Radosny ferment własny ;)

Wiem, że w pewnych kręgach owa potrawa uważana jest za wręcz legendarną i praktycznie nieosiągalną dla zwykłego śmiertelnika. Cóż, osobiście nie wiem skąd wzięły się takie opinie. Może dlatego, że mało komu chce się trzymać w domu coś co ‘kisi’ się przez 3 tygodnie – bo tyle mniej więcej trwa proces powstawania kimchi według posiadanego przeze mnie przepisu.

przerwa techniczna

W sumie wszystko zaczęło się od tego, że bardzo dawno temu (z dobre 8-10 lat temu) w mojej poprzedniej kablówce był koreański kanał Arirang tv. Służył on generalnie (kiedyś) promowaniu kultury koreańskiej, zatem leciało tam sporo programów dokumentalnych. I właśnie swego czasu natrafiłem tam na program o dziwnej potrawie bazującej na kapuście pekińskiej. Ok, niby nic specjalnego. Ale jedna rzecz zapadła mi w pamięć – kapusta ta była wręcz czerwona od ilości ostrej papryki (pokazywali jeden z wariantów przygotowania), co przy moim uwielbieniu dla ostrych / bardzo ostrych / piekielnie ostrych potrawach nie było bez znaczenia.

Minęło nieco czasu, by podczas rozmyślania nad nowymi potrawami do wykonania w domu przypomniałem sobie o tej tradycyjnej koreańskiej potrawie. Wiadomo, oryginalnego przepisu raczej się nie złapie – a nawet jeśli to i tak nie zgromadzi się połowy składników (tak było właśnie z okonomiyaki/). Głównie chodzi mi o magiczne sosy, które można dorwać wyłącznie w Korei lub z importu (za ‘odpowiednią’ opłatą, chociaż wasabi nie jest aż tak drogie, a też potrafi nieźle sponiewierać 🙂 ).

Po pogrzebaniu w sieci, wylądowałem na stronie domowej ś.p. Macieja Kuronia gdzie jeden z forumowiczów podał przepis na kimchi. No, precyzyjniej byłoby napisać ‘kiszonka a’la Kimchi’. Widzę, że nadal dostępny jest w sieci przepis z którego korzystam – o to link do niego. Trafiłem też na podobny przepis (po wstępny przeczytaniu zgodność to około 90%, u mnie jest więcej ostrości i składników), który jest nieco lepiej opisany. Zainteresowanych odsyłam pod ten adres.

W oryginale kimchi mniej więcej trzyma kształt kapusty pekińskiej. U mnie zaś to jest to ‘takie coś’ pływające sobie w swoim (jakże zdrowym i konkretnie poniewierającym) sosie.

Początkowo miałem problem z dorwaniem sosu rybnego. Ale to tylko początkowo – bo w sumie na dobrą sprawę kto by kupował coś, co tak sztyni? Smród jest niewyobrażalny, przynajmniej dla mnie. Mało co powoduje u mnie niemalże natychmiastowe przywołanie ostatnich kilku zjedzonych potraw na ten świat…

Później, a dokładniej całkiem niedawno (ostatnie pół roku?) okazało się, że nie mogę dorwać warzyw, zwykłych warzyw. Inne, egzotyczne składniki były pod ręką, tylko takie normalne/typowe/polskie płody rolne jak np. rzepa czy też biała rzodkiew (no, nie wiem czy taka do końca polska…) były towarem deficytowym.

No dobra, dość tego przynudzania o problemach (chociaż te są w miarę przyjemne, nie to co te, które mnie na co dzień wyniszczają…) – jak udało mi się skompletować wszystkie składniki, to nóż poszedł w ruch 😉 Widać efekty na pierwszym zdjęciu – ofiary uległy konkretnemu poćwiartowaniu.

Poniżej znajdują się zdjęcia przedstawiające najpierw etap kompletowania składników (to tam co tak ładnie wszystko w miskach odpoczywa – oprócz pociętej i namoczonej w słonej wodzie kapusty pekińskiej). Później znajduje się zdjęcie uwieczniające chwilę triumfu, zmieszczenia wszystkich składników do jednego słoja. No i na końcu najlepsze, czyli finalny produkt – gotowy do zjedzenia.

Jak to w praktyce wygląda? Otwiera się słój i pierwsze co człowiek czuje to taki radosny zapach fermentacji (jak zwykle). O tyle dobrze, że nie śmierdzi przynajmniej sosem rybnym.

Dalej nieco o smaku. Wszystko zależy od tego jaki efekt chce się uzyskać – ilości dodanej na początku chili w formie sproszkowanej oraz poćwiartowanej. Jak da się mniej, to końcowa kiszonka jest dość kwaśna. Niektórym może to odpowiadać (mnie tam nie do końca to podchodziło). Jak da się więcej, to wtedy uzyskuje się równowagę między ostrością, a poziomem kwasowości. Natomiast jak da się od serca chili, no to wtedy jest zupełnie inna historia. Człowiek czuje, że kubki smakowe są w jakiś sposób połączone z układem nerwowym ;). Nie wspominając o tym, że odczuwa się praktycznie większą część przełyku podczas jedzenia. Dla mnie bomba 😀

Advertisements

~ by drzejan on February 5, 2010.

6 Responses to “Radosny ferment własny ;)”

  1. Przyznam, że ten słoik wygląda niepokojąco… Zabójczo nawet. 😛

    • On tylko tak wygląda, w praktyce jak otworzy się go w pomieszczeniu gdzie jest spory przeciąg to nawet znośnie jest dla innych, nie wtajemniczonych 😉

      I co ciekawe, do tej pory cała ‘moc’ była w elemencie stałym podczas robienia kimchi – w tym roku coś poszło nieco innym torem i o ile pozostałości warzyw są ostre, to wypuszczony sok po prostu ‘onieśmiela’ swoją ostrością 😉 dlatego muszę go oszczędzać.

      Ale jako ciekawa ‘odmiana’ życia codziennego to czemu nie, takie coś nietypowego 😛

  2. Dzięki za link do przepisu. Czasem wspominaliśmy z Chii, że przydało by się tego spróbować. Że można by, spróbować by… i inne by.
    W efekcie jakoś to schodziło zawsze na dalszy plan. Wasabi mamy już dawno zaliczone, ostatnio zeszło nam całościowo w kilku algowych zawijaskach zwanych sushi. Czas wreszcie spróbować (by :P) czegoś nie japońskiego?
    Zobaczymy, czy wystarczy nam zacięcia, tj. Chii na pewno wystarczy, gorzej z moją cierpliwością. Skoro wspomniałeś o piorunującym zapachu, przypomniało mi się, w tradycja nakazuje zakopać dość głęboko pojemnik z tą kiszonką na jakiś czas za domem o.O
    Zastanawialiśmy się nawet, skąd ta konieczność… 😛
    Oceniając twój słój, podejrzewam, że dość solidnie przytniemy ilości składników. W końcu na to być tylko betatest potrawy, a nie stały dodatek do codziennych potraw 😉
    Pozdrawiam.

    • Tak jak napisałem w notce – też potrzebowałem ‘lat’ by w końcu przekonać się i spróbować zrobić kimchi. Pozytywne jest zaś to, że jak już człowiek raz spróbuję to będzie chciał już prawie zawsze mieć podczas posiłków w pobliżu co najmniej pół słoika gotowego do spożycia produktu 🙂

      Problem zapachu. Jak wspomniałem, winowajcą jest sos rybny – i to on sztyni na odległość. Samo kimchi nie ma aż tak paskudnego zapachu. Po prostu wyobraź sobie zapach kiszonej kapusty z dodatkowym ostrym zapachem kiszonej rzodkwi, tak ogólnie pisząc. Zatem smród będzie tylko podczas robienia, później gdzieś się ulotni 🙂

      Słój nie jest tak duży jakby się mogło wydawać – ot tak z 3-4 litry. Druga sprawa, zwróć uwagę jak zmniejszyła się ilość stałej materii po okresie leżakowania. Tak na oko z 50% – jak dla mnie proporcje podane w przepisie (z strony Kuronia) są minimalne, by spróbować i trochę podjeść w przypadku zasmakowania.

      Wasabi to ja tak ot sobie biorę i podjadam, by nieco się rozbudzić 🙂 dlatego dość szybko schodzi u mnie jedna tubka. Swoją drogą zaopatruje się w wasabi w ‘kuchnie świata’ w manufakturze – cena przynajmniej nie odstrasza 🙂

      Pozdrawiam 🙂

      • Skoro podjadasz sobie tę musztardę, powinieneś kojarzyć “Wasabi” Z Jeanem Reno w głównej roli. Jemu też to tak wchodziło. Moje reakcje na ten smak były zbliżone do tego drugiego pana o wdzięcznym imieniu Momo 😀
        Pomyślimy, zobaczymy. Na razie mamy w planach imprezkę urodzinową z tematami pirackimi w jadłospisie i wystroju więc nieco inne klimaty.
        Lekko offtopując: dostałem powiadomienie, że zostawiłem ci wpisy, ale o twej odpowiedzi – ni chu chu o.O

        • No ba – ja bym nie widział takiego filmu ? 😉 Oryginalnie ‘Wasabi’, w Polsce ‘Hubert Zawodowiec’ za co tłumacze powinni dostać baty – bo większość ludzi podchodząc do tego tytułu spodziewa się kina w stylu ‘Leon ‘Zawodowiec’. I z tego powodu po obejrzeniu filmu strasznie psioczy na niego, a przecież jest to naprawdę dobra komedia 😀

          Co do spożywania wasabi, jak ze wszystkim człowiek się uodparnia wraz z spożyciem 😉 na początku, jak próbowałem to bardzo niewielka ilość starczała mi, bym poczuł górną część układu pokarmowego oraz elementy układu nerwowego na karku 😉 Teraz to już trzeba więcej wziąć by wywołać ten sam efekt, ale w domu nadal tylko ja stosuję w takich ilościach ten dodatek 😀

          Odnośnie tego bloga i mechanizmów w nim działających – nie wiem czemu to nie działa, jest tu kilka ‘bugów’ (np jak napiszę komentarz na innym blogu będąc zalogowanym to w ogóle nie zalicza mi ten komentarz do moich, przez co w moim centrum dowodzenia nie mogę go śledzić…). Ale i tak jest lepiej niż na innych serwisach blogowych. Swoją drogą zaznaczyłeś opcję, by powiadamiał o odpowiedziach ? (jeśli taka była)

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: