Przybyłem… zobaczyłem… chcę więcej!

Nie trudno stwierdzić, czytając ten blog, że mam lekkie skrzywienie w stronę szeroko rozumianej japońskiej kultury. Profilaktycznie pomińmy problematykę definiowania ‘lekkie’.

Dodatkowo, jeśli ktoś mniej więcej przegląda portale z informacjami o wydarzeniach kulturalnych zapewne zauważył wzmiankę o występach japońskiej grupy bębniarzy Yamato – The Drummers of Japan.

Łącząc te dwa fakty można dojść do jakże oczywistego wniosku – tak, pojechałem na ich koncert.

przerwa techniczna

Jako miejsce spektaklu wybrałem miasto stołeczne ponieważ było najbliżej mojego miejsca zamieszkania i miałem mniej więcej sensowne połączenie. Tak wstępem jeśli chodzi o sprawy techniczne. No prawie. W związku z potencjalnymi numerami po stronie PKP postanowiłem wcześniej pojechać na koncert. Nie bez powodu – dzień wcześniej, na konferencji IT jeden z prelegentów przedstawiał panel o Windows Azure zdalnie gdyż jego pociąg nie zjawił się. A miał jechać tą samą trasą.

Jeszcze chwilę potrzymam w niepewności odnośnie samego widowiska 😉

Na miejscu, w rejonach Centralnego miałem około dwóch godzin do rozpoczęcia imprezy. Zatem idąc za tłumem wylądowałem w Złotych Tarasach

To może zacznę od plusów całego tego ‘przybytku rozrywki’. Znalazłem jeden, ale ważny. Darmowe kibelki. To może wydawać się śmieszne, ale ceny w rejonie centralnego momentami potrafią zaszokować. A tak mamy kulturalnie, cywilizowanie i w cieple.

No to były plusy. Teraz minusy.

Wszystko inne? Chyba nie jestem targetem dla centrów handlowych – pobuszowałem co najwyżej w komputroniku, ispocie oraz w empiku. Inna sprawa to przebywający tam ludzie – mnie by było szkoda czasu na ‘lansieniesię’ czyli to co robiło trzy czwarte przebywających tam osób. Do tego sami ludzie – jakieś takie… metroseksualne wymoczki jeśli chodzi o znaczą udział męskiej części. Natomiast o żeńskiej część to nawet nie wiem co opisać, może bliżej nie określona mieszanka emo z plastikiem z dozą jestem księżniczką robaku! Z drogi!.

Tak, zdecydowanie nie pasuję do tego typu społeczeństwa. Ale i tak nieźle się ubawiłem jak przechodziłem kolejnym ‘poziomem’ Tarasów gdy minęła mnie grupka dziewczyn. Usłyszałem z tyłu stwierdzenie (które chyba miało być dyskretne, ale nie wyszło) w stylu ‘informatyk, ciekawa opcja’. Długo się jeszcze śmiałem jak archetyp (tak to się chyba nazywa, nie?) informatyka jest przybity do koszuli w kratę. By wywrzeć lepsze wrażenie powinienem włożyć sobie kalkulator oraz długopis do kieszonki na klapie. No i okulary – bezwzględnie sklejone taśmą.

No cóż – i tak ludzie schodzili mi z drogi jak przechadzałem się poziomami. Morał z tego taki, że jednak ścinanie się prawie na łyso ma swoje plusy oprócz oczywistych problemów z niskimi temperaturami i wiatrem 😉

No dobra, dużo tego wyszło, ale o samym koncercie jeszcze nie napiszę. Podzielę się najpierw refleksją o ludziach ‘kulturalnych’ chodzących na tego typu imprezy. Otóż trudno powiedzieć coś dobrego widząc osobę walącą łapą w drzwi – bo potencjalnie na godzinę przed mieli już wpuszczać, a było 10 minut po (jak się okazało, wpuszczali od wpół do siódmej) szóstej. No i te pretensje do wszystkich z obsługi – no przecież czcigodna pani kupiła bilet, to tak jakby kupiła dusze wszystkich związanych z organizacją imprezy. A, wiem – bo jej zimno było. Warszawiaczka jedna, ja nie narzekałem, mimo iż swoje na zimnie odczekałem duuużo przed rozpoczęciem imprezy i jeszcze dłuuugo poczekałem na pociąg powrotny do swojego ‘pięknego’ miasta. Ją taksówka podwiozła pod wejście niemalże. Ot ‘kultura’.

Inny ważnym aspektem było to, jak się ubrać. Niby powinno się na galowo, ale stwierdziłem, że na pogrzeb nie idę – a wiem jaką muzykę grają. Po prostu żywe kolory będą w porządku. Ludzie (ci inni, wiadomo) może i dziwnie się na mnie patrzyli, ale nie byłem jedynym.

No to po długim przynudzaniu wreszcie o zawartości Sali Kongresowej.

Miejsce, jak zazwyczaj mi się trafia, na środku… na środku – czyli idealnie. Dokładnie widziałem całą scenę, a i dźwięki dochodziły w takim czasie w jakim powinny.

Zaczęło się.

Znałem ich wcześniejsze koncerty – od czego jest taki serwis jak youtube – ale teraz wystartowali z nowym programem. Nieco śpiewali przy muzyce w typie tej, którą zwykle słyszałem w anime przy okazji festiwali. Bo taki był temat przewodni widowiska.

Oprócz typowej gry na bębnach, zespół szybko przejął władzę nad widownią. Po prostu nie dało się oprzeć tej pozytywnej energii, którą pod postacią pozytywnych fal emitowali wszędzie dookoła. Widziałem jak staruszkowie energicznie klaskali tak jak pokazywał artysta na scenie. Do tego pomiędzy głównymi utworami były fillery, w której bębniarze pokazywali swoje umiejętności. Niewiarygodne umiejętności. Zaczynając od synchronicznej gry, przez grę dwóch artystów na 4 bębnach (każdy grał na 3, więc dwa współdzielili i równocześnie grali) po naprawdę szybkie ruchu pałeczkami, które na pewno swoje ważą. No i ich krzepa – oni uderzali przez 2h, ja pewnie z 5 minut bym nie wytrzymał.

Na koniec najlepsze – jak do gry wszedł największy z bębnów. Członek zespołu grający na tym instrumencie wziął ‘pałeczkę’ większą od kija bejsbolowego. Efekt piorunujący. Czułem jak moje nogawki poruszają się wraz z kolejnym uderzeniem oraz to jak drżą mi płuca i krtań + reszta bebechów. Przez chwilę myślałem, że Sala Kongresowa rozleci się od tego jak grali. Na szczęście wytrzymała – ale i tak jak dla mnie magia.

No to już nie truję więcej. Koncert oceniam bardzo pozytywnie. Na tyle, że jak ponownie wrócą do Polski za ileś lat bez dwóch zdań nabędę bilet i obejrzę to widowisko, może z nowym programem? Czekałem 5 lat, tak teraz też mogę poczekać. A warto, naprawdę.

Na koniec dodam nieco dziegciu do tego wielkiego słoja miodu. W 2005 w ramach koncertu można było kupić płyty CD z ich muzyką. Pamiętając moje nieprzygotowanie podczas wystąpienia Chóru Alexandrowa zabrałem odpowiednią kwotę by kupić i formalnie wesprzeć Yamato 😉 Niestety, podczas wystąpienia nie powiedziano nic na temat sprzedawanych rzeczy a i poszukiwania podczas przerw nie przyniosły żadnego efektu. Nie ukrywam – mocno mnie to zasmuciło.

Oczywiście nie ma to wpływu na ocenę całości.

Advertisements

~ by drzejan on December 6, 2010.

3 Responses to “Przybyłem… zobaczyłem… chcę więcej!”

  1. Ja też kiedyś się na to może, ewentualnie wybiorę.

    • Cóż, nie pozostaje ci nic innego, jak tylko żałować, że nie byłaś tym razem – a proponowałem 😛

  2. Mwwahahaha, witamy w warszawce.
    Jak to miło zawsze utrwalać sobie justifikacje dlaczego się tam nie mieszka.
    Pomimo niewątpliwych zalet tego miejsca.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: