What am I fighting for?…
Tak mnie swego czasu naszła ciekawa refleksja czy też dopadł temat godny rozważenia. Jest on prosty i w sumie oklepany. Mianowicie, codziennie jadę do pracy (około 130 km w jedną stronę) by pracować, rozwijać się i móc poszerzać horyzonty. Jasne. Wiadomo po co się pracuje. Człowiek patrzy na swoją wypłatę i myśli sobie:
‘No, to teraz mógłbym w swoim własnym mieszkaniu rozłożyć chusteczkę higieniczną i ona (calutka!) leżałaby na już moim własnym kawałku powierzchni.’
Wiadomo ‘nie od razu Rzym zbudowano’, ale jednak jest to dość demotywujące. Tym niemniej trzeba postawić to pytanie – do czego się zmierza, po co się oszczędza i tego typu sprawy.
Bo wizja własnego mieszkania, choćby za 10 lat + 20 lat na spłacenie reszty kredytu wygląda super to jednak istnieje pewne ryzyko. Ryzyko związane z… ludźmi. Patrząc na to jak bardzo losowych ludzi się spotyka to szanse na trafienie konkretnie popierdzielonych sąsiadów są niezerowe a wręcz znaczne. I teraz tak – człowiek oszczędzał sporo lat na to, by mieć wkład własny. Do tego jeszcze kilkadziesiąt lat na spłacanie kredytu i to po to tylko, by w domu użerać się z ludźmi niepełnosprytnymi jako sąsiadami.
A tak, jakby się wynajęło mieszkanie, to zawsze można zwinąć manatki i pójść szukać gdzie indziej. Jedyne co przemawia za zakupem własnych czterech ścian to to, że po pewnym czasie płacenia rat jednak coś pozostaje w rękach człowieka (w sensie po całym życiu, na emeryturę). Zawsze można później sprzedać to mieszkanie i mieć za co żyć jak już system emerytalny załamie się 2-3 razy. Ale to jedyny plus. Bo jednak głupi sąsiedzi, którzy urwali się z kosmosu i np. nie wiedzą jak się żyje w takim bloku, potrafią uprzykrzyć życie.
Refleksja naszła mnie po ‘ogarnięciu’ sytuacji u moich rodziców – tego, jak bezmyślni mogą być ludzie, jak bardzo będą szukać wroga z nudów i jak krótkowzrocznie postępują.
Więc pytanie brzmi – o co właściwie walczę, jaki ma to cel?…

Zawsze można sobie kupić kilkuhektarową działkę i postawić dom
Natomiast odnośnie pytania: skoro praca daje Ci satysfakcję i zadowolenie, robisz to co chciałeś i co lubisz, to pieniądze są tylko dodatkiem, który możesz spożytkować na cokolwiek. To Ty wyznaczasz cel. Jak nie masz pomysłu co z nimi zrobić, odkładaj. Na starość jak znalazł. A jeszcze bardziej jak już założysz rodzinę (bo kto wie co się kryje za zakrętem). Innymi słowy, walczysz o to, co sobie sam wymyślisz.
Kilka hektarów i dom – fajnie. Ale dojazd byłby najpewniej gorszy niż jak mam teraz
Owszem, robię to co lubię itp. Ale nieco oddalając się od tego wszystkiego – próbując spojrzeć z szerszej perspektywy to na dobrą sprawę szkoda sensu na wszystko. Odkładanie jest fajne, a i owszem. Tylko najlepiej jak się ma jakiś cel do osiągnięcia. Chociaż sam mówiłem, że cel może być abstrakcyjny i nie koniecznie powinien być osiągalny – to jednak jako taki powinien być z niewielką szansą na osiągnięcie.
Natomiast zakup mieszkania w Warszawie wydaje mi się zupełnie nie realny. Przy chłodnej kalkulacji dopiero za 30 lat będzie mnie na nie stać (pomijając kwestie kredytów – na czysto). Czyli w sam raz jak będę 50+.
Rodzina mi nie grozi. Wystarczająco zraziłem się już do przedstawicielek płci pięknej w teoretycznie moim przedziale wiekowym. Lub też nie trafiam w ich ogólnie rozumiane zainteresowania.
cha, cha, Białoszewski kiedyś pisał o niedzieli w bloku.
a za 30 lat, biorąc pod uwagę obecną szybkość przyrostu naturalnego i przełożenie na kształtowanie się grup społecznych, towarzystwo w bloku będzie jeszcze ciekawsze.
Już teraz jest śmiesznie z tym kogo ma się jako sąsiada. I co gorsza to nie młodzi są największym problemem – oni to co najwyżej szaleją w nocy z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę.
Problemem są właśnie ludzie starsi, którzy przeprowadzili się z mniejszych miejscowości do dużych miast. Sądzili, że będzie dużo lepiej, lepszy dostęp chociażby do lekarzy (tak sądzę). Nie przewidzieli tylko, ze w bloku mieszka się inaczej niż w domu jednorodzinnym lub co grosza, że wizje z seriali z lat 70 odnośnie mieszkania w bloku można spokojnie wdrażać w życie (walenie w kaloryfer, miotła w sufit itp). Z nimi jest głównie problem.
Swoją drogą – dzięki za komentarz
@Ale dojazd byłby najpewniej gorszy niż jak mam teraz
Ojtam, ojtam. Tysiąc złotych w porywach i masz powojskowego UAZa. którym pojedziesz prawie wszędzie, a w razie czego naprawisz młotkiem i przecinakiem
@Tylko najlepiej jak się ma jakiś cel do osiągnięcia. Chociaż sam mówiłem, że cel może być abstrakcyjny i nie koniecznie powinien być osiągalny – to jednak jako taki powinien być z niewielką szansą na osiągnięcie.
Kwestia nastawienia. Skoro nie możesz chwilowo wymyślić celu do osiągnięcia, to po prostu składaj tak bez konkretnego celu. Jeść nie woła, a kto wie, co przyszłość przyniesie. Cel nie jest konieczny akurat do tego. Jak pisałem: jeśli jest Ci dobrze w robocie, to pieniądze są tylko skutkiem ubocznym, który możesz zagospodarować jak tylko Ci się widzi. Jak nie widzisz celu składania i nie chcesz składać, to daj na jakieś biedne dzieci, albo coś, tam się zawsze nadmiarowa forsa przyda
@Rodzina mi nie grozi. Wystarczająco zraziłem się już do przedstawicielek płci pięknej w teoretycznie moim przedziale wiekowym.
Ojtam, ojtam. Parafrazując Kubusia Puchatka: z kobietami nigdy nic nie wiadomo, więc nie marudź
@Ojtam, ojtam. Tysiąc złotych w porywach i masz powojskowego UAZa. którym pojedziesz prawie wszędzie, a w razie czego naprawisz młotkiem i przecinakiem
No jasne, i drugi tysiak na paliwo do niego
@cel i s-ka
Ostatnio w pociągu naszła mnie myśl, że w sumie stać mnie na pół przedziału (mniej więcej dwa metry kwadratowe). Można się już położyć, jest dobrze. Jeszcze tylko 30x i będę miał mieszkanie – i to takie, że będę mógł się w nim turlać
@Ojtam, ojtam. Parafrazując Kubusia Puchatka: z kobietami nigdy nic nie wiadomo, więc nie marudź
Nie marudzę, zwracam tylko uwagę na zaistniałą sytuacje.