Kaji’ego eksperymenty kulinarne

Ostatnio złapał mnie głęboki i ponury dół, który powoli przemienia mi się w depresję. Nie chce pisać dlaczego, bo w sumie powinno to być już dość oczywiste.

Plus ponowne, jeszcze większe zwątpienie w ludzi. Jako ogół. Zwłaszcza w ich słowa i obietnice…

przerwa techniczna

Tym niemniej, będąc w takim, a nie innym stanie ducha, istnieje jedna sprawdzona droga do wyciszenia i uspokojenia. Tak, gotowanie (niekoniecznie jedzenie 😉 ). Ostatnio przeszła mi przez myśl koncepcja odświeżenia sobie ‘jak się robiło’ pewną charakterystyczną pieczeń. Tak naprawdę, nie jest istotne jakie mięso będzie się obrabiało, ważny jest zestaw przypraw i ziół, by końcowy efekt był jak najlepszy. Jako, że zazwyczaj korzystałem z brzucha wieprzowego, zwanego potocznie boczkiem, tak i tym razem wyruszyłem na polowanie do… najbliższego sklepu. Okazał się niestety zamkniętym, co przymusiło mnie do wyprawy do pobliskiego hipermarketu. Przy okazji nabyłem również brakujące składniki do ‘zaprawy’ (zaprawa/klajster/bejca) – ostra papryka dla koloru oraz rozsądnej wielkości główka czosnku.

Mając wszystko co potrzebowałem i będąc już w domu wziąłem się do roboty. Jako, iż była sobota, a planowałem upiec w niedzielę wieczorem to przygotowałem wszystko tak by ładnie mi mięso przetrzymało w lodówce. Zatem porobiłem charakterystyczne (jak na moją kuchnię) nacięcia w mięsie i obłożyłem je mieszaniną uniwersalnej przyprawa (jakoś nie podchodzi mi już zwykła, biała sól w takich zastosowaniach – kwestia braku tych suchych warzywek?), pieprzu, nieco papryki ostrej (dla koloru) oraz pieprzu ziołowego (jedynie słusznej marki, Prymatu – inne jak testowałem, to zawsze coś przedobrzali z zestawem i słabo to ostatecznie wychodziło). Tak zabalsamowane i zwinięte zwłoki wrzuciłem do rondelka (za radą Nivaka) i odstawiłem na najwyższą półkę najwyższej lodówki w okolicy (swoją droga jednocześnie najniższej, bo jedynej – inna sprawa, że jest ona dużo wyższa ode mnie… a ja znowu taki mały nie jestem).

Póki co opisałem rzeczy oczywiste, związane tylko z przetrzymaniem zwłok w lodówce do następnego dnia. Ale cały urok tego typu pieczeni opiera się na klajstrze. Zatem, nieco zmęczony, ale wciąż świadom swoich czynów usiadłem wieczorem do przygotowania owej zaprawy. Jako, że mam już nieco wprawę, to zajęło mi to tylko około pół godziny. Składu wolałbym nie podawać. Wiecie – tajemnica szefa zmywaka w kuchni itp. By uzyskać to co mam, potrzebowałem wielu prób, wyrzeczeń i bla bla bla. Na poważnie, dopracowanie tego elementu zajęło mi z dwa lata. Jak już przygotowałem bejcę, to wrzuciłem ją do lodówki, by sobie postała i nabrała mocy – bardzo ważny element w procesie wytwarzania tego typu rzeczy. Musi swoje odstać, jeszcze zanim zostanie nałożone na docelowe mięsiwo – chodzi głównie o to, by zioła dogadały się z przyprawami i by wszystkie możliwe soki nabrały odpowiedniego aromatu.

Plan miałem taki, by z samego rana w niedzielę wziąć mięso i nasmarować je klajstrem. Następnie odstawić tak oprawione zwłoki do nabrania mocy przez cały dzień i wieczorem wrzucić do piekarnika (już mi ślina cieknie na samą myśl o tym, bo piszę to chwilę po obłożeniu mięsa zaprawą). Jakby co w zamieszczonej poniżej galerii znajdują się zdjęcia samej zaprawy, wstępnie zabalsamowanego mięsa – oba elementy już po nocnej odsiadce w lodówce. Dalej zamieszczone są kolejne etapy nakładania końcowej masy balsamicznej 😉

Dodam tylko, że w międzyczasie całej tej operacji na otwartym boczku, gdzieś w tam w tle trwała operacja pod kryptonimem ‘razowiec’. Tak – musiałem sobie przygotować odpowiedni zapas chleba na taką ucztę. Co innego, że planowałem zrobić biały chleb na razowym zakwasie (skubaniec ma już ponad rok)… ale ktoś mi odwrócił kartkę z przepisami na lodówce… a początek jest podobny… no, ale co z tego. Ważne by było dobre, nie?

Kilka godzin później…

Jako, że jest już wieczór, chleb się ładnie upiekł (zdjęcie jak zwykle w galerii), mięso właśnie grzeje się w przestronnej gęsiarce z dodatkiem odrobiny wody, by nie wyszło suche. Oczywiście, jak to przystało na dobrze robioną pieczeń, co mniej więcej 10-15 minut podlewam ją jej własnym sokiem tak, by przez przypadek nie zrzucić ładnie teraz parującej zaprawy z wierzchu.

Jeszcze godzinę później…

Pieczeń jest już gotowa, piszę po spożyciu kilku…nastu kromek świeżego chleba z jeszcze gorącym efektem ponad dobowych przygotowań. O tak, jak dawno tego nie jadłem. I to przyjemne pieczenie ust 😉 Zdjęcie, jeszcze sprzed zacięcia ofiary – galeria poniżej.

Mała uwaga, odnośnie przypraw. Przez lata uodporniłem się na ostrość papryk. Wszystkich. Zatem słodka papryka to tylko jakiś tam barwnik, ostra papryka dodaje nieco koloru, dopiero chili w sensownych ilościach powoduje, że czuję ostrość. Sensowne – taka konkretna, czubata łyżeczka. Ostrej papryki zazwyczaj sypię 2-3 więcej. Dlatego klajster ma kolor zielonkawo czerwony (nieco papryki zmieszało się z dodanym olejem, co widać na wycieku obok ‘kupki’). Tak, mam już żołądek ze stali 😉

Miłego ślinienia się 😉

Kolejna uwaga, na sam koniec. Efektem ubocznym całego procesu leżakowania w lodówce, jak się później okazało po upieczeniu, było… zapeklowanie mięsa. Nieco się zdziwiłem, jak artystycznie zaciąłem ofiarę i zobaczyłem ponętny róż mięsa w środku. Co tylko zwiększyło atrakcyjność całej potrawy, bo lepiej je się coś różowego niż takie nie wiadomo co – niby czerwonawe, ale bardziej szare i wyblakłe 😉

Advertisements

~ by drzejan on September 20, 2010.

One Response to “Kaji’ego eksperymenty kulinarne”

  1. mtaaa, jaka szkoda, że nie lubię mięsa.

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: