ponoć rzucił tekstem o inspiracji ‘atrakcji’ elementami z tego konwentu – czyli piękna antyreklama.

W main sleep roomie koło nas leżała sobie grupka, która była dość rozrywkowa. Spoko ludzie, ale jak wkręcili jedną dziewczynę od siebie, to ta w pewnym momencie zaczęła wydawać dźwięki jak kwiczący prosiaczek. Na całą salę gimnastyczną. I nie była w stanie się powstrzymać. Taki śmiech spowodował, że i inni zaczęli się śmiać. Słowem – było rozrywkowo, około 1 w nocy.

Niedziela – poranek. Atakujemy szturmem kolejny konkurs – tym razem z openingów i endingów. Pominę fakt, iż prowadzący się spóźnił – zapomniał, że ma konkurs i za długo grał w jakąś grę. Konkurs standardowy w czteroosobowych grupach. Max cztery punkty za odpowiedź (tytuł anime, numer op/end, zespół/wokalista oraz tytuł utworu). Podczas tego konkursu wyszło jak słabo stoję w tej dziedzinie, ale mimo wszystko wolę słuchać muzykę niż uczyć się na blachę tytułów i tego kto co śpiewa. Największy numer odwalił nam prowadzący jak puścił jakiś opening, on trwał… trwał i przerwał – zanim jeszcze w ogóle się rozpoczął wokal (tak wolno się zaczynał – z 45 sekund) i rzucił tekstem ‘kto to śpiewa’. Taaaaa… ostatecznie wywalczyliśmy dumne przedostatnie miejsce, czyli czwarte.

Po tym jakże udanym konkursie postanowiliśmy z Nuku ostatecznie pożegnać się z walutą konwentową w odpowiednim sklepiku. Akurat rzucili ‘świeży’ towar – obaj upolowaliśmy pierwszy sezon Moonlight Mile. Ale był np. Evangelion 1.11 na blu-rayu za 30 zł. Wow. Jak pisałem w którejś notce – już mam, więc nie kupowałem 😉

Z braku laku i po sukcesie w wywalczeniu dobrego anime (planowałem wziąć sobie pełne Last Exile lub Samurai Champloo, ale nie) w sklepiku, w formie rozrywki poszliśmy na panel o Meduzowa księżniczka i inne nerdy. Prowadząca była jak najbardziej w porządku, tylko temat mi nie podszedł, bo co by tu dużo pisać – nie siedzę w shoujo, tym bardziej nie mogę przyjąć jakiegoś sensownego stanowiska. Zaś dyskusja pomiędzy prelegentką a widownią składającej się w 90% z dziewczyn zdecydowanie się nie kleiła. Szkoda, bo nie fajnie było oglądać starania prelegentki spełzające na niczym. I za to duży plus dla niej 🙂 Tu też była piękna akcja na początku prelekcji, którą wywinął Nuku – weszła prelegentka, a on wskazał ją palcem i rzucił ‘Ha! Znam cię!’. Ona odwróciła się, popatrzyła i powiedziała ‘Ha! A ja ciebie nie!’. Długo śmialiśmy się z tego 😀

Ostatnim punktem na konwencie był panel Messera Makoto Shinkai – czyli jak talent i zaparcie prowadzi do sukcesu. Po prowadzącym wiadomo było, że to będzie dobry punkt programu, była interakcja z widownią, nie nudziliśmy się. Tak powinno być zawsze, a jak napisałem akapit powyżej, nie zawsze tak wychodzi (przyczyną takiego stanu rzeczy może być zarówno słaby prelegent jak i pasywna widownia).

I tak skończył się Magnificon IX. Miałem jeszcze iść na panel o Zeldzie prowadzonego przez Uncle Mroowe, ale już czasu nie było a do Łodzi był jeszcze kawał drogi (plus wyjazd z Krakowa…).

Wrażenia ogólne

Tak jak napisałem na wejściu – to był mój pierwszy konwent. Mangowo-animowy konwent. Było zdecydowanie inaczej niż jak to ma miejsce w przypadku konwentów dla fantastów, które znam. Przede wszystkim program był na całą dobę, czyli były atrakcje w nocy. Można było spokojnie spędzić noc na jakiś atrakcjach, a nie przymusowy sen. Z drugiej strony – i tak nie daliśmy radę i poszliśmy spać. Tu nieco słabo wyszło, że do dyspozycji była tylko sala gimnastyczna, bo klasy zostały zarezerwowane dla klubów. No i nie było strefy ‘ciszy nocnej’. Szkoda.

Ale ogólnie fajnie było, zwłaszcza jak spotkałem ekipę poznaną na Falkonie. Ich pierwszy konkurs pomimo tego, że wywalił w powietrze cały plan konwentu sprawił wiele frajdy i rozpoczął pochód w kierunku nagrody jaką był pierwszy sezon Moonlight Mile. To było na plus. Zresztą, wspólnie kręciliśmy się po terenie i trolowaliśmy różne rzeczy 😉

Fajne były też stoiska, gdzie zaopatrzyłem się w zapas plakatów – i to nie tylko dla siebie 😉 Tym razem byłem przygotowany i chodziłem po konwencie z tubą po oryginalnym OUZO. Dzięki temu plakaty udało mi się przywieźć w nietkniętym stanie. Fajnie.

Inna historia to ronery mani z poduchami. Oprócz chłopaków widziałem też dziewczyny z takimi. Myślałem, że takie rzeczy to tylko w Japonii, ale nie. Jak tak patrzyłem, to nie, nigdy bym nie kupił – nie dość, że nie wiadomo do czego to później użyć (spadać zboczeńce!) to jeszcze jakbym pokazał się z czymś takim w domu, to pewnie spałbym se z tą poduszką na wycieraczce… Po prostu niektórych granic nie powinno się przekraczać 😉

Niefajne był cosplay – ale to napisałem. Nie wszyscy też powinni w tym brać udział, chociaż nikomu nie zakazuję. Po prostu słabo to wyglądało i tyle. Samo przebieranie się za postacie może i daje frajdę, ale jak zobaczyłem scenki to po prostu… słabo. Dziewczyna (chyba O_o) w dobrze zrobionym stroju jakiejś walkirii jako scenkę miała: Carmina Burana w tle i ona waliła swoją włócznia (chyba) o podłogę. Na początku do rytmu, później już nie. Wow…

Inne niefajne coś to zachowanie niektórych współkonwentowiczów. Jako, że byłem bardziej na konkursach niż na panelach, to miałem okazje obserwować jak niektórzy (bardziej dziewczyny) spinali poślady, że to przecież konkurs, rywalizacja, nagrody i inne poważne rzeczy. Cholera, ja tam dla zabawy pojechałem i tego oczekiwałem. Konkursy, a konkretniej nagrody to tylko bonus, bo sam udział w dobrym konkursie, jego klimat – to jest to, a nie jakieś tam nagrody. Przecież nie było do wygrania rocznego zapasu kukurydzy w puszce czy też ryżu. I takie coś mnie wkurzało, bo psuło momentalnie klimat. Ale wszędzie są jakieś ‘mokre prześcieradła’.

Ostatnim negatywem był informator. Nie było w nim numerów stron (detal), tabelka z atrakcjami była nie przemyślana (poziomo na dwie strony – pierwsza kolumna to godzina, pierwszy wiersz to sala, a nie pionowo i losowo) i brakowało w niej informacji kto prowadzi jakie panele/konkursy. Przez co nie skojarzyłem pierwszego konkursu Messera i Foutona czekając w main sleep roomie na dotarcie ekipy. Na koniec zaś – najcięższy zarzut – nie było w niej planu szkoły, gdzie odbywały się atrakcje. Widać sporo rzeczy do nadrobienia, ale może następnym razem uda się to naprawić 🙂

I co teraz?

Pierwszy konwent czysto mangowy za mną.

Czy było warto jechać?
Tak, zdecydowani tak.

Zatem czy zamierzam się wybrać na jakiś następny konwent?
Jak zbierze się ekipa i nie będę w tym czasie ratował świata – to jak najbardziej.

To co będzie następnym celem szturmu?
Są już plany, poczynione jeszcze w samochodzie podczas drogi powrotnej. Ale o tym napiszę zapewne w przyszłości, zapewne też już po fakcie 😉

Inne

W drodze powrotnej, siedząc na miejscu pierwszego oficera na przedzie pojazdu miałem możliwość obserwowania jak wiele kotów postanowiło zrzec się jednego wymiaru znajdując się na powierzchni jezdni w otoczeniu dużej ilości krwi. Podobnie było jak jechaliśmy na konwent, albo i bardziej – bo w nocy na gierkówce wraz z Nuku udało nam się zobaczyć wielką plamę i coś odstającego. A wiadomo – w nocy słabiej widać, czyli coś konkretnego przeszło w 2d.

Inną historia są debile na ścigaczach. To, że było ciepło i słonecznie to jedno. Ale jak ktoś dostaje małpiego rozumu, wariuje na motorze, jeżdzenie slalomem i wyprzedzanie z prawej to drugie. Była taka akcja, że trzech motocyklistów ruszało z pobocza przed nami – dwóch zdecydowanie pojechało jeszcze zanim dojechaliśmy, zaś ostatni wahał się by w końcu będąc już za nami ruszyć z kopyta poboczem i wyprzedzić z prawej. Wtedy za nami nie było żadnego pojazdu na obu pasach, mógł spokojnie zgodnie z przepisami wyprzedzać z lewej. Ale po co. To nie jest fun.

W CB słychać było jak kierowcy rzucali na motocyklistów konkretne mięso, za zajeżdżanie drogi, jazdą ‘chmarą’ i popisywanie się. Ale cóż, idiotów ponoć już sieją, bo nie dałoby się ich rodzić w takiej ilości. Usłyszeliśmy też w CB, że jeden się ‘wyłożył’. Jak widać tak się śpieszył, że aż postanowił wbić się centralnie w środek samochodu, na prawym pasie. Cóż, policja wykonała dokumentacje miejsca wypadku, pozbierała połamany kask i obejrzała duże kombi z wbitym tyłem. Jeden pozbawiony wyobraźni człowiek z prawkiem na motor mniej.

Uzupełnienie

Zapomniałem podczas pisania notki o trzech (a pewnie i więcej) aspektach związanych z konwentem. Ale bacznie czytający ten blog zawodnicy sił zła poinformowali mnie o tym. A zatem uzupełniam o co smaczniejsze kąski.

Zawsze wydawało mi się, że jak jest konwent, to wszyscy są do siebie na ty i ogólnie jest spoko. Niektóre określenia nie powinny być stosowane. Nie powinny.

Będąc na konkursie z wiedzy o Lineage II, jak to zwykle na początku bywa, trzeba się jakoś zapisać na atrakcję. I tak przyszła kolej na Nuku by podał swój nick. Wtedy też padło stwierdzenie, które jest tabu na konwentach. Prowadząca zwróciła się ‘Pan siedzący z tyłu – jaki nick?’. Biedny Nuku jeszcze dłuższą chwilę zbierał się z podłogi po tym jak dorzucono mu dodatkowe 15 lat na barki. Ja tam się śmiałem, mimo iż przysypiałem.

Będąc przy konkursie o Lineage II, bezpośrednio przed nim miał miejsce konkurs wiedzy z Pokemonów. Jedna z uczestniczek atrakcji, rozmawiając z jakąś dziewczyną rzuciła tekstem, który zdecydowanie wyprowadził mnie z równowagi. Zresztą nie tylko mnie. Co powiedziała? A no: dziewczyny w pewnym okresie życia marzą o gwałcie, i nie wstydźmy się mówić o tym otwarcie. Jak już pozbieraliśmy się po tak otwartej deklaracji, na zakończenie rzuciłem tekst do Nuku – my też, ale nam nie wypada ;).

Na zakończenie tego uzupełnienia dodam tylko takie małe coś. Od dłuższego czasu namierzałem się, by wykupić całą mangę Black Lagoon w polskiej wersji językowej. Namierzałem się – bo okazało się, że większość pytań na konkursie wiedzy o BL (nie, nie chodzi o Boys Love, zboczeńce!) była oparta na polskim tłumaczeniu. I nie spodobały mi się te określenia, które słyszałem. A przeczytałem i znałem wersję po angielsku. Dlatego planuję w swoim czasie sprawdzić sobie z UK wersję angielską. I to by było na tyle.

Advertisements

~ by drzejan on April 18, 2011.

2 Responses to “Magnificon IX – tym razem szturmowaliśmy Kraków”

  1. No tak, Ty szalałeś na anime, a ja w tym czasie, z wesołą ekipą, na Krakow Game Fusion. Nawet istniała szansa, że się jakoś spotkamy, bo miałem ochotę iść na koncert. Ale jak już siadłem z ludźmi przy piwie, to koncert zniknął z panów.
    Swoją drogą, co to jest – albo nic się nie dzieje, albo dwa konwenty na raz. No i na KGF też był, oczywiście, blok anime.

    • Tak się zastanawiałem, czy dawać znać iż będę w Krakowie, ale doszedłem do wniosku, że nie będę zawracał gitarę. Zwłaszcza, że sam Magnificon był na obrzeżach miasta. A i było co zobaczyć 😉

      Nad KGF też myślałem, czy się nie wybrać, ale ostatecznie wygrało większe zboczenie 😉 Ale dziwiło mnie, że mają blok m&a w momencie, kiedy wszyscy byli gdzie indziej.

      Po za tym w Krakowie była jeszcze trzecia ciekawa impreza, również w zeszły weekend. Tyle, że ona była dla totalnych wykolejeńców – szeroko rozumianych developerów oprogramowania;)

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: