Przejażdżka na rowerze… i inne dylematy społeczne

Dzisiaj stwierdziłem, że za długo siedziałem ostatnio w domu przy kompie (a nie przy konsoli… co w sumie będę musiał nadrobić przy FF6 :D). Dlatego postanowiłem, że rano wybiorę się na przejażdżkę gdzieś w okolice Łodzi. Wcześniej miałem w myślach by pojechać do Brzezin (już raz jechałem z kolegą z klasy z liceum – i wtedy momentami było nieprzyjemnie ze względu na duży ruch na pewnym odcinku). Pomysł był prosty – znaleźć jakąś fajną, mało uczęszczaną drogę. W domu przeanalizowałem teren na zumi i z podręczną mapą samochodową wyruszyłem.

Po drodze ku mojemu zdziwieniu okazało się, że rejony, w które jeszcze niedawno dość często się zapuszczałem (no, 3 lata od ostatniego w-f w liceum), całkowicie się zmieniły. I tak największe było moje zdziwienie jak zobaczyłem odnowiony Instytut Fizyki UŁ. Szkoda – bo wcześniejszy layout budynku (znaczy się elewacja) był tak fajnie klimatyczny. Wiało grozą z tych samotnie stojących, szarych wież.

Nie tylko to się zmieniło. Tak jak pisałem na początku – kiedyś jechałem tą trasę i tylko na jednym odcinku było nieprzyjemnie (Nowosolna – Brzeziny). A teraz co? Mija się poliklinikę przy Czechosłowackiej i zaczyna się jazda, ciężki sprzęt (duże wywrotki z piachem/gruzem) zasuwają jak szalone, na dodatek od cholery było osóbówek. Kiedyś to się spokojnie jechało na tym odcinku na rowerze, czyli jeszcze kurcze na Pomorskiej. Na szczęście dojechałem do wcześniej znalezionego rozjazdu na zumi i poleciałem w bok… i jak się później okazało, zacząłem nieco błądzić. No dobra, nie miałem bladego pojęcia gdzie wylądowałem, a moja mapa była samochodowa, więc nazw ulic na niej nie znalazłem.

Co się w takich sytuacjach robi? Dzwoni się do kogoś kto będzie w stanie sprawdzić gdzie się wylądowało. Zatem Nivak miała nagły telefon w bardzo nietypowej sprawie. Później wróciłem na Rokicińską (no, trochę zbłądziłem, jeśli planowałem pojechać do Brzezin) i dalej do centrum Łodzi.

I to by było tyle jeśli chodzi o przeżycia związane z samą wędrówką oraz z orientowaniem się w terenie 😉 Teraz będzie mniej ciekawie, bo będą moje refleksje z tego co widziałem po drodze…

I. Infrastukruta

Zastanawia mnie, dlaczego władze miasta tak zwlekają z rozwojem sieci ścieżek rowerowych. No ale przynajmniej w ciągu ostatnich trzech lat polepszyła się sytuacja, ale co tam – zamiast robić ścieżki, które będą miały praktyczne zastosowanie lub co nawet ważniejsze, połączyć istniejące odcinki ścieżek ze sobą, to co robią? W dość żwawym tempie zrobili ścieżkę rowerową do… Stacji Radagast. Nie umniejszam znaczeniu tego miejsca, tylko do jasnej cholery ile razy tam będę jechał a ile np. bym jechał z Widzewa w stronę centrum? Gdzie na odcinku od miejsca w którym Rokicińska dostaje drugiej nitki jezdni aż do krańcówki tramwajowej jest fajnie, kulturalnie równa kosteczka, tak dalej jest rewitalizowany stary chodnik (zgadnijcie w jaki sposób rewitalizowali go… namalowali znaki rowerów na nim). Ale to pół biedy, jest ścieżka, co z tego, że miejscami ‘lekko’ nierówno, przecież większość rowerów na drogach to górale, ba – większość nawet z co najmniej jednym amortyzatorem…

Jedziemy dalej w stronę centrum, i nagle, koło wiaduktu na Rokicińskiej ścieżka znika. Od strony centrum ścieżka kończy się w rejonach byłego Polmosu. Czyli jest przerwa…a patrzyłem czy po drugiej stronie nie ma znaków informujących o ścieżce. Nie zauważyłem żadnego.

Naprawdę, więcej by dało zrobienie porządnej ścieżki, a nie do pomników (przynajmniej priorytet powinny mieć najpierw te, które mają praktyczne zastosowanie). Zrobili by szkieletową sieć ścieżek w mieście. I to tak z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko znaczki na chodnikach, ale np. przejścia! Tego tam zabrakło.

Chociaż widzę, że i tak ludzie jeżdżą po przejściach, i tylko taki frajer jak ja schodzi. Widać nie widzieli efektu wjeżdżania na rowerze na przejście dla pieszych. Zwłaszcza min zaskoczonych kierowców, którym nagle wjeżdża z nienacka rower na przejście dla pieszych… ostatnio chyba w telexpresie pokazywali jaki był tego efekt, facet (rowerzysta) miał szczęście, że przeżył.

II. Czcigodni obywatele miasta

Kolejna atrakcja, to tym razem sami mieszkańcy Łodzi sobie organizują. Bo nie ma większego ubawu niż rozbić sobie butelkę po tanim winie/piwie/wódce na ziemi, a co dopiero jak jest na tym fragmencie znaczek roweru. Kawał zajebisty, wszyscy się z tego śmieją… tani alkohol to jednak w plastiku powinni sprzedawać.

I nie jest to tak, że rzadko się trafiają takie miejsca ze szkłem – potrafi nawet być tak, że szkło w dużych kawałkach jest tylko na ścieżce rowerowej. Co gorsza miałem do czynienia z sytuacją, w której dzień po dniu jakiś kafar intelektualny tłukł szkło dokładnie w tym samym miejscu (widziałem, że było tak przez trzy dni pod rząd). Rano było szkło – jak jechałem na zajęcia. Po południu jak wracałem to służby porządkowe już posprzątały cały ten bajzel.

III. Czcigodni obywatele miasta II

Kolejną rzeczą z którą musiałem się zmierzyć poruszając się na swoim wehikule tajemnic to piesi. Całkiem ‘niezły’ wynik był dzisiaj, biorąc pod uwagę jaką trasę sobie zrobiłem, zaledwie trzy akcje:

1) Standard – chodnik, kawałek zieleni i osobno ścieżka rowerowa (bliżej jezdni), starszy pan dość żwawo szedł przed siebie, szkoda że nie po tym co było dla niego przeznaczone. Kulturalnie zwolniłem hamując moim przednim hamulcem (który daje taki ładny pisk) i zwróciłem mu uprzejmie uwagę, iż jest to ścieżka rowerowa. Był w szoku (to pewnie moja osoba zrobiła na nim takie wrażenie). Później też jeszcze był jeden taki agent, ale jak napisałem wcześniej – to jest standard.

I tu wychodzi jedyna rzecz, która podobała mi się w zachowaniu warsiawiaków. Na ścieżce rowerowej oni nie zatrzymywali się jak ktoś szedł, po prostu jechali. Jak ktoś nie zdążył odskoczyć to po sprawie… człowiek ryzykuje na własne konto idąc po ścieżce rowerowej.

2) Kobieta z wózkiem, tu nie ma co pisać. Głupota, głupota i jeszcze raz głupota. I kurde szła po ścieżce rowerowej, która do cholery różniła się nawierzchnią od chodnika dla pieszych tylko kolorem – tu i tu była równa kostka. Kiedyś pamiętam, jak był początek ścieżek rowerowych w Łodzi, kumpel z klasy z gimnazjum jechał jedną. Jechał spokojnie – widział, że idzie babka z wózkiem z boku w tym samym kierunku co on się poruszał. I już miał ją minąć, gdy babka nagle wjechała mu wózkiem przed rower. Na szczęście dla dziecka, był na tyle zwinny i miał niezły refleks, że odbił na bok. Na nieszczęście kolegi, chodził później z ręką w gipsie (paskudne złamanie). Oczywiście zebrał opieprz…

3) To już był koniec mojej przejażdżki. Co najwyżej 3-4 metry do miejsca z którego zjeżdżam koło domu z ścieżki rowerowej. Z pobliskiego hipermarketu brytyjskiego koncernu szła kobieta z dwójką dzieci. Widziałem ich mniej więcej z wyprzedzeniem około 100 metrów. Myślałem, że przejdą przez drogę rowerową na pasach dla pieszych i będą szli dalej częścią dla pieszych.

Myliłem się…

Minęli przejście i szli po ścieżce, dzieciarnia latała, matka nie zwracała na nic uwagi (szli idealnie całą częścią dla rowerów). Jechałem wtedy bardzo powoli, zjazd bliziutko i przeszkody na ścieżce. Najgorsze było to, że dzieciaki (na oko góra 5 lat) pierwsze zwróciły uwagę, że coś jedzie za nimi w odległości 1-1,5 metra. Matka odwróciła się w moją stronę, po tym jak dostrzegła, że dzieci się na coś patrzą. Wtedy po prostu nieco mi nerwy puściły i warknąłem na nią, że to jest ścieżka rowerowa. Za głupotę rodziców niech nie płacą dzieci…

IV Czcigodni obywatele miasta III

Na dobrą sprawę, jest to kontynuacja poprzedniego punktu – jak wspominałem na początku o trasie mojej wyprawy, to był o zasięgnięciu wiedzy u Nivaka o moim położeniu w terenie. Zaraz potem podążyłem w stronę jednej z drug wjazdowych do Łodzi – ulicy Rokicińskiej. Na tym odcinku jest ona jeszcze drogą z jedną jezdnią (tu należy wspomnieć o mądrości tubylców i o tym by jej nie lekceważyć, co też uczyniłem – znaczy się postąpiłem jak tubylec i nie pojechałem bezpośrednio ulicą, tylko szerokim poboczem), ale zaraz potem zamienia się w dwujezdniową drogę, a na każdej jezdni są po trzy pasy ruchu. Zatem już miałem dojechać do głównej drogi, gdy nagle wyprzedza mnie skuter, jakich pełno na drogach. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na skuterku tak na oko jechał dzieciak w wieku cirka 8-9 lat. Nie więcej.

Miał kask. Ale co z tego, skoro dziarsko wjechał na Rokicińską i zasuwał po niej, a droga ta jest bardzo ruchliwa, przynajmniej była jak ja jechałem. Zastanawiam się, jak durni są rodzice tego dzieciaka, by pozwolić mu jeździć na skuterze w takim miejscu. Przecież taki dzieciak (nie chcę używać zwrotu, który kojarzy się z fekaliami) nie ma za dużego pojęcia o przepisach, ale to mały pikuś – co z ubezpieczeniem? Ktoś może stwierdzić, że akurat rodzice mogli nie wiedzieć. Co z tego? A później by był w wiadomościach płacz. Głupota i brak jakiejkolwiek wyobraźni.

V Czcigodni kierujący pojazdami kołowymi o napędzie silnikowym

Gdyby samochody miały własną świadomość, to wtedy mógłbym im współczuć ze względu na siedzących w nich kierowców. Temat rzeka: samochody których rejestracje zaczynają się na magiczną literę ‘W’. Statystycznie rzecz biorąc, większość osób poruszająca się w takich samochodach to ignorancji i przepisowi kretyni/półgłówki/idioci w wypraną wyobraźnią. Co ciekawsze akcje…

1) Jechałem jeszcze Pomorską, koło polikliniki. Wyprzedza mnie bus (kultura, ponad 1 m odległości ode mnie). Nie zjeżdżał na drugi pas, bo akurat pas po którym się poruszaliśmy miał lekko ponad 4 metry szerokości. To było na moście… Minął już mnie bus, a tu patrzę, jednocześnie

na ‘trzeciego’ samochodzik osobowy z magiczną literką na pierwszej pozycji w rejestracji brał busa.

Później też były podobne akcje na trzeciego, i też rejestracja na ‘w’. Nie chce mi się pisać już o nadmiernej prędkości, czy też jak ‘miszczunie’/’mastahy’ nie wyrabiają na zakrętach i ich znosi…

2) Dalej na Pomorskiej, ciężki sprzęt. Panowie równo grzali… na 40tce. Taki to myśli że ma fajnie, amortyzatory równają mu wszystko tak, by nie czuł nierówności. Ciekawe czy jakby przejeżdżał po kimś to by chociaż poczuł. Ale co tam, powie się, że zapewne ofiara była w martwym punkcie lusterek i już jesteśmy rozgrzeszeni z win.

3) Coś co mnie rozbawiło, dopóki nie zauważyłem, że jedzie równo w moją stronę – wtedy zacząłem się w zdecydowanym tempie przemieszczać. Tleniona paniusia w małym samochodzie (jak teraz kojarzę Opel Corsa w kolorze czarnym) wyjeżdżała z posesji obok posesji na wjeździe której zatrzymałem się by wykonać znaczący telefon – wtedy to już nawet rozmawiałem. Zatem paniusia wyjechała na ulicę (mogła poczekać, bo akurat jechały dwa rowery, nawet w sumie powinna je przepuścić) i kręciła kierownicą w lewo. Tak kręciła, że po tym jak samochód była już na swoim pasie (pas to nadużycie, bo droga typowo wiejska) to dalej jej samochód skręcał w lewo. Wprost na mnie – no to nie ma co owijać w bawełnę, zacząłem uciekać, bo ona się rozpędzała. Na szczęście szybko kręcąc kierownicą odbiła (będąc jeszcze na jezdni, ale do początku wjazdu brakowało jej już centymetrów) i pojechała – oczywiście zdążyłem jej posłać znaczące spojrzenie…

4) Plac wolności. Już wracałem do domu. Wyjechałem kulturalnie zgodnie z przepisami z Piotrkowskiej na plac by dalej polecieć Nowomiejską do Ogrodowej. Minąłem już Pomorską, ale akurat helmut (tramwaj linii 46, sztuka sprowadzona z Niemiec, wyprodukowana na oko w latach 60tych ubiegłego wieku) stał i zmieniał sobie układ szyn by zjechać na Nowomiejską. Zgodnie z przepisami zjechałem z wewnętrznej części ronda na obrzeże, by dalej skręcić. I tak jak samochody ustawiłem się (na końcu) i czekałem aż tramwaj ruszy.

Ja patrzę, a tu na mnie jedzie Opelek Vektra (kolor standardowy, czyli srebrny) z opasem za kierownicą. Ale się zatrzymał na czas, ja już do niego w tym czasie słałem pełne przyjaźni spojrzenie. Pech sprawił, że przede mną kobieta wyjechała dopiero co z parkingu przy placu i nie do końca chciała jechać w Nowomiejską, tylko pewnie na Pomorską, czyli musiała zrobić niemalże całe kółko dookoła placu. Zatem ona czekała aż helmut sobie pojedzie, no i ja stojąc za nią czekałem aż ona pojedzie sobie, tak samo zrobił taksówkarz za mną. Ale co tam, opas nie mógł sobie odpuścić, wszak jego e-przyrodzenie (którego pewnie dawno nie widział z powodu lustrzycy) +2 do długości, wyprzedził mnie, ruszył i zajechał drogę tej kobiecie po czym skręcił. Takie przypadki, to już chyba tylko można uzyskać drogą inżynierii genetycznej. On sobie pojechał, ja ruszyłem i za mną taksówkarz w Nowomiejską.

Nieszczęśliwe zrządzenie losu spowodowało, że samochód dostawczy na Nowomiejskiej stał trochę za daleko od krawężnika i tramwaj nie mógł przejechać. Ja tam stwierdziłem, że mogę zejść z roweru i sobie poszedłem prowadząc rower do przejścia, w stronę przystanku – przy okazji rozprostowałem nogi. W między czasie dostawczy przesunął się i na przystanku stanął helmut. W tym miejscu przystanek nie jest na wysepce, tylko na jezdni, czyli by wejść do tramwaju trzeba przejść jeden pas jezdni. Za tramwajem stał opas i dalej taksówkarz. Idę sobie spokojnie, i słyszę że coś jedzie. Patrzę na tramwaj, drzwi nadal otwarte, a tu opas zasuwa (bo on może, on ma prawo, on ma zielone). Zagapiłem się, a mogłem go nagrać komórką, a filmik wysłać na policję. Tego typu materiały są uznawane jako materiał dowodowy.

A czemu tak ostro? Widziałem, jak łyse-pozbawione_wyobraźni_indywiduum w bmw jechało w ten sposób przy tramwaju z otwartymi drzwiami. Dziewczyna leciała ponad 2 metry w powietrzu…

VI Czcigodni kierujący pojazdami kołowymi o napędzie… ludzkim

By nie było tak, że tylko jadę po kierowcach samochodów to nieco mięsa o rowerzystach. Wcześniej wspomniałem o przejeżdżaniu przez przejścia (ile to było – 100zł mandatu?). Jak widzę ludzi jeżdżących po ścieżkach to przypomina tekst z podpisów angielskich demotywatorów ‘Can doesn’t mean you should’ – tu też ‘posiadanie roweru nie oznacza, że umie się na nim jeździć’. Człowiek patrzy i widzi brak jakiejkolwiek, choćby elementarnej, wiedzy o przepisach.

1) Przechodzę przez przejście po prawej stronie, by nikomu nie wadzić, jakby szedł – a babka (dosłownie) mnie wyprzedza z prawej – stawy nie te, by zleźć z roweru… i pcha się dalej, po przejściu, później po kawałku trawy i na chodnik. Prawie. Szkoda, że nie patrzyła na dalej niż 50 cm przed siebie, bo jakże wielkie było jej zdziwienie, jak nagle przed nią wyrosły słupki blokujące wjazd samochodom na chodnik przez przejście. Prawie by we mnie wtedy przyłożyła podczas manewru uniku słupka.

Dalej, ta sama babka na przejeździe rowerowym przy Piłsudskiego odwaliła numer w stylu atakujemy chmarą przejazd tak by ci z naprzeciwka nie mieli jak jechać… szkoda, że nawet jeśli myślała, że zjedzie na bok, to jej nie wyszło – do takich rzeczy to jednak trzeba umieć ruszyć z miejsca z odpowiednią prędkością, a nie z po pychu. I w ten sposób dziewczyna jadąca z naprzeciwka kombinowała równo jak przejechać, bo o ile ze swojej strony wjechała na jezdnię na przejeździe, tak naprzeciwko staruszka zagrodziła jej cały wjazd…

2) Jadę Piotrkowską, kulturalnie staram się trzymać prawej strony jezdni (chociaż tam to jest trudne, ogródki robią swoje). W pewnym momencie wyprzedza mnie dwóch facetów (25-30 lat). Jadą jeden obok drugiego i gadają. Nie jechali jakoś blisko siebie, spokojnie z 3-3,5m drogi zajmowali taką jazdą. Pal licho jak nic nie jedzie z naprzeciwka. ‘Śmiesznie’ się zrobiło, jak jednak coś nadjechało, bo oni nie zjechali. Przynajmniej kierowca był jedynym, który myślał rozsądnie i zjechał w ostatniej chwili na bok. Tacy twardzi byli ci dwaj, że jednemu od tej twardości spodenki kolarskie poszły z tyłu…

3) Jak już wspominam o ciuchach kolarskich, to odnoszę wrażenie, że ludzie je kupują to normalnie +10 do lansu, +5 do długości, +3 do obwodu w czasie spoczynku oraz +100 do umiejętności. Trzech panów, tym razem na ścieżce rowerowej wzdłuż Włókniarzy, odzianych w pr0 ciuchy nadjechało z naprzeciwka. Zatrzymali się przed przejazdem/przejściem dla pieszych bo tak nakazywał kolor światła. I stanęli chmarą, mimo iż widzieli, że jak ja ruszę, to nie będę miał jak przejechać. Mnie tam nic nie przeszkadzało, najwyżej się odbiją ode mnie (masa robi swoje…).

Włączyło się zielone – ruszyłem normalnie. Panowie pr0 dopiero zaczęli się poruszać, jak ja byłem z 2 metry od nich. Oczywiście ten, który najbardziej zajechał mi drogę ruszał z po pychu – czyli najpierw poodbijał się od ziemi kilka razy. Jak już uzyskał odpowiednią prędkość to dopiero mógł sobie pozwolić na kontakt fizyczny z pedałami… swojego roweru. W popłochu przede mną, w odruchu samozachowawczym zjechał na bok. Obcisłe ciuchy jednak nie dają umiejętności.

VII Podsumowanie

Cała jazda zajęła mi może góra 3,5h. To niby długo, ale jednocześnie coś za krótko by doszło do tak wielu ‘oryginalnych’ sytuacji. Czyżby dzisiaj był ogólnopolski / ogólnoświatowy dzień pozbawienia wyobraźni? Chyba nie…

Ogólnie obecnie odnoszę wrażenie, że ogół myśli (lol): prawo jazdy każdy powinien mieć i każdemu się należą. Nie, nie każdy i nie każdemu. Ja np. nie poczuwam się do tego by korzystać z takowego. Mnie wystarczy rower, znajomość przepisów, komunikacja miejska, pkp oraz przede wszystkim trzeźwe i logiczne myślenie.

I na końcu ostatnia myśl:

„przecież ja nic innego nie robiłem, jak tylko jazda na rowerze…”

Advertisements

~ by drzejan on August 21, 2009.

6 Responses to “Przejażdżka na rowerze… i inne dylematy społeczne”

  1. to chyba wszędzie jest tak samo…
    dobrze, że ja przez Łódź tylko nocą i na 4 kółkach.

    • Jeśli rzeczywiście wszędzie jest tak samo to walę samochody, będę jeździł pociągami. Tam wypadki zdarzają się rzadziej, a jeśli nawet dojdzie do zderzenia z samochodem, to co najwyżej podstawią autobusy.

      Jak dla mnie, w celu poprawienia bezpieczeństwa powinni zdecydowanie zaostrzyć kary za łamanie przepisów wraz z pozbawieniem wolności za rażące łamanie prawa. Np przekroczenie prędkości o 70 km/h: 23 pkty karne oraz 5000 euro kary. Przekroczenie o 100km/h odebranie prawo jazd i 3-6 miesiące w więzieniu. A teraz ile jest? Wszystko wpada do worka powyżej 50km/h i 400-500zł + 10 pktów karnych.

      Niby ostro, ale o dziwo nadziałoby się z 1000-2000 kierowców, to pozostałe dziesiątki tysięcy by nagle zwolniły i zaczęły przestrzegać przepisy.

      A co do jazdy po nocy przez Łódź, to tak lepiej jechać po 1 w nocy. Wcześniej to podkultura BMW/Opli i innego jeżdżącego złomu wraz z dawcami psiej karmy (czyli ta część motocyklistów na ścigaczach, którzy uważają że droga publiczna to tor wyścigowy, a nie nadają się na dawców organów bo po wypadku to wszystko w worku ze skóry jest równo zmielone) szaleje na Włókniarzy. Niestety z powodu lokalizacji mojego centrum dowodzenia słyszę to po nocy :/

      W sumie jak im tak zależy na prędkości to niech jadą do Niemiec, tam jest specjalny tor, długi – nieco kręty (co może być już problemem bo wiadomo intelektualnie dorastają tylko do jazdy na długich prostych… czyli poziom cegły, bo ona też leżąc na pedale gazu może coś takiego osiągnąć) i bez żadnych ograniczeń co do prędkości. W Top Gear tam jeździli. Niech tam się i swój sprzęt sprawdzają…

      • enigmatyczny komentarz “wszędzie jest tak samo” odnosił się także do samochodów z literką W na tablicy. A właściwie do ich kierowców. A właściwie do tego jak zachowują się na drodze. Ostatnio jadąc ode mnie do Bydgoszczy (125 km) miałem raz wymuszone pierwszeństwo i raz wyprzedanie na trzeciego i raz wyprzedzanie pod wiaduktem kolejowym.
        Króluje w tym rejestracja WB (Bemowo?) z tym, ze masa samochodów z tą rejestracją to auta w leasingu.

        • To ja jednak częściej trafiam na (chyba) warszawiaków z krwi i kości, ich rejestracje zaczynają się na WE (Mokotów). Jednak taka wiedza nie bardzo mnie pociesza, bo nic nie zmienia, bo i tak kierowcy dalej uskuteczniają brak jakiejkolwiek zainteresowania przepisami. No i lekkomyślność, brak wyobraźni i głupotę w czystej postaci…

  2. Yup. Lublin lepszy dużo nie jest. Dodatkowo większość ścieżek rowerowych jest oddzielona od ścieżek pieszych co najwyżej namalowanym pasem, co doprowadza czasem do ciekawych sytuacji. Czasem aż korci, żeby obie połówki oddzielić zasiekami z drutu żyletkowego.
    Głupota ludzka nie zna granic, nie da się jej zwalczyć, jedyne co można tak naprawdę robić to samemu jeździć przepisowo o ile się da.

    • Taaa… kojarzę z mojej ostatniej wizyty u was sytuację koło stadniny na drodze w stronę zalewu… po prostu nie robić nic innego jak tylko śmiać się z tego co wyprawiali ludzie. Ale przynajmniej z tego co kojarzę ścieżki w Lublinie są jakoś tak mniej więcej ze sobą połączone (tak jakoś wydaje mi się, że w tamtym roku mogłem dojeżdżać od was do fundacji na rowerze na dobrą sprawę poruszając się po ścieżce rowerowej), a nie pofragmentowane jak jakiś dysk systemowy po latach nieustannego używania.

      W sumie to zawsze staram się jeździć przepisowo, przez co naraziłem się kilka razy na kąśliwe uwagi kolegów… odnoszę wrażenie, że ci co przestrzegają przepisów u nas, na tym padole łez, uważani są za skończonych idiotów/frajerów. A chyba tak być nie powinno, nie?…

Comments are closed.

 
%d bloggers like this: