Moje postrzeganie świata – 12.12.2009

Zatem, po dość długim okresie milczenia i ogólnej stagnacji na tym blogu, wreszcie zebrałem się w sobie i napisałem nową notkę.


Jak ostatnio jęczałem (patrz dwie ostatnie notki), straszliwym wrzodem na czterech literach był dla mnie przedmiot o jakże intrygującej nazwie – ‘Rzeczywistości wirtualne’. To było to, co miałem oprogramować kamerkę, czujniki ruchu i inne egzotyczne interface użytkownika.

Co ciekawe, na początku myślałem, że zrobienie fizyki (bo ogólnie projekt to gra korzystająca z tych dobrodziejstw) będzie tą łatwiejszą częścią zadania – zaś obsługa inteface’ów będzie… no będzie… :/. Zatem na chwilę obecną udało mi się zaprzęgnąć do działania DualShocka 3 (z wykorzystaniem czujników ruchu – dwie osie, obrót w Z i X) oraz kamerkę internetową (wyobraźcie sobie sterowanie statkiem kosmicznym za pomocą głowy, chcesz uciec przed przeszkodą to przesuwasz głowę np. w prawo i statek leci w prawo). Pozostaje jeszcze Wiimote – w jego przypadku ponoć jest też dość łatwo, ściąga się paczkę, tworzy się klasę i trzeba już tylko obsłużyć zdarzenia. Niby banał, ale problem polega na braku sprzętu…

Żeby nie było zbyt pięknie – prowadzący przyczepił mi się do fizyki. Nakombinowałem się jak nie wiem co by to zadziałało, ale jemu oczywiście moje rozwiązania nie podeszły. Generalnie ten prowadzący zaczyna mi już działać konkretnie na nerwy – człowiek w stylu ‘dużo mówię, ładnie mówię, ale g**** tłumaczę i robię’. Może w przyszłości, na kolejnych laborkach poprawi się moja ocena jego sposobu prowadzenia zajęć. Jednakże szczerze w to wątpię…

Z innymi zajęciami to jest różnie. Niektóre rzeczy idą ładnie do przodu (z magiczną pomocą kolegi Guźca), inne leżą i kwiczą… jak choćby głupie ‘programowanie komunikacji człowiek-komputer’. O ZPP (zarządzanie projektami programistycznymi) nie chcę nawet myśleć.

Wydawać by się mogło, że na studiach idzie mi średnio dobrze, przez co mógłbym być z tego powodu w dołku, nie? Ale w rzeczywistości jakoś tak nie jest. To nie znaczy, że nie jestem w dołku (dole, kryptodepresji, rowie Mariańskim) – ot po prostu sprawy uczelniane to tylko część tego, co mnie przygniata do ziemi. Powiedziałbym, że stanowią one co najwyżej 30-40% tej negatywnej energii. Zatem co stanowi większość tych złych pokładów? (Teraz będzie nieco żalenia się – i w sumie pierwszy raz będę mówił o takich rzeczach bardziej niż w bardzo zaufanym gronie).

Tak jakoś wyszło, że w tym semestrze mam strasznie dziurawy plan – generalnie mam dwie dziury po 4h i z dwie dziury po 2h. Jako, że na moim wydziale nie ma ciekawych miejsc na przeczekanie – przenosiłem się na sąsiedni wydział (za drzwiami względem moich rejonów). W pewnym momencie doszedłem nawet do wniosku, że siedzę więcej na IE niż u siebie 😉

Tak sobie siedząc pewnego (nie pamiętam już czy ładnego, czy nie – kojarzę, że był to w drugiej połowie października) dnia, podczas medytowania nad kolejnym projektem i faktem, dlaczego się wywala podczas uruchamiania zobaczyłem jedną dziewczynę. Akurat przechodziła dość szybko, najwidoczniej śpiesząc się na zajęcia. Tak – przykuła moją uwagę do siebie. Żeby było ciekawiej, później – po tych 2h, czyli po zakończeniu się zajęć, zobaczyłem, iż owa dziewczyna idzie korytarzem w towarzystwie ludzi, których znam z liceum – ba, z niektórymi byłem nawet w klasie.

Mając to w pamięci, zwróciłem się do jednego kolegi (chociaż nie uważam go za kolegę, raczej za przyjaciela – a jak wiadomo, zawsze ważę słowa, które mówię/piszę) w celu dowiedzenia się czegoś więcej o tej dziewczynie. W ten sposób wszedłem w posiadanie pewnych informacji, w pewnym momencie nawet jej numer w jednym z popularniejszych komunikatorów. Fajnie.

Teraz pozostało tylko zrobienie pierwszego ruchu – i jakoś to będzie. No tak, tylko… przez ponad miesiąc (tak naprawdę to prawie że dwa) człowiek się czaił, zbierał się w sobie itp. by w końcu zrobić pierwszy krok na nieznanym jeszcze gruncie… miałem już wstępnie ułożony plan, całkiem sensowny – nienachalny. Jestem gotów zaryzykować stwierdzeniem, że dobrze wyważony.

W tym momencie, jak to zwykle bywa, rzeczywistość zapukała do mojego świata i skonfrontowała wszystko. Po wykonaniu pierwszego ruchu, później zagadaniu na wydziale… zostałem zignorowany. Miałem nadzieje, może coś się zmieni jeszcze. Wtedy doszło do weryfikacji tego złudnego uczucia stwierdzeniem ‘nie jestem zainteresowana’…

Wiem, pierwsze koty za płoty (w sumie w rzeczywistości nie pierwsze… ale to nie ważne) – nie poddałem się jeszcze, ale nie napawa mnie to też optymizmem. Przykre jest to, że nie dała mi szansy, a przecież nie jestem dużo bardziej zły, niż na to wyglądam.

Teraz zastanawiam się, gdzie mogłem popełnić błąd? Bo nie bardzo wierzę w to, że zrobiłem wszystko najlepiej jak się dało.

Kolejną rzeczą, wciąż związaną z tym co napisałem powyżej, było spotkanie wczoraj z koleżanką i kolegami z klasy z liceum. Na to spotkanie, jeden z kolegów przyprowadził świeżo poznaną dziewczynę… jak on to zrobił, że nie został zignorowany, że ogólnie była zainteresowana itp.? Wiedza tajemna, której nie posiadam i tym większe poczucie, że coś schrzaniłem w swojej sprawie. Zwłaszcza, że się zaangażowałem i myślałem poważnie o tym… Nic tylko iść wzdłuż rzeczki…

To by było na tyle w temacie związanym z… hmmm… uczuciami? Wciąż jednak pozostanę, przy temacie wczorajszego wyjścia. Generalnie nie rozumiem dlaczego ludzie palą – nie dość ze śmierdzi, to jest zabójcze i przede wszystkim drogie. W dodatku zdarza się, iż palacze nie posiadają tego minimum zrozumienia dla innych i jak już niszczą swój organizm, po czym wydychają pozostałości trucizny z siebie to bezmyślnie puszczają te obłoki na innych. Pal licho, jak ci inni to też palacze (darmowe trucie) – gorzej jak akurat osoba jest niepaląca i nietolerująca dym. Aż chciałoby się powiedzieć ‘etwas Kultur muss sein’. Ale nie jest moim zadaniem i celem w życiu uświadamianie ludzi. I tak by tego nie zrozumieli, a co najwyżej zrobiłbym sobie kolejnych wrogów…

Z innych rzeczy, jakie widziałem to… gówniazalistki na imprezach. Nawet nie chce mi się komentować widoku dzieciarni w wieku 14-15 lat, umalowane i w adekwatnym do miejsca stroju. Ich życie, nie mój problem – tyle, że zawsze się w takim momencie zastanawiam czy dana osoba (nie chcę napisać dziecko) kiedyś postawi sobie pytanie w stylu ‘Czy jestem tym czym chce być? Czy jednak chcę czegoś więcej od życia, niż tylko tapety, alkoholu i bycia traktowaną jak szmata?’. Mam takie przeczucie, że po zadaniu sobie takich pytań przez te osoby mogłyby się radykalnie zmienić statystyki dotyczące samobójstw…

Od razu przypominają mi się sytuacje, które miałem okazje zaobserwować w cudownej komunikacji miejskiej. Pech sprawił, że dzieje się tak zawsze, gdy kończy mi się bateria w mojej zasłużonej mp3ujce . Zazwyczaj wygląda to tak – siedzą dwie ‘panie’ (max 25 lat) i mówią o sprawach rozwodowych, jak to były towarzysz życia je bił, poniżał itp. Ok – rozumiem, że źle trafiły – ale kurcze, mówią to tak, jakby były cholernymi księżniczkami. Napuszone, niemalże z wymalowanym ‘bo mi się należy’ na twarzy. Przecież nikt kurcze ich nie zmuszał do tego z kijem baseballowym w ręku – ‘widziały gały co brały’. I tu też wychodzi właśnie to co pisałem wyżej – możliwe, iż żyły zbyt luźno, bawiły się na całego, nie myślały o przyszłości – to teraz mają.

Oczywiście, ‘panowie’ z tych związków nie są świętoszkami (zawsze mnie zastanawia, co takiego widzi blachara w takim bakikarpie, który idąc po ulicy, z nią przy boku albo beka albo pierdzi…). Tak, wiem – media i popkultura wykreowały na idoli ćwierćinteligentów, z zerową kulturą osobistą, z niewielkimi zainteresowaniami – ale za to z upodobaniem do zabawy i ciągłego picia. Oj tak, picie to podstawa – wyróżnik bycia dorosłym i rozwiniętym. Szkoda tylko, że polskie Polmosy padły – wtedy by przynajmniej wspierali polską gospodarkę…

Po tym wszystkim, zahaczę teraz o politykę i polskich politykierów. Teraz na chodzie jest temat stanu wojennego. Fajnie – było, prawie trzy dekady temu. Dla mnie to tak jakby nie było (bo nie było mnie jeszcze wtedy na świecie). Politycy prawicy wieszają psy na generale Jaruzelskim, lewicy bronią. Super. Ale szczerze – co mnie to obchodzi? To było prawie 30 lat temu. Politykierzy czci-nie-godni – to było w 1981, dzisiaj – według mojego kalendarza na pasku na dole po prawej (tak, mam na stacjonarce teraz win7) mamy 2009. Przeszłość, zostawcie ją jakimś sensownym historykom (nie to, żebym uważał IPN za całkowicie zbędny twór, który tylko marnuje pieniądze, a całe archiwa puściłbym z dymem, by nie były już pożywką dla miernot, które niczym innym nie potrafią zaistnieć / potwierdzić sens swojej pracy). Obstawiam, że jak dożyję emerytury (dobre… nie?), to nadal będą jakieś teczki, notatki i inne tematy zastępcze wypływały na pierwsze strony portali informacyjnych (lub czegoś, co je zastąpi w przyszłości).

A czemu mnie to wszystko wkurza? Bo tacy politykierzy nie zajmują się tym co ważne – teraźniejszość (mniej istotne) i przyszłość (bardziej istotne). Wiem – jak ktoś jest marny, beznadziejny i bez pomysłu na to co robi, to nie ma szans w konfrontacji z takimi problemami jak napisałem powyżej (chodzi mi o myślenie o przyszłości). Każdy potrafi ględzić w kółko o przeszłości, bo wiedzy do tego za dużej nie trzeba – ot obsmarować kogoś, dodać sobie nieco chwały, zwiększyć swoje e-przyrodzenie. Słowem – klasa polityczna w Polsce to głównie ludzie, którzy nie byli w stanie robić nic związanego z normalnym życiem.

Śmieszą mnie też, te wszystkie zapewnienia ludzi z prawej strony o tym, jak to istotne są wartości katolickie i inne oklepane slogany. Po co mówić coś, co każdy szanujący się i teoretycznie wierzący, powinien mieć w sobie? Wiem, pod publikę, która sama jest niewiele lepsza od politykierów. Ale co tam. Później wychodzi, że osobniki z obozu gorliwie zapewniających o tych wartościach mordy sobie nimi wycierali. Mnie, gdybym był z tych wierzących w religię (a nie w instytucję, w której odprawia się oklepane ceremonie, gdzie próbuje się ograniczyć wiedzę ludzi o np. raportach z Irlandii), delikatnie mówiąc zdenerwowałoby takie postępowanie i jednocześnie wiedziałbym już na kogo na pewno bym nie głosował.

Ale takie refleksje to są raczej mało realne u nas, w tym jakże pięknym kraju nad Wisłą.

Pożaliłem się, napisałem o tym co powoduje u mnie wewnętrzne krwawienie oraz pośmiałem się z postępowania ‘dorosłych i dojrzałych’ ludzi. Czas wrócić do mojego życia jako szczur, względnie do bycia no-life’em (bo jak widać, próba wybicia się z tego skończyła się tak jak skończyła – teraz zaś walczę z tym, by nie wpaść w Hedgehog’s dillema…).

Advertisements

~ by drzejan on December 12, 2009.

 
%d bloggers like this: