Przerwa świąteczna

Miło, że jest teraz przerwa świąteczna. Chociaż nie, ona już się kończy – ale nie zmienia to faktu, że miło było być cały dzień w domu lub też po prostu nie iść na wydział na ‘cudowne’ zajęcia. Generalnie roboty było sporo i mimo iż ‘ferie’ już się kończą, pozostało jej sporo. Ale pewnie jakoś to będzie.

Pomimo tego wszystkiego jakimś cudem udało mi się wybyć na całe 5 dni, z mojego cudownego miasta, do Lublina. Jak zwykle nie obyło się bez problemów – pierwszym było czcigodne PKP, a dokładniej rewolucja z podziałem na spółki. Okazało się, iż na stronie cena biletów dla mnie zwiększyła się… niemalże o 70% (połączenie do Lublina). Ciągle pamiętam jak w telewizji rzecznik prasowy IC mówił, że ceny nie wzrosną, lub jeśli wzrosną to nieznacznie – ale za to jakość usług ma się zwiększyć i na dodatek pociągi mają jeździć szybciej.

Nie to bym był cyniczny (a jak zwykle jestem, i to bardzo), ale wiem już dlaczego pociągi będą jeździły szybciej i w jaki sposób jakość usług się poprawi. Po tej ‘nieznacznej’ podwyżce cen biletów, liczba pasażerów w pociągach się zmniejszy – czyli lokomotywy będą musiały mniej ciągnąć co równa się oszczędność energii i może przez to szybciej dojadą do celu. Choćby o te 10 min na trasie rzędu 200 km. Jednocześnie, mniej pasażerów oznacza wyższy komfort jazdy w przedziale.

Z takim nastawieniem poszedłem dzień przed wyjazdem (w wigilię) na dworzec by dowiedzieć się czegoś więcej. I tu pozytywne zaskoczenie, moje, gdyż pani w informacji była sama zaskoczona jak jej powiedziałem ile kosztuje bilet interesującej mnie relacji według ich strony. Cena biletu zatem nieznacznie wzrosła (zaledwie o 5 zł, czyli o te 15-20%). Nie było innego wyjścia jak kupić bilet po tej cenie.

Następnego dnia (dokładnie pierwszego dnia świąt) wsiadłem w pierwszy pociąg do Warsiawy. Niestety nie mam już połączenia bezpośredniego do Lublina. Był pusty – do samej Warsiawy miałem własny przedział. Natomiast sprawa wyglądała zupełnie inaczej w pociągu z Warszawy do Lublina. Nie dość, że naszukałem się go na wschodnim (skubaniec był ukryty za pociągiem do Terespola) to okazało się iż jest pełen po brzegi, ludzie wręcz wylewali się z niego.

Jako, że jestem czasami zaradny, po wypatrzeniu wolnego miejsca w jednym przedziale uprzejmie wszedłem do niego (w środku było już 5 osób), powiedziałem „dzień dobry” i od razu przeszedłem do kolejnego mentalnego ataku „jest może wolne miejsce?” z miłym uśmiechem. Przynajmniej mnie się tak wydawało, bo trzeba przyznać, iż pomimo dość długich jak na mnie włosów, to jednak prezencję mam tak trochę mało pozytywną. Zatem lekko zastraszeni pasażerowie odpowiedzieli, że miejsce jest w ilości co najmniej jednego. Co tu dużo pisać, zająłem dobry kawałek ‘kanapy’ przy oknie, ot co :D.

Generalnie jazda tym pociągiem była ciekawa :> Jak zwykle podczas podróżowania miałem w uszach słuchawki i gdzieś w pobliżu swoją wierną mp3ujkę. Tak też było i tym razem – wszedłem do przedziału z słuchawkami w uszach, ale jako że słucham muzyki dość cicho, to mogę spokojnie rozmawiać. Zatem po zajęciu miejsca w przedziale rozejrzałem się i zobaczyłem z kim jadę – dwie pary, jedno małżeństwo, drugie to studenciaki oraz jakiś starszy pan.

Jako że usiadłem sobie przy oknie, jak zwykle pomimo patrzenia w okno widziałem cały przedział. Widziałem też jak studenciaki patrzyli się na mnie (aż tak źle wyglądam?). Nie to bym był wredny/cyniczny i w tych chwilach dość ostentacyjnie zaciskał mięśnie szczęki, by dać im do zrozumienia by wrócili do wcześniej wykonywanych czynności – mieli w rękach książki, w tym nawet jakiegoś Pratechet’a. Cóż, studentka ogólnie już od wejścia do przedziału nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia – jak ktoś jest mocno przy kości, to niech nie stara się wciskać w obcisłe rzeczy. Bo końcowy efekt można by przyrównać do szynek/ogonówek wiszących na sznurkach w sklepach mięsnych – dużo elementów wżynających się w ciało plus ociekający tłuszcz… a było ciepło w przedziale o czym napisze w dalszej części.

Zatem owa studentka, nie wiedzieć czemu w pewnej chwili postanowiła coś pokazać wszystkim w przedziale. Wszak jakoś trzeba podbijać sobie samopoczucie (przydało by mi się, bo nadal siedzę w głębokim dole, nawet po jakże miłym wyjeździe do Lublina) i samoocenę. Wyciągnęła ajfona i zapuściła sobie muzykę przez słuchawki, wcale nie mając na uwadze tego co ja robiłem (cały czas słuchałem sobie jakże pociesznego j-popu i j-rocku). Wiadomo wolny kraj, każdy robi co chcę. Ale już na kabaret zakrawało to, iż owa studentka po całych 45 sekundach (choć wydaje mi się, że trwało to krócej) odsłuchiwania muzyki przerwała tę jakże pochłaniającą czynność. Komedia, nie? Co chciała uzyskać w ten sposób? Nie wiem.

Wspomniałem wcześniej, że w przedziale było ciepło, nie? Jak wszedłem, to od razu zdjąłem płaszcz i miałem tylko koszulę, czyli byłem ubrany dość letnio co oznacza, że temperatura niezbyt mi przeszkadzała. Starszy pan, siedząc naprzeciwko mnie, lekko mnie zadziwił – miał na sobie kurtkę i polar. Ja bym się już dawno upiekł – i to z dużą ilością własnego sosu.

By było ciekawiej, przy okazji rozkładania się w przedziale po zwycięskim zdobyciu miejsca zdążyłem jeszcze obejrzeć nastawy ogrzewania – wszystko było zakręcone, a ewidentnie ciągle podgrzewano nam atmosferę (to te mityczne polepszenie jakości usług).

Po minięciu Dęblina zwróciłem uwagę na drugą parę – małżeństwo. Chłopak siedział spokojnie, jego luba zaś spała przez część trasy, tak mniej więcej od Warsiawy do Pilawy. Jednak gdy się przebudziła, to zaczęła coś tam jęczeć. Jak pisałem, ignorowałem to aż do Dęblina, później zaś zacząłem sobie spokojnie obserwować :). Najpierw wyszła z przedziału by później wrócić i mówić głośno, że jest jej gorąco i nie da się wysiedzieć w środku. Fajnie, że mówiła – ale bozia jej chyba raczek nie urwała. Mogła wstać i sama otworzyć okno, a nie głośno jęczeć i przeszkadzać innym (patrz mnie) w kontemplowaniu widoków poza pociągiem. Widziałem też w odbiciu zmarnowaną twarz męża. Przerąbane. Zatem ona sobie jęczała, on biedny starał się spać i ignorować ją – ale i tak przed Nałęczowem oboje wyszli z przedziału.

Natomiast biedny ja, wiedząc, że jest nieco roboty do zrobienia (wszak zaraz po wigilijnej wieczerzy zacząłem pisać jedno sprawko) stwierdziłem, że czekam na konduktora by później rozłożyć się ze sprzętem i dalej pisać sprawko. Zatem za Dęblinem wreszcie przybył konduktor, sprawdził bilety i można było wziąć się do roboty.

Kulturalnie wyciągnąłem sobie lapka, zapuściłem Eclipsa oraz writera i zacząłem klepać dalej raport. W tym momencie studenciaki, którzy cały czas coś dziwnie się na mnie patrzyli, odpuścili sobie – aczkolwiek znaczek HP musiał im się bardzo podobać 😉

Ci co słyszeli jak piszę na lapku wiedzą, że nie oszczędzam klawiatury – piszę szybko i dość głośno. A jak już koduję, to ogólnie przerąbane. Zatem radośnie znęcałem się nad sprzętem, ciągle mając słuchawki na uszach i tylko obserwowałem jak małżonka z pary w przedziale krzywo patrzyła i próbowała rzucać jakieś uwagi co do głośności klawiatury. Próbowała, gdyż mąż ją uciszał (chyba jednak sprawiam wrażenie człowieka groźnego…).

Na końcu zaś była najfajniejsza scena. Jako, że trzymałem lapka na kolanach i jako że kompilowałem co chwilę program, to nieco mi się nagrzał. Słowem – było mi gorąco w nogi. Co zrobiłem? Po prostu wstałem i otworzyłem sobie okno. Jakie to proste, nie? Wstałem i zrobiłem to, co babka strzelająca fochy i narzekająca nie była w stanie sama zrobić od Dęblina, przez Piławę aż do Nałęczowa. Nie, nie biorę pod uwagę uwarunkowań kulturowych, że niby panowie powinni robić to o co proszą panie – walić to, bozia rączki dała to niech kombinują, a nie tylko jęczą, próbują wymuszać i iść na łatwiznę ‘obrażając się’.

Po dotarciu do ostatniej stacji, do Lublina, postanowiłem przejść się do celu mojej podróży, zamiast czekać na autobus. Trochę człowiek się zgrzał, ale nawdychał relatywnie świeżego powietrza (u mnie w domu takiego nie ma…). Czego się nie robi dla zdrowotności po dwóch godzinach w przegrzanym przedziale.

Na miejscu siostrzenic z lekkim zaciekawieniem i zdziwieniem obserwował duży czarny obiekt wkraczający do mieszkania, by zaraz potem dać się przekupić kukurydzianymi chrupkami 😉 I w ten sposób została nawiązana nic porozumienia.

Generalnie, podczas pobytu udało się obejrzeć kilka filmów – niektóre z nich były ciekawe, inne nieco mniej, a jeszcze inne były mocno dziwne – w sensie miały tyle podtekstów itp. Dodatkowo wstawiłem sprzęt, który przywiozłem, do kompa rodzinki. Na spacerze zobaczyłem, że Lublin się buduje, nie to co moje miasto, gdzie wszystko zdycha lub inwestują grube pieniądze w jakieś ‘hartystyczne’ muzea lub centra sztuki zamiast zrobić porządny park w środku miasta…

Miałem też okazję porozmawiać w większym gronie o moich ostatnich problemach natury prywatnej. Po dłuższej debacie, delikatnie mi zasugerowano bym już więcej nie naciskać i nie starał się – bo pewnie nie uda się już tym nic uzyskać. Dodatkowo wyszedłbym już tylko na natręta. Najgorsze jest to, że zdawałem sobie z tego sprawę już od jakiegoś czasu. Jednocześnie starałem się nie przyjmować tego do wiadomości. Czyli całość padło tak samo szybko, jak się zaczęło – muszę jeszcze podziękować jednej osobie z liceum za pomoc i wsparcie. Szkoda… naprawdę szkoda… – 50 do głębokości doła.

Wszystko co dobre musiało się w końcu skończyć. Zatem pomimo dłuższego niż pierwotnie zakładałem pobytu w Lublinie, musiałem wrócić do domu. Po tym jak udało mi się dostać na dworzec w Lublinie moim oczom ukazały się… długie kolejki do kas? O tej godzinie, w taki dzień? Magia, no ale ustawiłem się w kasie i kupiłem bilet. Kolejnym zdziwieniem była cena biletu, oczywiście wyższa niż jak jechałem te cztery dni wcześniej do Lublina. I to pomimo odjęcia ceny za miejscówkę (gdzie musiałem się później dowiedzieć jak odczytywać zapisy na miejscówce). Nic mnie już nie będzie dziwić na PKP.

I znowu były jazdy, bo o ile jak zjawiłem się na swoim miejscu w miarę szybko i generalnie współpasażerowie byli mili, tak później pojawiła się jakaś bussineswoman i zaczęła strzelać fochy co było… eee… dziwnie. Oczywiście, tak samo jak ja, była zaskoczona faktem miejscówek – tyle że była na tyle ‘rozgarnięta’ by usiąść gdzie indziej niż jej miejscówka wskazywała, za co została ochrzaniona dość konkretnie – ale i sama przyczyniła się do tego swoją postawą.

Pomimo ciągłego pogłaśniania swojej mp3ujki ciągle słyszałem jak wrzucała na kogoś przez telefonie, strzelała fochy i miała pretensje to wszystkiego. Wkurzające. Ale jakoś udało mi się przetrwać drogę do Warsiawy.

W samej Warsiawie, jak zwykle, zająłem sobie wygodny przedział – i pomimo mojej prezencji, na centralnej dosiedli mi się ludzie… ale to nie było najgorsza rzecz mająca miejsce podczas mojego powrotu do domu. Oj nie – w Skierniewicach dosiadły się dwie dziewczyny, pewnie studentki – nie zwróciłem uwagi podczas kontroli biletów. I podobnie jak wcześniej, pomimo podkręcenia głośności w odtwarzaczu, niestety słyszałem ich rozmowy.

Takiego wyjałowienia językowego, zarówno pod względem składni zdań jak i słownika, dawno nie słyszałem. Ale oczywiście wielkie panie, naburmuszone. Nie wspomnę już o tematyce ich rozmów, bo dla mnie to już lepiej byłoby kontemplować ilość plam na szybie pociągu niż gadać co ślina przyniesie na język – plotki, obgadywanie i napawanie się sobą.

Oj tak, chyba coraz bardziej zaczynam odstawać od ogółu. A takie sytuacje zawsze powodują u mnie niezbyt miłe refleksje na swój temat.

I tak, to na co czekałem od dłuższego czasu, czyli wyjazd do Lublina, skończył się – i na co tu teraz czekać, do czego dążyć?

Brak celu…

Studia? Prowadzący skutecznie mnie już zniechęcili do mojej specjalizacji, a ci co wymyślili program owej specjalizacji, to chyba rzucali monetą podczas wyboru przedmiotów.

Nowe gry? Od dłuższego czasu wszystko się powtarza, twórcy robią gry dla debili – ładne graficznie, ale za to puste jeśli chodzi o fabułę, praktycznie brak miodu i piekielnie krótkie. Jedynie co przychodzi mi do głowy to Final Fantasy XIII – za dwa miesiące premiera u nas. Myślę poważnie nad złożeniem pre-order’a, bo jak rozmawiałem z jednym przyjacielem – jest to tytuł który dla każdego posiadacza PS3 jest must-have w kolekcji. Ultima daje 50zł zniżki na pre-orderze – czemu nie? Z tego co czytałem to w Japonii gra rozeszła się w ilości 2 mln sztuk przez tydzień – a tam jest tylko wersja na PS3, gdyż Sony zapewniło sobie ekskluzywność dla tego rynku.

Filmy? Dawno przestałem się interesowań kinematografią i hitami kinowymi. Bardzo rzadko coś oglądam – bo to co ogólnie popularne to wydaje mi się miałkie, a kino ambitne zawsze wprowadza mnie w doła.

Życie prywatne? Co?..

Muzyka? n/c… po prostu n/c – bo jak mi jeden pojechał, że japońska muzyka jest crapem…

Anime? Nie ma ciekawych tytułów, które by od dłuższego czasu zapowiadali. Doszły mnie słuchy, że Umineko no naku koro ni nie spełniło pokładanych w nim nadziei kontynuowania naprawdę dobrego sposobu przedstawiania historii i fabuły, jaki zapoczątkowało Higurashi no naku koro ni.

To co leci w ramach sezonów od jakiegoś czasu jest takie… miałkie? Większość schematów znam już bardzo dobrze, co by nie napisać że na pamięć. Nie wiem co musieli by zrobić, by mnie zaskoczyć – ostatnio zainteresowała mnie Eureka 7 lecąca na hyperze. Pierwszy odcinek skojarzył mi się z Initial D i z Neon Genesis Evangelion, a i później moje skojarzenia z Evangelionem się potwierdziły. Czyli jest ciekawie, pytanie czy utrzyma poziom? Może też spodobało mi się, bo akurat jestem w takim a nie innym nastroju/dole z wiadomych przyczyn – a w Eurece dość mocno akcentują tego typu problemy.

Czyli pozostaje albo dalsza wegetacja, albo jeszcze większy eskapizm. Jak ja nie lubię tego typu refleksji… bo zawsze jakoś w moim przypadku trafiają w sedno sprawy.

Bo walkę z Hedgehog Dilemma zaczynam przegrywać…

Advertisements

~ by drzejan on January 1, 2010.

 
%d bloggers like this: