Lipiec na rowerze jako forma dotarcia do istoty praktyk studenckich

Tytuł notki jest… po części nie związany z jej treścią. Ot – chciałem zobaczyć czy umiem jeszcze napisać stwierdzania a’la tematy maturalne w kontekście naśmiewania się ze słowa pisanego. Ale mniejsza z tym.

przerwa techniczna

Tak na poważnie, to rzeczywiście starałem się przez cały lipiec dotrzeć na praktyki na jednym ze swoich rowerów. Czasami było lepiej (temperatura mniej więcej znośna), czasami było piekielnie gorąco, na koniec zaś było zdecydowanie za mokro i za chłodno co w połączeniu z wiejącym wiatrem przyczyniło się do tego, że straciłem głos…

Miesiąc codziennego pokonywania drogi dom-miejsce praktyk pozwoliło mi ponownie poobserwować jak to inni współ-rowerzyści korzystają z dróg rowerowych, jak poruszają się po ulicach i czy może przestrzegają jakiekolwiek zasady.

Odpowiedź jest tendencyjna – część jeździ w porządku. Pozostała i jednocześnie większa część to… szkoda słów, by jakoś sensownie zjechać. Ale czemu by nie spróbować?

———————————————————————————————————————————————————————–

Zacznę nieco od końca – bo obserwacje te pochodzą akurat z mojej drogi powrotnej po kolejnym, owocny dniu moich praktyk. Jeżdżę Piotrkowską, mniej więcej przez cały deptak, i jest jedna grupa uczestników ruchu, które mnie konkretnie wkurza. Rikszarze – od początku uważałem tę formę komunikacji za poronioną, nie dość że średnio ciekawie to wygląda (połowa sprzętu to nawet nie do końca poprawnie pomalowali po ordynarnym spawaniu), to jeszcze przewoźnicy po części wyglądają na takich, co tylko napierdzielają do przodu, a nie patrzą co dzieje się dookoła. Nie raz miałem okazję podziwiać, jak takie drogowe trupy leciały środkiem ulicy (rikszarze niby mają lusterka, ale nie marnują czasu na korzystanie z nich).

By być mniej więcej w zgodzie z przepisami – zawsze wyprzedzam ich z lewej. Ok – wyprzedzam, ale niestety dojeżdżam do świateł. Co widzę? Dopiero co wyprzedzona riksza perfidnie przejeżdża przede mnie, zajeżdża całą drogę, pcha się na skrzyżowanie tak, że nie widać już od dawna świateł i stoi. Wielki, wspaniały operator rikszy zatriumfował. Walić to, że jak światło się zmieni, to on nawet nie będzie wiedział kiedy, zanim ruszy, to światło zdąży znowu się zmienić oraz to, że znowu wpierdzieli się na środek jezdni, a nie trzyma się prawej strony jezdni.

Ale to jeszcze nie wszystko co widziałem z rikszarzami w roli głównej. Oj nie… zdarzyło mi się obserwować (jak stałem PRZED światłami) jak na przejście dla pieszych zaczynają się ustawiać owi rikszarze. Mistrzowie przepisów. Na przejściu znalazło się nagle, przede mną, trzy riksze (jak zatrzymywałem się to nie było żadnej). Panowie, pewni siebie zaczęli gadać między sobą – blokując pas drogi w jedną stronę. Jak ich w końcu wyprzedziłem (lekko wkurzony bo zawali drogi nawet nie zdążyły ruszyć w te 15-20 sekund po zmianie świateł, ale nie widać tego było po mnie), to mnie obrzucili spojrzeniem ‘jak śmiesz kmiocie nas wyprzedzać’.

Jak dla mnie to wywalić riksze z Łodzi. Jest to raczej element, który negatywnie wpływa na ‘turystykę’ w mieście. No i rikszarze formalnie nie muszą znać przepisów (jak rowerzyści) co nieraz widziałem w praktyce… i nie wiem jak potraktować rikszę walącą z naprzeciwka całą szerokością drogi rowerowej (także i tego typu sytuacje miałem okazję zaobserwować).

———————————————————————————————————————————————————————–

Inną ciekawą rzeczą są obserwacje ludzi na światłach na drodze rowerowej. Bez względu na płeć, wiek i szeroko rozumiane ‘aspekty fizyczne’ obserwuję jedną prawidłowość. Ludzie mają swe rowery górskie/miejskie, zazwyczaj co najmniej po 18 biegów. Ale co z tego, jak taki typowy zawodnik zafiksuje sobie na najwyższą możliwą (duża tarcza z przodu, mała z tyłu).

No i później stoję na światłach za takim delikwentem na rowerze (co warte zaznaczenia, nigdy nie pcham się na lewą stronę przed przejazdem, tylko ludzie bez wyobraźni tak robią – bo nie raz przejeżdżałem przez przejazd i miałem przed sobą ścianę tłuków co nie przewidziały ruchu z naprzeciwka…), zmienia się na zielone i mam pokaz podskakiwania na pedałach. Ruch zygzakowaty ze względu na mizerną prędkość wraz z zmianą środka ciężkości (tak, podskakiwanie). I niech teraz zbierze się przede mną z dwóch, trzech takich mistrzów i przejazd mam z głowy, bo zanim ruszą to światła się zmienią. Wyprzedzić się nie da, bo nie można przewidzieć w którą stronę zawodnik odbije. No i ‘raczej’ nie można wyprzedzać na przejeździe (bo jest to po prosty głupie i bezmyślne). Słowem, żyć nie umierać.

Ale najważniejsze to jechać i pakować na najwyższym biegu. Takie cuda to można robić jak się zna dobrze rower i ma się ‘kondycję’. Ja pomimo kilku lat jeżdżenia na swoim starym rowerze (aka siłownia ze względu na tendencję do zwalniania, nawet z górek), wyrobionej kondycji nie byłbym w stanie ruszyć z najwyżej przerzutki w sensownym czasie i po w miarę prostej trajektorii. Zaznaczam jeszcze jedno – nigdy nie podnoszę się z siodełka, nie potrzebuję skakać po pedałach. Bo nie ma nic bardziej komicznego jak akcja w stylu ‘wyprzedza mnie zawodnik z tyłkiem w górze’. Chociaż po przesiadce na czarny rower nie mam już takich sytuacji (wystarczy, ze jakiś zawodnik na swoim najwyższym biegu, z dupą w górze próbuje mnie wyprzedzić – to ja wtedy tylko przerzucam z średniej tarczy z przodu na najwyższą i z automatu mam skok prędkości o 10-15km/h – coś w stylu strusia pędziwiatra 😉 ). Miny zawodników, którym się skończyła się para by dalej wyprzedzać – bezcenne.

———————————————————————————————————————————————————————–

Kolejna formacja na rowerach, to wcześniej wspominana przeze mnie grupa pań na swoich rowerach miejskich. Bardzo dobrze, że panie postanowiły jeździć. Ale zanim zaczną jeździć po ulicach niech najpierw nauczą się jeździć prosto… bo nic mnie bardziej nie wkurza jak np. na Piotrkowskiej przystaję PRZED światłami i nagle torem analogicznym do sinusoidy z lewej (ale częściej jednak z prawej) strony wyprzedza mnie pani na rowerze miejskim z sakwami po bokach. Następnie, równie chwiejnie i nieprostoliniowo zajeżdża mi drogę i staje mniej więcej pół metra na prawym pasie poprzecznej drogi na skrzyżowaniu. Drogi z jeżdżącymi samochodami.

Oczywiście w tym przypadku jest ten sam problem co u mastachów rikszarzy. Nie widzi świateł, więc nie wie kiedy ma już zielone, a kiedy nie. Co gorsza, nawet jak już zauważy, że ci z naprzeciwka ruszają, to zanim ruszy można spokojnie zapomnieć o światłach. Na cholerę wyprzedza, skoro nie dość, że nie widzi świateł to jeszcze nie potrafi ruszyć z miejsca? Ja rozumiem (mniej więcej) u rikszarzy ten problem – pokazania się jako zajebistego miażdżyciela tętnic i wybornym donżuanem (według nich oczywiście – widziałem ‘cudowne’ podrywy w ich wykonaniu…). Ale panie w wieku 40-50 lat? Nie mam pomysłu…

———————————————————————————————————————————————————————–

Ostatnia grupa, o której wspomnę w tej notce. Panowie w wieku już konkretnym, wracający z pracy na dość leciwych rowerach z torbami na ramionach. Oddalając się całkowicie od tego jak prezentują się ci panowie chciałbym wspomnieć o ich skillu. I pewności siebie. Bo przecież wiadomo, że z wiekiem od razu z automatu dochodzi jeszcze wiedza i mądrość. I tak, ci już nie najmłodsi panowie potrafią wywinąć ‘niezłe’ i jednocześnie ‘mondre’ numery na drogach rowerowych… Jadąc spokojnie, już nawet nie pedałując zbliżałem się do świateł na dość sporym skrzyżowaniu w moim niekoniecznie pięknym mieście. Po co miałem się śpieszyć, jak światło czerwone i na dodatek wiem, że będę długo czekał na zmianę tego stanu. Nagle, jak grom z błękitnego nieba, wyprzedza mnie przedstawiciel tej grupy, pedałuje jakby uciekał przed lwami – i robi rzecz, która zbiła mnie całkowicie z tropu. Zajeżdża drogę, mniej więcej 10 cm dzieliło światło na zdezelowanym błotniku od bieżnika mojej przedniej opony. Ja spokojny, po całym dniu pracy zdusiłem w sobie co większe wiązki.

No dobra, jedziemy dalej, może facetowi po prostu odbiło na chwilę. Nie… dalej na tym skrzyżowaniu jest taki śmieszny przejazd przez osobny prawo skręt na obwodnicę mego miasta. Zamiast przejechać przez ten przejazd z światłami dla rowerów, mistrzunio wali w lewo, asfaltem, objeżdża kawałek drogi rowerowej by nagle bez jakichkolwiek sygnałów wbić się na nią niespełna 10 metrów od nieszczęsnego przejazdu (tak, okolice makro, skrzyżowanie Legionów/Konstantynowskiej z Włókniarzy). Taaa… spokojnie jadę dalej w myślach zastanawiając się gdzie uczą takiego stylu i techniki jazdy. Niespełna kilometr na północ od tego miejsca widzę kolejne cudo w wykonaniu tego zawodnika. Ale to jest powszechna praktyka oznaczająca powszechny brak myślenia i przewidywania konsekwencji swojego działania – zaczął wyprzedzać panią na rowerze (która jechała relatywnie poprawnie). Wyprzedzać z prawej… Słowem idiota, ale nie – on tu jeździ codziennie, zna każdy kamień, łatę asfaltu. Co nie zmienia faktu, że jeździ jak idiota. Pewny siebie idiota.

Chociaż nie do końca miał wiedzę, by uważać się za specjalistę tego odcinka. Nie zwolnił w newralgicznym miejscu, gdzie widoczność jest słaba i dość często coś nagle wyjeżdża (wyjazd z Lorentza na Włókniarzy).

A co z kierowcami? A no po staremu. Prawo skręty to coś co nie wszyscy ogarniają. Bo przecież wiadomo, że jak się przejeżdża przez przejście dla pieszych (przy prawo skręcie) to nie ma po co patrzeć w prawo – tylko łeb ukręcamy w lewo i napieramy. A co dopiero przejmować się drogą rowerową za tymi pasami. I ludzie się dziwią, że ja tak głośno klnę na rowerze – po prostu zakute łby w przerdzewiałych wagenach muszą mnie usłyszeć by i oni zaczęli hamować (co przyczyni się do tego, iż wszyscy wyjdą cało z gapiostwa kierowcy).

Fajnie w tej Łodzi mam, nie?…
(Z góry przepraszam za błędy i literówki – nie mam sił ich wyłapywać i poprawiać, to te praktyki 😉 )

Advertisements

~ by drzejan on August 5, 2010.

 
%d bloggers like this: