Dzień z Evangelionem

No to po mniej więcej półtorej miesiąca ponownie coś napiszę. Tym razem skupię się głównie na jednym evencie, na jaki ostatecznie poszedłem (bo bardzo długo wahałem się nad tym, czy pójść – co zaowocowało lekkim, 1.5h spóźnieniem). Zatem poszedłem na Dzień z Evangelionem na którym miała miejsce pra-premiera Evangelion: You Are (Not) Alone, który zostanie wydany w Polsce przez AnimeGate. Co ciekawe, będzie wersja DVD jak i Blu-Ray. Może skuszę się na Blu-Ray (pomijając fakt, że mam wersję angielską od thory, bodajże w 1080p…)?

przerwa techniczna

Ale zaczynając od początku. Informację o tej akcji podrzucił mi jeden kumpel ze studiów. W sumie zastanawiałem się czy pójść, tak mniej więcej przez tydzień. Kumpel ostatecznie zamilkł w tej sprawie. Równolegle, nie próżnując, podesłałem wiadomość innym potencjalnie zainteresowanym. Ostatecznie jednak poszedłem sam, co początkowo niezbyt mi podchodziło, ale cóż zrobić ;).

Tak naprawdę wahałem się do ostatniej chwili – a nawet dłużej. Przyszedłem mniej więcej półtorej godziny po rozpoczęciu pierwsze prelekcji, usiadłem sobie spokojnie w sali konferencyjnej i słuchałem tego co mieli do zaoferowania – a mowa była o symbolice. Później zaś była godzinka z AMVkami, których dobór w sumie był dowolny – byle związane z NGE. Szkoda, bo można było wybrać ciekawsze pozycje, które przede wszystkim nie dłużyły się aż tak (AMVka po 5-6 min? O_o). Oczywiście nie mogło zabraknąć najlepszej – Rammstein Engel.

W końcu zaś nastał moment na projekcję filmu. Tu też było losowanie ‘upominków dla widzów’. Znając moje szczęście na nic nie trafiłem (względnie nie udało mi się złapać…), ale to już moja prywatna norma. Przed samym puszczeniem filmu, jeden z orgów popełnił krótkie wprowadzenie do świata NGE. W sumie imho zbędne, bo ludzie raczej znają początek. Co innego, że zgubił się podczas swojej prelekcji, zaczął spoilować, podawać trochę za dużo szczegółów by w końcu inni orgowie wraz z przedstawicielem AnimeGate zdjęli go ze sceny ;).

Jak powiedział do widowni przedstawiciel głównego sponsora, była to wersja jeszcze zdecydowanie robocza. Finalna będzie gotowa mniej więcej pod koniec miesiąca (pewnie chodziło o kwiecień). Zatem nie będę się czepiał detali, bo po co – na pewno poprawią pewne dociągnięcia :). Pewnym szokiem było dla mnie natomiast to, że emitowana była wersja z lektorem. Nie ukrywam, byłem co najmniej zbity z tropu. Przyzwyczajenie robi swoje – wole jak nawijają po japońsku, a na dole pojawiają się napisy po angielsku. Konkretnie w przypadku NGE – po niemiecku byłyby najlepsze. No ale to pierwsze wrażenie. Później człowiek się przyzwyczaił. Głos lektora znany z telewizji, chociaż nie powiem czyj.

Widać było natomiast, że pracują w AnimeGate na wersji FullHd. To co zostało wyemitowane w kinie (Charlim) uległo zmontowaniu dzień wcześniej, zaś źródłem sygnału była płytka DVD. Po prostu widać było postrzępione krawędzie, jakże charakterystyczne przy skalowaniu obrazu w dół (prostym – najbliższego sąsiada, bez interpolacji)… cholera, przetwarzanie obrazów mi wychodzi bokiem.

Jeśli jednak chodzi o tłumaczenie, jak pisałem jest to wersja robocza, to można było odnieść wrażenie, że jest nierówne. Pojawiało się wiele pojęć technicznych, przy czym w walce z Shamshelem (ta latająca wiewiórka) pada stwierdzenie ‘obrotowy karabin’ zamiast działka Gantlinga. Swoją drogą jak widać autorzy poszli z ‘duchem’ czasu i modą – zamiast zwykłego fajnego karabinku Shinji w Evie-01 dostał do dyspozycji takie cudo techniki. Szkoda, bo podobnie wyszło z działem pozytronowym (użytym w walce z Ramielem). Odbajeżyli, zamiast zachować pierwotną formę – nieco surową, ale wyglądającą na realną. W sumie tłumaczenia nie mogę się czepiać, bo i tak NGE dla mnie to tylko w wersji niemieckiej (z napisami). Smutna prawda, bo wiele pojęć zupełnie inaczej zapamiętałem 😉

Jednak przechodząc do samego filmu. Przyjemnie się oglądało – przynajmniej mnie. Problem w tym, że znam całe anime. Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że znam bardzo dobrze, bo jakby na to nie patrzeć był to mój konik wśród wszystkich tytułów, które widziałem – a NGE, całe, widziałem w sumie kilkanaście razy – bliżej dwudziestu niż dziesięciu. Czyli wiedzę miałem, chociaż nieco zardzewiała – co wyszło przy konkursie wiedzy o NGE, ale o tym napiszę nieco dalej. Zatem nie dość, że mogłem oglądać bez napisów i lektora (dlatego niektóre rzeczy mi umykały w polskim tłumaczeniu, a były mówione w oryginale), to na dodatek dokładnie widziałem co się zmieniło względem oryginału. Ot takie detale, jak np. marka piw jakie miała Misato (nie było to już tylko Yebisu), zmiana miejsc w śmietniku na kosze na posortowane odpady czy też kolor bielizny wiszącej w łazience (…).

Problem polega natomiast na tym, że jeśli ktoś nie zna NGE (chociaż, ci co interesują się anime, to powinni przynajmniej widzieć te pierwsze 3-4 odcinki) mogą się zgubić. Autorzy ewidentnie postawili na szybką akcję (bo w sumie inaczej się nie da, biorąc pod uwagę, że filmów ma być całe cztery sztuki), chociaż wstawki związane z psychologią postaci są nadal – i bardzo dobrze. Na przykład zupełnie pozbyto się akcji pierwszego dnia Shinjiego w szkole, gdzie ktoś zadał mu przez lapka pytanie, czy to on pilotował Evę. Tu jest po prostu stwierdzenie Misato, że Shinji idzie do szkoły po czym od razu widzimy jak Toji spuszcza mu łomot. Dobrze, że przynajmniej nie wycięli tłumaczenia Aidy dlaczego Toji się wyżywał.

Kolejnym, tak na szybko rzucającym się wyciętym motywem, była ucieczka Shnjiego. Była scena w metrze/pociągu, było, że wisiał sobie nad przepaścią gdzieś koło Neo-Tokio 3 (tłumaczenie Nowe Tokio). Ale nie było już spotkania z Aidą, tylko od razu przejęli go agenci wywiadu Nervu (którzy cały czas go śledzili, co można wywnioskować z tego co powiedział). Szkoda, bo wypłyca otoczkę dookoła historii, robiąc z niej w miarę szybką akcję. Brakuje miejsce na kontemplację, rozmyślanie, utożsamianie się z bohaterem.

Inna kwestia, to nie pamiętam już czy w serii (tej oryginalnej, 26 odcinków) Misato zabrała Shnjiego do Central Dogmy, do Lilith. Chodzi o moment, w którym Ramiel (latająca piramida) raz już zaatakował Eve-01 i wszyscy przygotowali się do operacji Yashima, użycia działa pozytronowego (sposób dostępu do części zmienił się względem oryginału – wcześniej był odgórny rozkaz, teraz były ‘znajomości’ i ‘zaległe przysługi’ Misato). Nie pamiętam tego, przyznaję się, chociaż nie wydaje mi się, by tak wcześnie w oryginale pokazywali w ogóle Lilith. Co gorsza, zmienili jej maskę, na podobną do tego co miał Sachiel…

Zmieniono też sposób prezentacji amoku (wolę to określenie niż berserk / szał btewny, tak bardziej z niemieckiego) Evy-01 w walce z Sachielem. W oryginale było tak, że dochodziło do przebicia pancerza na głowie mecha i Shnji tracił przytomność, po czym lądował w szpitalu. Retrospekcja z zdarzenia pojawiała się dopiero po scenie z pingwinem i dwoma puszkami piwa ( 😉 ), jak leżał w pokoju i patrzył na sufit. Natomiast tutaj od razu lecimy z wydarzeniami, dochodzi do przebicia pancerza i Eva-01 wpada w amok by zdekapitulować anioła. Trochę jak dla mnie za szybko to poszło, ale znowu – filmów ma być 4, a nie 6 ;).

Natomiast podobał mi się scena, w której Misato rozmawiała z Ritsuko o problemach Shnjiego w szkole (wywiad doniósł, że kolega z klasy wklepał mu). Rozmowa miała miejsce na jakieś windzie, czy też raczej na zjeżdżającej w dół huśtawce, tak, że obie miały zwisające w dół nogi. Piękne było to jak Misato odbijała sobie nogę od nogi – to było takie… po prostu piękne. Najpierw ujęcie z przodu, później z tyłu. Pokazywało to, jak bardzo beztroska jest Misato, lub też jak bardzo potrafiła się schować ze swoimi problemami za taką maską… I teraz nie wiem, czy uśmiechałem się przy tej scenie ze względu na to, jak ruszała nogami (animacja była naprawdę najwyższej klasy), czy też ze względu na to, jakie refleksje to we mnie wywołało (nawiasem mówiąc nie będącymi pozytywnymi).

Jak tak oglądałem Evangeliona na dużym ekranie, to dopadła mnie taka smutna refleksja. Kurcze, szkoda, że technika idzie do przodu. O ile CG nie były jakieś mocno nachalne, powiedziałbym, że wyważone i przyjemne dla oka, o tyle odejście od rysowania w stronę grafiki wektorowej psuje w pewnym stopniu sposób odbierania tego tytułu. Wektorowo, to teraz tłuką pełno ‘wartościowych’ serii, a tak jakby zostali przy tradycyjnym rysowaniu, to byłoby idealnie.

Nie podeszła mi natomiast scena, w której Misato motywuje Shnjiego pod koniec filmu, po pierwszym nieudanym strzale w Ramiela. Naprawdę, bzdurnego hamerykańskiego, za przeproszeniem, pieprzenia o tym, że wszyscy w niego wierzą, że losy ludzkości spoczywają na jego barkach i innych pseudo patetycznych gatek najzwyczajniej w świecie nie lubię. I w tym miejscu zdecydowanie nie podobał mi się taki zabieg.

No to to by było na tyle, jeśli chodzi o film. Później, zgodnie z harmonogramem, miał być konkurs wiedzy o NGE. W sumie odpowiedzi na większość pytań znałem, pomijając te czysto krzyżówkowe lub te, do których przydała by się encyklopedia NGE z kawaii’ca lub przynajmniej wiki. Wiedziałem o co biega, ale konkretnych nazw nie kojarzę, nazwisk tym bardziej. Nie było źle, ostatecznie walczyłem o drugie lub trzecie miejsce (z czterema innymi osobami). I nawet znałem odpowiedzi na pytania, ale jednak grawitacja wygrała tym razem ze mną (bo zgłaszanie do odpowiedzi było poprzez wstanie, a nie podniesienie ręki – a kondycja już nie ta ;)). Zatem drugie i trzecie miejsce przeszło mi koło nosa. A było o co walczyć (chociaż na …Con II do wygrania był oryginalny soundtrack z Enda, który imho był najlepszą nagrodą). No to po raz kolejny nic nie wygrałem (nie liczy się Polcon 2009, gdzie zająłem drugie miejsce 😉 ).

Generalnie za całą ta imprezą stała komórka ze Zgierza, odpowiedzialna za Spotkania Mangowe. Członkowie sprawiali wrażenie normalnych, w sensie nie mierzących swojego e-przyrodzenia ilością serii, które widzieli. Co już jest jak dla mnie na plus. Może się do nich wybiorę, na któreś spotkanie? Myśl warta głębszemu rozważeniu.

I tak o to kończy się pozytywna część, teraz ta mniej. Można w sumie odpuścić sobie dalsze czytanie, bo będę przynudzał.

przerwa techniczna
przerwa techniczna

Zaczął się kolejny semestr, kolejne wyzwania, kolejne zarwane noce i kolejne rzeczy do ogarnięcia w krótkim czasie. A ja nadal nie wyleczyłem się z dołu, który mam od końca listopada zeszłego roku. Tak, chodzi cały czas o pewną osobę. Chociaż czasami jest mi lepiej, ale to tylko czasami. Zastanawiam się też, czy to nadal dół, czy już depresja.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że po tym jak zostałem delikatnie mówiąc ‘spławiony’, najchętniej nie chciałbym jej widywać. Ale w życiu tak nie ma, że ma się to co chce – i na domiar ‘złego’ okazało się, że zapisała się na jeden przedmiot u mnie na wydziale, dla mojej specjalizacji. Zatem nie dość, że przez pewien okres spotykałem ją codziennie, to teraz regularnie przed każdymi zajęciami. Z jednej strony miło ją zobaczyć, ale jednak sprawia to ból.

Przyjąłem takie założenia, że jestem bardzo prostym człowiekiem zatem zupełnie nie rozumiem skomplikowanych działań. Bo nie wiem o co chodzi w takiej sytuacji – jednego dnia widziałem ją w oddali, przez urywek sekundy, i widziałem jak mi machała, by następnego dnia, gdy była już bliżej niż te 40 metrów. Ba! To było góra 2-3 metry, to sprawiała wrażenie, jakby chciała przede mną uciec. Aż tak jestem szkaradny i odpychający? O_O Już nawet powiedzenie prostego ‘cześć’ było nie lada wyzwaniem dla niej. Nie ogarniam tego, nie potrafię tego zrozumieć i tym bardziej zinterpretować – ot jestem nieskomplikowany, co by nie powiedzieć, że prostym jak budowa cepa.

W sumie jest to główny powód mojego nastroju, stanu itp. Ale innym jest to co dzieje się na studiach. Mam dużo roboty, wielki projekt, w skład którego wchodzi pięć przedmiotów. Ale jakoś nie interesuje mnie to. Zmęczenie materiału? Wszyscy dookoła mnie coś robią – rozwijają się, a ja czuję, że stoję w miejscu. I nie jest mi z tym łatwo. Do tego dochodzi jeszcze to, że z coraz większym trudem zakładam ‘uśmiechniętą’ maskę. Zabiera to za dużo sił, a taka schizofrenia (emocjonalna, dobre…he… he… he…) na pewno niczego dobrego nie wróży.

Najgorsze jest jednak to, że brakuje mi celu, do którego miałbym podążać. O ile udało mi się na początku roku ukierunkować na Final Fantasy XIII (którego swoja drogą mam, jestem w 11 rodziale po 42h gry, gdzie nabiłem ten czas w niespełna 5 dni po premierze, bo teraz nie mam czasu by przyszpilić), tak teraz nie wiem do czego dążyć. Nic nie przychodzi mi do głowy. Cały czas walczę też z jedną myślą. Co ja właściwie mam z życia? Studia, nauka, spanie, czasami odpalę grę (rzadko), coraz rzadziej włączę jakieś anime by o książkach to już całkowicie zapomnieć (mowa oczywiście o beletrystyce). Czyli nie dość, że brak celu to jeszcze brak jakiejkolwiek radości z życia. Ciekawe ile jeszcze wyciągnę z tym wszystkim…

Koniec… tak po prostu

Advertisements

~ by drzejan on March 28, 2010.

 
%d bloggers like this: