Kiedy zapłaczą cykady…

Szczerze powiem, że jak zaczynałem pisać tę notatkę, to nie wiedziałem jak ją nazwać. Znaczy się pewne pomysły miałem, ale nie mogłem zdecydować się który z nich będzie najlepszy – oprócz tego który widnieje jako ostateczny tytuł myślałem jeszcze nad Anime na bazie Visual Novel. Zwykła adaptacja, czy coś więcej? oraz Oyashiro-sama’s Curse.

No dobra, pomijając rozterki nad tytułem dla notki, napiszę o czym w ogóle będzie ten wpis. Tytuł tej recenzji (mocne słowo) jest bezczelnym tłumaczeniem tytułu tego anime. Mowa oczywiście o Higurashi no Naku Koro ni, Higurashi no Naku Koro ni Kai oraz Higurashi no Naku Koro ni Rei.

W tej recenzji postaram się jak najściślej trzymać się zasady ‘zero spoilerów’. Będzie trudno – ale jak to mówili prelegenci od Visual Novel (i hentai’ów) na Polconie 2009: ‘za spoilery przy tym anime powinni wieszać‘. Po obejrzeniu całości w pełni zgadzam się z tą opinią. Tak jak napomknąłem w drugim akapicie – będzie mowa w tej recenzji o wszystkim trzech seriach anime (bo jest oczywiście manga oraz filmy live-action).


Anime powstało na bazie visual novels (chociaż na wiki (link) podane jest iż gry należą do gatunku sound novels), które zostały wydane w ilości 8 sztuk. Pierwsze cztery zawierają w sobie to co działo się w pierwszej serii anime (Higurashi no Naku Koro ni). Ostatnie cztery opisują wydarzenia z drugiej serii (Higurashi no Naku Koro ni Kai). Serie mają odpowiednio 26 oraz 24 odcinki, więc jest co oglądać. Na końcu, ostatnia seria, Higurashi no Naku Koro ni Rei składa się zaledwie z 5 odcinków wydanych jako OVA – i to wydanych całkiem niedawno (ostatni, 5 odcinek można było kupić w Japonii na DVD w sierpniu, zaś na Blu-ray jakoś teraz we wrześniu). I to tyle, jeśli chodzi o genezę.

Teraz przydałoby się opisać miejsce wydarzeń oraz czas. Zatem akcja ma miejsce w wiosce Hinamizawa (około 2000 mieszkańców, istotna informacja), w której na polach grają biernie przyglądające się wszystkiemu cykady… Czas akcji – tu jest różnice, ale najwięcej czasu spędzają w czerwcu w 1983. To co widzi widz na początku pierwszej serii, to historia ‘oczyma’ dopiero co zamieszkałego w wiosce nastoletniego Keichi’ego Maebara. Więcej nie jest potrzebne jeśli chodzi o fabułę – dalej to szłyby już spoilery. Serio.

Co rzuca się na początku podczas oglądania tego anime – akcja podzielona jest na autonomiczne rozdziały. Bohaterowie są ci sami, miejsce też, czas w większości przypadków także; zdarzenia – zgoła inne, widziane ‘oczyma’ różnych postaci. Czasami może wydawać się, że historia jest identyczna z którąś z wcześniej opowiedzianych, ale mimo wszystko na końcu okazuje się, że autorzy bardzo umiejętnie pokazali to co było wcześniej wraz z nowymi elementami.

A teraz jak najbardziej własne spostrzeżenia. Gdy ogląda się kolejne części w danym rozdziale to można odnieść wrażenie jakby ktoś zaciskał pętlę dookoła szyi. Praktycznie przez cały czas widz czuje się zaszczuty podczas oglądania kolejnych historii. Cały czas myśli sobie – ‘będzie dobrze, wszystko skończy się dobrze’. Po czym dostaje prosto w twarz ‘nowymi faktami’ (zwroty akcji, nowe wątki, przemilczane wcześniej elementy), które ścierają na proch jego marne życzenia. Cały czas jest się też świadom niezmienności przeznaczenia. Autorzy postąpili tu w podobny sposób, co twórcy japońskiego oryginału Klątwy, czyli na początku danego rozdziału pokazany jest jego koniec (w Klątwie na początku każdego epizodu podane było imię i nazwisko osoby która ma zginąć). Zatem widz wie jak to się skończy, ale jednak cały czas wierzy w to, że to tylko wizualizacja najgorszego z możliwych scenariuszy w opowiadanej historii. Takie rozwiązanie miało miejsce w Higurashi no Naku Koro ni (pierwszej serii), w kolejnych sezonach nie było takich kontrolowanych ‘wycieków fabuły’. Oczywiście zostało to wyjaśnione w ramach fabuły.

Aby to wszystko trzymało się przysłowiowej ‘kupy’, historie muszą dokładnie do siebie pasować. I tak jest w rzeczywistości. Autorzy gier stworzyli naprawdę genialny świat, z którego można czerpać całymi garściami – i do tego wszystko ze sobą pasuje. Rzadkość. Scenarzyści konsekwentnie tworzyli kolejne historie tak, by pozostawały one zgodne wcześniej zakreślonymi ramami świata. Tego trzymali się bezwzględnie… No, ale oprócz samego świata potrzebna jest też umiejętność opowiedzenia widzowi fabuły.

Przy tej produkcji zaprezentowany storytelling po prostu nadaje się do książek jako przykład do naśladowania – tak powinno być zawsze i wszędzie (ciekawe czy na uczelni będą starali się wpoić mi taką wiedzę). Sama historia jest opowiedziana tak, że daje widzowi wystarczającą ilość wiadomości o świecie na daną chwilę. Oczywiście, oglądając to anime zadawałem sobie wiele pytań odnośnie tego co się działo na ekranie, co tylko zwiększało apetyt na kolejne odcinki. Zatem osoba pochłaniająca to anime cieszy się z tego co wie, zaczyna rozumieć tok rozumowania i motywacje bohaterów do podejmowania konkretnych działań. Cudowne uczucie – ogarniać wszystko. Ale wystarczy zaledwie jedno zdanie, ba! Jedno słowo by wszystko legło w gruzach. Niektóre elementy akcji powtarzane są kilkukrotnie, a jednak nie odczuwa się znużenia, wręcz przeciwnie – ogląda się je i chce się jeszcze więcej by poznać prawdziwe motywy działania bohaterów, by zobaczyć co działo się za główną sceną wydarzeń oraz by przekonać się czy to co zobaczyło się jest prawdą (ładna retoryczna trójka mi wyszła).

Z pewną trudnością przychodzą mi te słowa, ale taką formę prowadzenia akcji/fabuły/narracji nie widziałem jeszcze w żadnym anime. A można powiedzieć, że już trochę widziałem (ale tylko trochę).

Co do samych bohaterów. Nie są to same bezmózgie bubki jak ma to miejsce np. w emitowanym teraz Princess Lover. Nie wychodzą może całkowicie poza standardowe typu postaci, ale jednak ich zachowanie, ich przemyślenia – szybko zaczyna się ich lubić (chociaż ja nadal nie trawię Satoko-chan). I wtedy dochodzi do sceny, gdy ulubionym postaciom dzieje się krzywda – najgorzej było w rozdziale o Shion (pierwszy sezon). Od tego można było nabawić się głębokiej depresji. W zależności od tego która postać jest wiodąca w danej historii, widz zapoznaje się z jej przemyśleniami, tokiem rozumowania i postrzeganiem świata – co w niektórych przypadkach może doprowadzić do paranoi. Tego typu podejście do psychologi postaci kojarzę (na poczekaniu) jedynie z pierwszym zakończeniem (z serii tv) Neon Genesis Evangelion.

Mówiąc dalej o postaciach i fabule. Wcześniej, przy omówieniu Basquash!, nieco żartobliwie pisałem o wzruszaniu się. Generalnie wychodzę z założenia, że w anime raczej niewiele może mnie poruszyć (tak na szybko np. łzy Asuki na końcu End of Evangelion, dramatyczne decyzje Hayase w Kimi Ga Nozomu no Eien czy też wyznanie w ostatnim odcinku Elfen Lied). W przypadku tego tytułu było kilka takich scen, które jednak mnie ruszyły. Najbardziej dostałem w kość w ostatnim rozdziale drugiego sezonu – na tym etapie wie się już bardzo dużo o historii wioski oraz o tym co się w niej dzieje. Patrząc na rozpacz jednej postaci w człowieku coś pęka, od razu dół, gorzej się widzi – to naprawdę trzeba zobaczyć samemu. Piękne i bez banałów…

No i by zakończyć rozważania o tym co najważniejsze wspomnę o genialnej rzeczy. Zarówno pierwszy sezon jak i drugi sezon miał po prostu powalające zakończenia. Nie, nie chodzi mi tu teraz o fabułę – piszę o zakończeniach, czyli ostatnich sekundach ostatniego odcinka danego sezonu. W przypadku Higurashi no Naku Koro ni mam na myśli ostatnie zdanie w rozmowie w samochodzie Oishiego. Zaś w Higurashi no Naku Koro ni Kai ostatnia scena (po napisach końcowych), która miażdży wszystko i wszystkich (‘Not telling you. Because I’m a meanie‘).

To by było na tyle, jeśli chodzi o odczucia po obejrzeniu tego co miała do zaoferowania wioska Hinamizawa. Spotkałem się z opinią, że trzeci sezon (Higurashi no Naku Koro ni Rei) jest fillerem, i tak naprawdę można spokojnie zaprzestać oglądanie na drugim. Nie mogę się z tym zgodzić. O ile dwa na pięć odcinków jest luźniejszych, tak w pozostałych trzech dzieje się – i to dużo. Pomijając same zdarzenia jest tam jedna scena, która tępym śrubokrętem wyskrobuje się na mózgu. Chodzi o rozmowę Rika-chan z Satoko w szkole. ‘Rozmowę’. Przerażająca i tworząca traumę scena, bo odbiera widzowi ostatnią pewną ostoję spokoju w świecie Higurashi. Faktem jest za to to, że już od początku widać pewną zmianę – przy tytule wstęga w tle ma kolor niebieski, a nie jak dotychczas czerwony.

Jeśli chodzi o aspekty techniczne (grafikę) to w przypadku tego anime jest różnie. Pierwszy sezon, pomimo podejmowanej tematyki (i brutalności), wyróżnia się bardzo pastelowymi kolorami. Wiem, że niektórzy uznają to za wadę. Mnie tam było obojętne – chyba już nie zwracam aż takiej uwagi na tzw ‘kreskę’. W drugiej i trzeciej serii kolory zostały stonowane, wkradło się na ekran więcej szarości i zamierzonych artefaktów.

No i teraz jedna z najlepszych rzeczy związanych z tym tytułem (jako ogół) – muzyka. W sumie czego innego można by się spodziewać po panu Kenji Kawaii. Poniżej znajdują się openingi do kolejnych serii. Pierwszy jest genialny, zarówno ze strony wizualnej jak i jeśli chodzi o muzykę. Op do drugiej… jest dołujący, przynajmniej ja miałem takie odczucia po kilkukrotnym odsłuchaniu. Trzeci sezon, nieco za krótka bym się przyzwyczaił do tej muzyki – jak już pisałem, im dłużej słucham tym bardziej mi się coś podoba.

W przypadku openingów ma miejsce ciekawa rzecz – są one naszpikowane całkiem sporą ilością spoilerów. Problem w tym że aby to zobaczyć, trzeba obejrzeć daną serię w całości co jest uczciwym podejściem.

W tej recenzji screenów nie będzie. Na początku chciałem pokazać co fajniejsze momenty, ale zdawałem sobie sprawę z tego że screen mogą bardzo łatwo zespoilerować niektóre rzeczy. Więc po rozważeniu ‘za’ i ‘przeciw’ wyszło że nie będzie screenów i już!

Na zakończenie…

Seria naprawdę warta obejrzenia, graficznie może nie powala w porównaniu do najnowszych produkcji w hd (itp), może też nie spodobać się tym, którzy są niecierpliwi – ze względu na powtarzalność elementów. Ale warto zobaczyć, by poznać naprawdę dobrą historię bez banałów, jak to teraz wrzucają na potęgę autorzy.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa Higurashi no Naku Koro ni spodoba się tym, którzy w anime szukają niebanalnej fabuły, którzy potrafią napawać się nagłym i nieoczekiwanym rozwojem zdarzeń oraz są w stanie nieco poczekać na spotęgowanie intensywności doznań dostarczanych przez ‘spokojny’ rozwój sytuacji na ekranie. Nie można też zapomnieć o genialnej formie opowiedzianej historii – po prostu imho mistrzostwo świata.

Mógłbym też polecić tę serie (jako całość, trzy sezony) tym, którzy na co dzień nie oglądają anime. Po to by poznali coś dobrego i by przekonali się, że anime to nie tylko chińskie zboczone bajeczki czy też wilkookie stworki, które musisz wyłapać co do jednego.

Zapewne nikt się nie spodziewał tak wiele od adaptacji sound novelek, nie?

Oby tylko widzowie zainteresowani jedynie w goliźnie i wielkości piersi bohaterek, tu dzież w bizonach nie spowodowali, że tego typu serie odejdą w zapomnienie lub przeminą niezauważone.

A mnie teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko zacząć oglądać Umineko no Naku Koro ni.

P.S. Do tej recenzji zabierałem się od dobrego miesiąca, najpierw po obejrzeniu pierwszej serii chciałem coś napisać, ale wtedy pomyślałem że trzeba zobaczyć kontynuację. Jak zobaczyłem drugi sezon to miałem podobne odczucia względem trzeciego. Zatem mogłem napisać recenzję dopiero po obejrzeniu całości, bym nie żałował później że coś pominąłem.



Higurashi no Naku Koro ni © Ryukishi07 / Studio DEEN

Higurashi no Naku Koro ni Kai © Ryukishi07 / Studio DEEN

Higurashi no Naku Koro ni Rei © Ryukishi07 / Studio DEEN.

Advertisements

~ by drzejan on September 23, 2009.

2 Responses to “Kiedy zapłaczą cykady…”

  1. Witam, bardzo fajny blog 🙂
    Zapraszam na http://www.urusai.pl , tworzony jest tam dział z recenzjami!
    Właśnie poszukują osób, które piszą recenzje anime, zachęcam 😉
    Recenzja anime które lubisz napewno się tam znajdzie 😀

  2. […] tylko mają miejsce w ‘wiosce łudząco przypominającej Shirakawę’. Dawno temu popełniłem wpis poświęcony tej serii – wtedy nawet nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będzie mi dane […]

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: